Nie waż się ruszać rzeczy mojej mamy powiedziałem.
Ta odzież należy do mojej mamy. Po co je złożyłaś? zapytałem lodowatym tonem, sam siebie ledwie poznając.
Wyrzućmy to. Po co nam te szmaty, Przemek? Zajmują pół szafy, a ja muszę gdzieś pochować zimowe kołdry i zapasowe poduszki, mamy przecież bałagan jak w worku.
Kasia z zaciętością zsuwała z wieszaków skromne bluzki, spódnice i letnie sukienki mojej nieżyjącej teściowej, pani Zofii. Mama zawsze wieszała ubrania równiutko, żeby się nie gniotły. Tego samego mnie nauczyła. Ale u Kasi w szafie panował odwieczny chaos: co rano grzebała w stertach pościelonych bluz czy swetrów, narzekała, że nie ma co na siebie włożyć i potem przez kwadrans prasowała zmiętą rzecz, która wyglądała, jakby przeleżała w psiej budzie.
Minęły zaledwie trzy tygodnie, odkąd odprowadziłem mamę na cmentarz. Potrzebowała leczenia, choć lekarze już nie dawali jej nadziei. Przerzuty, stan czwarty, rak postępował błyskawicznie. Zabrałem ją do siebie, chciałem, żeby była choć trochę spokojna. Zgasła w niecały miesiąc. I teraz, po powrocie z pracy, patrzyłem na jej rzeczy rzucone na środek korytarza jak na śmieci i zesztywniałem od wściekłości. To już wszystko? Takie ma znaczenie moja mama? Wywalone zapomnijmy?
Czemu patrzysz na mnie tak, jakbyś zobaczył ducha? Kasia cofnęła się krok w bok.
Nie waż się dotykać tych rzeczy! syknąłem przez zaciśnięte zęby, czując takie ciśnienie we łbie, że na moment zdrętwiały mi dłonie i nogi.
Po co nam stare łachy?! ryknęła, coraz bardziej podniesiona, Chcesz tu muzeum urządzić? Przemku, twojej mamy już tak czy siak nie ma. Pogódź się z tym! Lepiej byś się nią zajmował, gdy żyła. Częściej ją odwiedzał, wtedy byś wiedział, jak cierpiała!
Dostałem tymi słowami w twarz, jakby mnie ktoś polanym woskiem chlusnął.
Zejdź mi z oczu, zanim zrobię coś, czego pożałuję wycedziłem.
Kasia prychnęła:
No jasne. Świr…
U niej świrami byli wszyscy, co się z nią nie zgadzali.
Nie zdejmując jeszcze butów, poszedłem do szafy w korytarzu, otworzyłem górne drzwiczki pod sufitem i wspiąłem się po stołku. Wyjąłem jedną z szmacianych toreb w kratkę, takich, które mieliśmy jeszcze z przeprowadzki byłoby z sześć takich. Zacząłem do niej układać rzeczy mamy, każdą składam starannie na prostokąty. Na wierzch kurtka i reklamówka z butami. W tym czasie najmłodszy synek, trzyletni Wojtuś, kręcił się koło mnie, pomagając po swojemu, nawet wrzucił do torby swój zabawkowy traktor. Na koniec przeszukałem szufladę w przedpokoju, wygrzebałem klucz i włożyłem go do kieszeni spodni.
Tato, gdzie idziesz?
Uśmiechnąłem się krzywo, łapiąc za klamkę.
Zaraz wrócę, kochanie. Pobaw się z mamusią.
Czekaj! zaniepokoiła się Kasia, wyszła z salonu. Nie wyjeżdżasz chyba? Co z kolacją?
Dziękuję, już się wystarczająco najadłem twoim podejściem do mojej mamy.
Przestań, czego się tak szarpiesz przez takie głupstwo? Rozbieraj się, gdzie chcesz jechać o tej porze?
Nie patrząc za siebie, wyszedłem z torbą za drzwi. Wsiadłem do auta, wyjechałem na ulicę i skierowałem się na obwodnicę Warszawy. Jechałem wśród świateł, nie słysząc praktycznie szumu silnika. Wszystko poza mną i moimi myślami zeszło na dalszy, nieistotny plan: praca, plany wakacyjne i codzienne memy, które potrafiły mnie rozbawić po ciężkim dniu. Przez głowę czołgała się tylko ta jedna sprawa, która odarła życie ze wszystkich ozdobników: rodzina, dzieci żona i mama. Winiłem się, że jej nie dopilnowałem, nie zdążyłem na czas, bo wiecznie byłem czymś zajęty. Mama nie chciała mnie martwić, być ciężarem, więc coraz rzadziej ją odwiedzałem, coraz krócej rozmawiałem, coraz rzadziej słuchałem.
