Na końcu świata. Śnieg wciskał się do butów, piekł skórę. Ale Rita nie zamierzała kupować walonek, wolałaby kozaki, choć tutaj wyglądałaby w nich absurdalnie. A tata zablokował jej kartę. – Naprawdę chcesz mieszkać na wsi? – zapytał z pogardą na twarzy. Tata nie znosił wsi, odpoczynku na łonie natury, żadnego miejsca pozbawionego wygód miejskiego życia. Gosha taki sam, dlatego Rita postanowiła pojechać do wsi. Choć wcale nie chciała tam zostać, bo – w przeciwieństwie do ojca – kochała wypady pod namiot i ich romantykę. Ale mieszkać całkiem na wsi? Nie. Ojcu powiedziała co innego: – Chcę. I będę. – Nie gadaj głupot. Co tam będziesz robić, krowom ogony kręcić? Myślałem, że latem weźmiesz ślub z Goshą, zacznę planować wesele… Wesele. Tata wciskał jej Goshę jak zleżałą manną z grudkami, tak obrzydliwą, że mdłości długo nie opuszczały Ritę. Nie był z zewnątrz odpychający, nawet całkiem przystojny: prosty nos, wyraziste oczy spod długich brwi, lekko kręcone włosy, mocna sylwetka. Ojciec traktował go jak prawą rękę, dlatego chciał, by Rita została jego żoną. Ale Rita nie cierpiała Goshy: irytował ją jego marudny głos, palce jak parówki, wiecznie coś majstrujące, chwalipięckie opowieści o cenie zegarka, garnituru, samochodu… Pieniądze, pieniądze, pieniądze! Nic ich nie interesowało poza kasą, a Rita marzyła o miłości, o emocjach zapierających dech – jak w książkach. Nigdy tego nie czuła, ale wiedziała, że przyjdzie. Potrafiła się zakochać, ale te uczucia szybko mijały i nie zostawiały śladów. Rita pragnęła śladów, dramatu, nie nudnej rutyny z Goshą. Dlatego uznała, że wyjazd na wieś i praca w tutejszej szkole to świetny pomysł. Gosha na pewno tu nie przyjedzie. Przestraszy się braku internetu, ciepłej wody i kanalizacji. Rita wybrała dokładnie taką wieś, gdzie tego nie ma. Dyrektor nie chciał jej zatrudnić, wątpił, czy się sprawdzi, ale stara nauczycielka zmarła nagle, a Rita była uparta i przekonała wydział edukacji, pokazując dyplomy i certyfikaty. – I co taki wykwalifikowany, młody pedagog będzie robił na wsi? – spytała surowa kobieta w rudych włosach. – Uczyć dzieci – odpowiedziała Rita. I zaczęła uczyć. Zamieszkała w domku bez ciepłej wody, bez kanalizacji, sama paliła w piecu. Jak przewidziała, Gosha przyjechał, przenocował i uciekł. Namawiał Ritę przez telefon, by wróciła, ale tak jak ojciec uważał, że to tylko chwilowa fanaberia. Na początku podobało jej się. Ale nadeszła zima, dom wychładzał się do rana, nawet pod kołdrą było zimno, a noszenie drewna okazało się wyzwaniem. Tęskniła za domem, ale nie zamierzała się poddawać. Teraz była odpowiedzialna nie tylko za siebie, ale także za dzieci. Klasa liczyła dwanaścioro uczniów. Rita była w szoku – dzieci z Centrum Twórczości, gdzie pracowała wcześniej, były bystre i utalentowane, a tutaj… Trzecioklasiści ledwo sylabizują, nie robią prac domowych, hałasują. Ale później Rita ich pokochała. Szymek rzeźbił zwierzęta z drewna – nie byle jakie figurki, ale cudne lisy, jenoty, zające i niedźwiedzie, którym nie powstydziłoby się stoisko przy sklepie z zabawkami. Ania pisała