Po godzinie zatrzymałem się przy przydrożnym barze, zjadłem coś na szybko i jechałem dalej aż trzy godziny bez przerwy. Raz tylko spojrzałem w okno: zachód przeciął niebo czerwonymi smugami, słońce jakby chwytało się ostatkiem sił horyzontu, nie chcąc spaść w mrok. Było już ciemno, gdy dotarłem na wieś, błądziłem po gruntowych drogach do samego końca i zgasiłem silnik przed domem mamy. Tam, gdzie minęło moje dzieciństwo i młodość.
W ciemności nie widziałem nic. Szarpałem się z zasuwką furtki, świecąc sobie telefonem pięć nieodebranych od Kasi. Dziś nie miałem zamiaru do nikogo dzwonić. Telefon zostawiłem wyciszony. Pachniała majowa czeremcha, zwabiając roje ciem, jej kwiaty śmiały się bielą w nocy. W szybach domu odbijało się zmętniałe niebo. Wyjąłem klucze, otworzyłem pierwsze drzwi, na czuja znalazłem kontakt w korytarzu zapaliła się zakurzona żarówka.
Przy progu stały mamy domowe pantofle, te, w których chodziła po podwórku. Obok drugich drzwi do mieszkania jej kapcie z niebieskiej bawełny, z dwoma czerwonymi króliczkami na czubkach kiedyś jej je kupiłem, osiem lat temu. Przystanąłem, patrząc na nie, potem pokręciłem głową, wsadziłem klucz do zamka.
Cześć, mamo. Czekałaś na mnie?
Nie. Nic już na mnie tu nie czekało.
W domu pachniało PRL-owską meblościanką i trochę piwniczną wilgocią. Trzeba było często dogrzewać piecem, bo dom łatwo łapał grzyba. Na komodzie leżała szczotka, skromny komplet kosmetyków, a na wieszaku foliowa torba ze strategicznym zapasem makaronu z promocji cena na czerwono. Najnowszy w całym domu był tapczan kupiłem mamie razem z telewizorem. Otwarta lodówka w kuchni raziła pustką i aż wołała, że tu już nikt nie mieszka. W jej pokoiku naprzeciwko jak dawniej stało łóżko z piramidą poduszek pod narzutą. Usiadłem na skraju.
Kiedyś to był mój pokój, rodzice spali w dużym. Stary, pod ścianą brat, pod oknem biurko teraz stała tam maszyna do szycia. Mama uwielbiała szyć i haftować. Drugie łóżko zastąpiła szafa, gdzie trzymała swoje rzeczy.
Siedziałem w tej ciszy, gapiłem się tępo na szafę, jakby wyłaniał się z niej jej cień. Włosy rwałem, ściskałem głowę i skuliłem się, twarz schowałem w kolanach. Ramiona kołysały się w ciszy. Wpadłem na śnieżnobiałą narzutę i popłakałem się do reszty.
Płakałem, bo nie zdążyłem nic mamie powiedzieć, gdy ściskała mi rękę w swój ostatni dzień. Siedziałem nad nią niemy, widząc, że gaśnie, a tysiąc słów dusiło się w gardle. Mama tylko szepnęła: Nie patrz tak na mnie, Przemku Ja byłam z wami bardzo szczęśliwa. A ja chciałem! Tak bardzo chciałem jej podziękować za dzieciństwo, za wszystkie trudy, za dom i poczucie bezpieczeństwa Za fundament, dzięki któremu tu stoję, za ten stały azyl, do którego zawsze mogłem wrócić choćby bez grosza, z błędami i wstydem. Miejsce, gdzie się czeka, kocha i przyjmuje bez warunków.
Siedziałem, kostniałem, nie umiałem dobrać słów. Z całego polskiego bogactwa żadne nie wydawało mi się dość dobre każde brzmiało sztucznie, banalnie, jak nie moje. Czasy nie wymyśliły jeszcze nowych słów do wyrażania uczuć, za to sporo jest cynizmu i udawania.
Wyłączyłem światło, ułożyłem się na łóżku, żeby jak najmniej pomiąć narzutę. Na krześle znalazłem wełniany koc, przykryłem się i zasnąłem. Nie spodziewałem się, że sen będzie tak błogi. Rano obudziłem się o siódmej, jak zwykle nawet jeśli śpię godzinę, zawsze o siódmej otwieram oczy i gotowy jestem do pracy.
Wyszedłem do auta po torbę. Za płotem, na tle asfaltu, rosły brzozy, całe w soczystych liściach jak szpaler młodych druhen wiosny. Na ich gałęziach rosło słońce, nabierało siły, by rozgrzać ziemię. Stałem na schodkach i słuchałem ptaków, wciągałem świeże powietrze Jak dobrze! I jak mam szczęście, że dzieciństwo spędziłem poza blokowiskiem. Przeciągnąłem się, poprawiłem sztywną szyję i wróciłem, taszcząc torbę do mamy szafy.