białe wiersze, Władek sprzątał po lekcjach, a Irena miała jagniątko, które odprowadzało ją do szkoły. Potrafili w sumie czytać, po prostu nigdy nie próbowali, a książki mieli nudne. Rita zignorowała szkolny program i przywoziła im lektury z najbliższego miasta – bo internetu prawie nie było, zamówić nic się nie dało. Do jednego dziecka Rita nie mogła się dobrać. To właśnie jej ojca zobaczyła, gdy mróz szczypał po twarzy, a ona stała z naręczem drewna. – Dzień dobry, pani Rito – powiedział, zatrzymując się kilka kroków przed furtką. Rita trochę się go bała, bo miał twarz… surową, jak u bandyty. Nigdy się nie uśmiechał. Serca jej biło jak oszalałe – bała się, że zauważy jej strach. A może nie strach? – Dzień dobry. Jej głos zabrzmiał wyżej niż planowała. – Dlaczego Tania dostaje same jedynki? – Bo nic nie robi. – To ją proszę zmotywować. Kto tu jest pedagogiem: pani czy ja? Pedagogiem była Rita. Ale zmuszać nie zamierzała. Dziewczynka ma zapewne autyzm, potrzebuje specjalisty. – Czy zawsze tak było? – upewniła się. Władek zwlekał z odpowiedzią: – Nie zawsze. Kiedyś wszystko robiła z Olą. – A kto to Ola? Skrzywił się, jakby też miał śnieg w bucie. – Jej mama. Od razu wiedziała, że lepiej nie pytać, ale musiała. – A gdzie ona jest? – Na cmentarzu. I wszystko stało się jasne, jak mówi ojciec: “Wszystko się wyjaśniło”. Stała z drewnem w ręku, niewygodnie, ciężko. Ale głupio było się przyznać. Kiedy górne polano spadło jej na nogę, Rita stłumiła łzy: z bólu i wstydu, że zawiodła przy dorosłym człowieku. Jaka głupota, sama przecież była dorosła. Ale tak się nie czuła. – Pomogę – zaoferował Władek. – Nie trzeba, dam radę. – Widać, jak pani radzi. Przyniósł jej drewna, naprawił drzwi. – Proszę się zgłaszać, gdyby coś było – rzucił i poszedł. Po co właściwie przyszedł? Myśli, że za drewno postawi Tanji lepsze oceny? Raczej nie… Myśli o dziewczynce nie dawały jej spokoju. Kilka dni próbowała się do niej zbliżyć, czuła rodzaj zawodowej porażki i żal. Nawet poszła do wicedyrektorki. – Zostaw, to sprawa przegrana. Wstawiaj jedynki, latem przeniesiemy ją do szkoły specjalnej. – A jak? – Normalnie. Komisja, orzeknie upośledzenie. Cóż, takie dziecko. – Ale ojciec mówi, że kiedyś… – Przestań, co tam kiedyś! Matka ją prowadziła, sam nie da rady. Nie słuchaj go, naopowiada… – Nie lubi mu się, co? – domyśliła się Rita. Wicedyrektorka skrzywiła się: – Nie musi mi się podobać. Dziecku potrzebne odpowiednie warunki. Ricie to nie wystarczyło. Nie była pewna, czy dziewczynka potrzebuje szkoły specjalnej. Zadzwoniła więc do swojej ulubionej metodyczki, poradziła się i poszła z wizytą do Tanji. Bała się, zaparzyła nawet herbatę z rumiankiem – za mamą, która twierdziła, że pomaga się uspokoić. Mama Rity też już nie żyła, stąd bliskość tej historii. Władek nie ucieszył się z wizyty, choć Rita miała nadzieję, że pomoże córce. – Raczej nie przyjmujemy gości – burknął. Rita przyjęła poważny ton, bo wychowawca zobowiązany jest sprawdzać warunki domowe. Pokój Tanji okazał się cudny: z różowymi tapetami, mnóstwem pluszaków, książek. Rita aż pozazdrościła – jej ojciec był minimalistą, wszystko w beżach, bez ozdób. Przy pierwszej wizycie nie wyszło nic. Pytała Tanię o ulubione książki, o kredki. Tania bez słowa je podała, o książkach nie powiedziała ani słowa. Dopiero na końcu, zapytana o imię różowego królika, powiedziała: – Puszek. Przy kolejnej wizycie Rita przyniosła dla Puszka sweterek. Mama nauczyła ją szydełkować, od tamtej pory Rita robiła to w jej pamięć. Nie była w tym dobra, włóczka za gruba, ale Tania się ucieszyła, założyła sweterek i powiedziała: – Ładny. Rita zaproponowała, by narysowała Puszka w nowym sweterku. Tania narysowała. Rita specjalnie podpisała imię z błędem: Tania poprawiła. Nie jest ona żadną upośledzoną. – Będę odwiedzać Tanię trzy razy w tygodniu – zadeklarowała Ritę Władkowi. – Nie mam dodatkowych pieniędzy, – mruknął. – Nie chodzi o pieniądze! – oburzyła się Rita. I na tym stanęło. Wicedyrektorka nie była zadowolona. – Samowolka! Nie wolno wyróżniać jednego dziecka, to niepedagogiczne! Zresztą bez sensu, znam takich uczniów. – Ja też znam – weszła jej w słowo Rita. – I wiem, że nie wolno się poddawać. Dziewczynka była naprawdę nietypowa: milcząca, nie patrzyła w oczy, wolała rysować niż pisać. Ale liczyć umiała nieźle, gramatykę łapała w lot. Pod koniec semestru nie musiała przyznawać jej ocen z litości – wypracowała je sama. – Wyjeżdża pani na święta? – zapytał Władek, nie patrząc w oczy, jak Tania. – Nie – speszyła się Rita, czując jak się rumieni. – Tania chce panią zaprosić. To było dziwne. Sama Tania nic nie mówiła, zresztą mało rozmawiała. Ale jeśli to prawda – nie wypadało odmówić. Choć nie chciała świętować Nowego Roku z obcymi ludźmi. – Dziękuję, przemyślę to – odpowiedziała. Spała nie najlepiej. Sama siebie nie rozumiała, czemu jest taka poruszona. Przecież miesiąc pracuje z dziewczynką, to naturalne, że ona odtajała. Czy nie o tym marzyła? Co za różnica, co myśli Władek… Z tymi myślami zasnęła. Rano zadzwonił Gosha. – Kiedy wracasz? – Ale właściwie…? – No z okazji Nowego Roku. Nie będziesz świętować w tej wsi? – A właśnie, że tak! – Ritu, może przestań? Tata ma skoki ciśnienia, nie może sobie znaleźć miejsca. Ojciec nigdy nie zadzwonił. – Niech idzie do lekarza – burknęła. – Czyli naprawdę nie przyjedziesz? – Naprawdę. – Kurczę. I co teraz? – Rób co chcesz! Nie spodziewała się, że Gosha faktycznie to zrobi: przyjedzie z szampanem, sałatkami i prezentami. – Jeśli góra nie przychodzi do Mahometa… Rita była zaskoczona. W dodatku – nie negatywnie: nie myślała, że Gosha zdolny jest do czegoś podobnego. Zwykle lubił święta w restauracji z konkursami i muzyką. Tu nawet nie ma telewizora. – Ważne, że jesteś – podsumował. Szukała podstępu, ale nie znalazła. „Może się myliłam?” – pomyślała. Jeszcze bardziej była poruszona, gdy w prezentach znalazła ulubione dania, książki pedagogiczne, projektor i nauczycielski planner. – Dziękuję – wzruszyła się. – Myślałam, że znowu dadzą mi biżuterię albo gadżet. Gosha się uśmiechnął. – Rita, zrozumiałem, że jesteś najważniejsza w moim życiu. Jeśli chcesz mieszkać na wsi, będziemy na wsi. Biżuterię też