Wyjmowałem jedną po drugiej rzeczy mamy i układałem starannie na półkach. Cześć rzeczy odwiesiłem na wieszaki, jak zawsze chciała. Jej buty ustawiłem na dole. Kiedy wszystko było gotowe, cofnąłem się o dwa kroki, oceniając, czy jest wystarczająco schludnie. Przed oczami widziałem mamę w tych wszystkich kreacjach uśmiechała się po matczynemu, umiejąc bez słowa powiedzieć kocham. Przeciągnąłem dłonią po włączonych bluzkach i sukienkach, przytuliłem je wszystkie, wdychałem znajomy zapach Stałem tak bez sensu, nie wiedząc, co teraz. Wreszcie wróciłem do rzeczywistości, więc wyciągnąłem komórkę.
Dzień dobry, panie Michale. Dziś nie przyjadę do pracy, sprawa rodzinna, pilne. Poradzicie sobie beze mnie? Dzięki.
I żonie napisałem: Przepraszam, że się wściekłem. Będę wieczorem. Buzi.
Przez ogród prowadziły ścieżki wśród kwiatów. Narcyzy już kwitły, tulipany dopiero rozwijały pąki. Zebrałem i jedne, i drugie, dorwałem do tego konwalie spod krzaków agrestu. Wyszedł mi taki sobie bukiet Podzieliłem go na trzy: na cmentarzu czekało na mnie troje. Przy sklepie przypomniałem sobie, że nie jadłem jeszcze śniadania. Kupiłem mleko i bułkę, zabrałem jeszcze czekoladę.
O, Przemek! Znowu jesteś? zdziwiła się pani Jadzia zza lady.
Tak… Do mamy przyjechałem wydukałem.
Pewnie! Chcesz serka? Świeży, od rolnika, Twoja mama zawsze brała.
Patrzyłem na nią chyba żartuje. Ale ona była prosta kobieta, nie złośliwa.
Nie, dzięki… a może jednak, poproszę. A u pani jak, ciociu Jadziu?
E tam machnęła ręką. Z Zosią były jak siostry, Lepiej nie pytaj. Mój Krzysiek, szkoda mówić, same kieliszki.
Zjadłem śniadanie na cmentarzu przed grobami. Bukiety kwiatów równo: narcyzy, konwalie, tulipany. Brat, tata i mama. Marek odszedł pierwszy spadł z dachu, poprawiał dachówki; wysokość mała, szyja chrup i po wszystkim. Dwadzieścia lat miał. Potem, pięć lat temu, tata. Teraz mama. Położyłem każdemu po kostce czekolady, mamie dorzuciłem kawałek serka. Uśmiechali się do mnie z czarno-białych zdjęć. Rozmawiałem z nimi w myślach.
Przypomniały mi się wygłupy z bratem.
Odtwarzałem w pamięci chwile, jak z tatą na świt jezioro jechaliśmy na leszcze i szczupaki. Tata zarzucał wędkę, jak kowboj.
A mama! Czasem darła się przez całą wieś: Prrrrzemek! Obiad! Głos miała mocny, słychać było na pól wsi. Ależ mi wtedy było wstyd przed kumplami! Dziś dałbym wszystko, by jeszcze raz mnie zawołała.
Pogłaskałem świeży krzyż na grobie mamy. Ziemia jeszcze nie zapadła się dobrze czarny pagórek w słońcu.
Mamusiu, wybacz Nie dopilnowałem cię. Tak byliśmy samodzielni z Kasią, ale bez ciebie jest pusto. Mam tyle do powiedzenia! Tato, wy byliście najlepsi. Dzięki wam za wszystko Jak wy to robiliście? A my z Kasią tylko ja, mi, moje Dziękuję wam. I tobie, Mareczku braciszku, dziękuję.
Czas było wracać. Polną ścieżką szedłem przez młodą trawę, żując jej soczyste źdźbła. Zaraz na początku miasteczka spotkałem Krzyśka, syna pani Jadzi. Cały już podpity, zaniedbany, opadły.
O, Przemo! Znowu tu? bełkotał.
Tak… Do swoich. Ty dalej chlejesz?
No jasne! W końcu święto.
Jakie znowu święto?
Nagle wyciągnął z kieszeni spodenek mały terminarz, przekartkował.
Światowy Dzień Żółwia! przeczytał z powagą.
Mhm skrzywiłem się. Krzysiek Dbaj o mamę. Masz złotą kobietę w domu. A czasu nie zatrzymasz, pamiętaj.
Zostawiłem go w zdziwieniu. Za mną tylko mruknął:
No dobra… To trzymaj się, Przemek.
Trzymaj się odpowiedziałem, nie oglądając się.
Tego dnia uświadomiłem sobie, jak bardzo przeszłość jest częścią teraźniejszości. Nie wypycha się rodziny z życia pielęgnuje się pamięć, ale nie tylko w rzeczach, także w słowach i gestach. Przytuliłem się myślą do mamy raz jeszcze. Zasłużyła na to. I wiem, że czasem najważniejsze słowa padają w ciszy.