przywiozłem. Wyjął czerwoną, welurową szkatułkę. Od razu było wiadomo, co w środku. – Mogę odpowiedzieć później? – spytała Rita. Gosha się nie obraził. – Bałem się, że od razu powiesz nie. Poczekam, ile trzeba. Rita nie wiedziała co powiedzieć, wsunęła szkatułkę do kieszeni. Władek miał jej numer komórkowy, ale zadzwonił na stacjonarny. – Zastanowiła się pani? – zapytał. – Przepraszam, przyjechał do mnie znajomy. – Rozumiem. I się rozłączył. Serce ścisnęło się w piersi. Cóż za ton? Rozumiem… Co rozumie? Nic nie obiecywałam, więc nie ma co się obrażać! Ale się obraża? Chyba dla Tanji. Dziewczynka czekała na nią, każdy ojciec chce by jego dziecko było szczęśliwe. Od tych myśli kręciło się jej w głowie. Gosha nic nie zauważał – cały czas próbował złapać zasięg, by włączyć noworoczne filmy. Rita usłyszała gwizd. Tak woła się psa. Przypomniała sobie, że tak właśnie gwizda Władek. Wyjrzała przez okno. Władek z Tanią stali przy furtce. Rumieniec znów pojawił się na jej twarzy. – Kto to? – Gosha rzucił z pretensją. – To uczennica – pisnęła Tania. – Zaraz wracam. Rita przygotowała dla Tanji prezent: koleżankę dla Puszka, różową króliczkę. Ojciec uznałby to za bezguście. Dla Władka też miała upominek. Nie była pewna, czy to dobry pomysł, ale zrobiła: rękawiczki na drutach. Chwyciła prezenty i wybiegła na dwór, jak stała: bez czapki, z gołymi nogami. Śnieg wpadł do butów, ale w ogóle się tym nie przejęła. – Taniu, witaj! – powiedziała zalotnie. – Szczęśliwego Nowego Roku! Spójrz, co dla ciebie mam. Tania wyjęła króliczkę i mocno przytuliła, spojrzała na ojca. Władek podał jej dwa pakunki: większy i mniejszy. Tania rozwinęła najpierw większy. W środku zeszyt z autorskim komiksem – od razu rozpoznała rysunki Tanji. – Dziękuję, cudowny komiks! W mniejszym pakunku była broszka w kształcie ptaszka – złota koliberka. Rita podniosła oczy na Władka, ale on nie patrzył. Tania powiedziała: – To mamusi. W gardle Rity pojawiła się gula. – My już pójdziemy – rzucił Władek. – Oczywiście, wszystkiego najlepszego! – I pani też… Rita chciała przytulić Tanię, ale się nie odważyła: dziewczynka stała, mocno ściskając pluszaka. Wracając, Rita raz jeszcze spojrzała na te dwie postaci przy bramie i dziwnie ścisnęło jej się w środku; weszła do domu, mrugając i pociągając nosem. – No i co tam? – spytał z niezadowoleniem Gosha. Spojrzała na zeszyt, broszkę w dłoni i uświadomiła sobie, że zapomniała dać rękawiczki. Przypomniała sobie słowa Tanji: mamusi… I jak u Władka pojawia się uśmiech – jedyny, szczery uśmiech, gdy patrzy na córkę. W środku coś się rwało i kwitło. Było jej żal Goshy, ale oszukiwać siebie i jego nie zamierzała. Rita wyjęła z kieszeni szkatułkę, podała mu i powiedziała: – Wróć do domu. Przepraszam, nie mogę wyjść za ciebie. Przepraszam. Twarz Goshy stężała: nie był przyzwyczajony do odmów. Przez chwilę Rita myślała, że ją uderzy. Ale Gosha schował szkatułkę, wziął kluczyki od auta i wyszedł bez słowa. Rita w popłochu wrzuciła jedzenie do pojemników, chwyciła rękawiczki i pobiegła za obcymi, a jednak tak potrzebnymi jej teraz ludźmi…

Na krańcu świata.

Śnieg wciska się w buty, szczypie skórę, zostawia białe ślady na rajstopach. Ale kupić sobie filcaki? Nigdy w życiu! Zosia wolałaby kozaki, lecz w takiej wiosce wyglądałaby w nich komicznie. A ojciec i tak zablokował kartę płatniczą.

Naprawdę zamierzasz mieszkać na wsi? zapytał z pogardą w głosie, krzywiąc wąskie usta.

Ojciec nie znosił prowincji nie lubił ciszy, kontaktu z naturą, żadnego miejsca pozbawionego luksusów miasta. Tomek, jej narzeczony, był identyczny. To dlatego Zosia postanowiła uciec na wieś: nie z miłości do wsi, bo chociaż w przeciwieństwie do ojca lubiła namioty, jeziora i leśne wędrówki, życie na wsi jej nie pociągało. Ale i tak postanowiła, że tu zostanie.

Chcę. I zostanę wypaliła stanowczo.

Przestań gadać głupoty. Co będziesz tam robić, ogony krowom zawijać? Myślałem, że latem wyjdziecie z Tomkiem za mąż, myślałem, że będziemy szykować wesele…

Wesele. Ojciec próbował na siłę sprzedać jej Tomka, jakby był chłodną, zsiadłą kaszą manną, aż robiło jej się niedobrze.

Tomek bynajmniej nie był odpychający, nawet miał coś w sobie: prosty nos, wyraziste oczy pod gęstymi brwiami, schludnie przycięte włosy, mocne ciało. Był prawą ręką ojca, jego pomocnikiem; od dawna ojciec marzył, aby Zosia została żoną odpowiedniego mężczyzny.

Zosia nie znosiła Tomka. Denerwował ją jego nudny głos, palce jak kiełbaski, wiecznie obracające klucze, przechwałki o tym, ile kosztuje jego garnitur, zegarek czy samochód… Pieniądze, pieniądze, pieniądze! Tylko one się w ich domu liczyły. A Zosia marzyła o uczuciach. O takich, które ściskają za gardło jak w książkach choć nigdy ich nie czuła, wiedziała, że istnieją. Zakochiwała się szybko i ulotnie, blizn nigdy nie zostawiali. Ale blizn pragnęła, dramatu, a nie Tomka bezpiecznego, przewidywalnego.

Wyjazd na wieś i praca w szkole wydała jej się więc cudowną odskocznią. Tomek za nią nie pojedzie, bo przestraszy się braku internetu, ciepłej wody i kanalizacji. Dlatego Zosia wybrała właśnie tą wioskę, gdzie niczego nie było.

Dyrektor szkoły bardzo się wahał czy młoda, dobrze wykształcona nauczycielka poradzi sobie tutaj? Ale stara nauczycielka zmarła nagle, a Zosia wywalczyła posadę, pokazując certyfikaty na wydziale edukacji powiatu.

Co taki wykwalifikowany, młody nauczyciel będzie robił na wsi? zapytała surowa kobieta o buraczkowych, lakierowanych włosach.

Będę uczyć dzieci odparła równie surowo Zosia.

I tak zaczęła uczyć. Zamieszkała w małym, zimnym domku bez bieżącej wody i łazienki, sama paliła w piecu. Tomek oczywiście przyjechał, spędził jedną noc i uciekł. Dzwonił, błagał, by wracała, ale podobnie jak ojciec, uważał to za kaprys, który minie.

Z początku Zosi się podobało. Ale przyszła zima, dom wystygł do rana, a przynoszenie drewna okazało się katorgą. Tęsknota za miastem rosła, ale duma nie pozwalała się poddać. A poza tym teraz odpowiadała za dzieci.

Klasa była malutka dwunastu uczniów. Z początku wstrząśnięta: w warszawskim Domu Kultury, gdzie pracowała wcześniej, dzieci były bystre, kreatywne. A tu? No cóż… Trzecia klasa, czytają po sylabach, nie robią pracy domowej, na lekcji tylko rozrabiają. Ale potem Zosia polubiła ich wszystkich.

Szymon rzeźbił zwierzęta w drewnie nie koślawe, lecz piękne: lisy, borsuki, zające jak z wystawy. Ania układała białe wiersze, Wojtek zawsze zostawał po lekcjach i sprzątał klasę, u Irenki był jagniątko, które ją odprowadzało do szkoły jak pies.

A czytać potrafili tylko nikt ich wcześniej nie zachęcał, a lektury były nieodpowiednie. Zosia ignorowała program, woziła książki z miasta, bo internet tu nie łapał, a zamówić coś nie było szans.

Jedno dziecko nie dawało jej spokoju. Właśnie jego ojca, Władysława, zobaczyła, kiedy zmarznięta wracała z drewutni z naręczem polan.

Dzień dobry, pani Zofio Małgorzato powiedział, stając kilka kroków od furtki.

Zosia trochę go się obawiała. Jego twarz była… surowa, jak twarz człowieka z półświatka. Nie uśmiechał się nigdy, a serce Zosi biło tak, że bała się, iż zauważy jej niepokój. Albo… coś innego?

Dzień dobry jej głos zabrzmiał wyżej, niż chciała.

Czemu u Tosi same dwóje?

Bo nic nie robi.

Niech ją pani zmusi. Kto jest nauczycielem pani czy ja?

To Zosia była nauczycielem, ale zmuszać nie zamierzała. Tosia była inna prawdopodobnie autyzm. Potrzebowała specjalisty.

Zawsze tak było? zapytała ostrożnie.

Władysław zmieszał się.

Nie zawsze. Dawniej robiła wszystko z Olą.

A Ola to kto?

Skrzywił się, jakby mu śnieg wpadł w but.

Jej mama.

Nie trzeba było pytać dalej, choć Zosia wiedziała, że musi.

A gdzie jest teraz?

Na cmentarzu.

Ot, i cały sekret, jak mawiał ojciec.

Stać z drewnem było niewygodnie, ale powiedzieć to głośno nie wypadało. Kiedy górna polana spadła na stopę, Zosia jęknęła, upuściła drewno i z trudem powstrzymała łzy. Bolało podwójnie: z bólu i z upokorzenia przecież jest dorosła! Ale tak się nie czuła.

Pomogę rzucił Władysław.

Nie trzeba, poradzę sobie.

Widzę, jak pani sobie radzi.

Pomógł jej z drewnem, poprawił próg, tak że drzwi przestały się zacinać.

Proszę dać znać, jeśli będzie pani czegoś potrzebowała i poszedł.

Po co właściwie przyszedł? Myśli, że za kilka kawałków drewna wystawi jej córce trójki za semestr?

Myśli o Tosi nie dawały jej spokoju. Próbowała dotrzeć do niej różnymi sposobami, czując bezradność i żal. Pytała wicedyrektorkę.

Oj, to syzyfowa praca. Dwóje wystaw, latem przeniesiemy ją do szkoły specjalnej.

Ale…?

Na komisję i już. Co zrobić, skoro dziecko takie.

Ale ojciec mówi, że dawniej…

Co tam dawniej! Matka ją nosiła, on nie potrafi. Nie słuchaj go, nagada ci…

On wam nie odpowiada?

Wicedyrektorka zacisnęła usta:

Nie muszę go lubić. A dziecko musi się uczyć w odpowiednich warunkach.

Zosia się z tym nie zgadzała. Zadzwoniła więc do swojej ulubionej metodyczki, pani Lidii, i poszła do domu Tosi. Bała się wypiła herbatę z rumiankiem, choć nie przepadała. Mama Zosi zawsze ją taką piła, mawiała, że uspokaja. Mama też zmarła dlatego ta historia tak jej zapadła w serce.

Władysław nie był zachwycony jej wizytą.

My nie przyjmujemy gości powiedział.

Zosia zacisnęła usta, jak wicedyrektorka, i odparła, że wychowawca powinien kontrolować warunki w domu dziecka.

Pokój Tosi był przepiękny. Różowe tapety, pluszaki, mnóstwo książek. Zosia aż pozazdrościła jej ojciec był minimalistą, a ona miała pokój w beżach, beżowe zabawki.

Pierwszego dnia Tosia nic nie mówiła pokazała tylko kredki, przyniosła książki. Dopiero na pytanie o imię różowego królika odpowiedziała:

Fifi.

Na kolejną wizytę Zosia przyniosła Fifi sweterek umiała jeszcze trochę robić na drutach, mama ją nauczyła, teraz robiła to na pamiątkę. Sweterek był nieudany, za gruby, ale Tosia ucieszyła się, ubrała go na królika i powiedziała:

Ładny.

Zosia zaproponowała, by namalować Fifi w nowym sweterku. Tosia poważnie namalowała, a gdy Zosia celowo źle podpisała imię, Tosia poprawiła ją.

Nie była wcale upośledzona.

Będę przychodzić do Tosi trzy razy w tygodniu powiedziała Władysławowi.

Nie mam na to pieniędzy mruknął.

Nie chcę pieniędzy obraziła się.

Tak zostało.

Wicedyrektorka nie była zadowolona z tych wizyt.

Co to za samowolka? Nie wolno faworyzować! Widziałam takie dzieci, to nie ma sensu.

Ja też widziałam przerwała jej Zosia. Ale na wyrok za wcześnie.

Tosia była inna: zazwyczaj milczała, nie patrzyła w oczy, wolała rysować niż pisać. Ale szybko liczyła, z gramatyki była dobra. Pod koniec semestru nie musiała już wystawiać trójek na pokaz były prawdziwe.

Na Sylwestra gdzieś wyjedzie pani? zapytał Władysław, unikając jej wzroku jak jego córka.

Nigdzie odpowiedziała Zosia, czerwieniąc się.

Tosia chciałaby panią zaprosić…

To było dziwne. Tosia nic nie mówiła, ale ona w ogóle mało mówiła. Jeśli to prawda nie chciała rozczarować dziecka. Ale spędzać Sylwestra z obcymi też nie chciała.

Dziękuję, zastanowię się powiedziała.

Spała źle nie wiedziała, co ją zaniepokoiło. Przez miesiąc pracowała z Tosią, logiczne, że dziewczynka się otworzyła. Nie właśnie tego chciała? A co do Władysława… czy to ważne?

Z tymi myślami zasnęła.

A rano zadzwonił Tomek.

Kiedy przyjedziesz?

Ale po co?

No, na Sylwestra! Nie będziesz go przecież świętować na wsi.

Właśnie, że będę!

Zośka… Może już wystarczy? Ojciec cię szuka, nie może spać, ciśnienie mu skacze.

Ojciec ani razu nie zadzwonił.

Niech idzie do lekarza odburknęła.

Więc serio nie przyjedziesz?

Serio.

Kurczę. No i co teraz?

Rób co chcesz!

Nie sądziła, że Tomek zrobi właśnie to przyjedzie z szampanem, sałatkami i prezentami.

Jak góra nie przyjdzie do Mahometa…

Zosia była w szoku. Raczej pozytywnym nie spodziewała się tego po Tomku. Zawsze wolał bawić się w sylwestra w warszawskiej restauracji z konkursami i muzyką. Tutaj nawet telewizora nie było.

E tam. Ważne, że jesteś ty powiedział.

Zosia szukała podstępu, ale go nie znajdowała. Może się myliłam? pomyślała.

Jeszcze milej się zdziwiła, gdy w paczkach znalazła swoje ulubione potrawy, a w ozdobnej torbie książki pedagogiczne, projektor i nauczycielski planer.

Dziękuję powiedziała ciepło. Myślałam, że jak zwykle podarujesz biżuterię albo gadżety.

Tomek się uśmiechnął.

Zośka, zrozumiałem, że jesteś dla mnie najważniejsza. Jeśli chcesz mieszkać na wsi, będę mieszkał na wsi. Biżuterię też przywiozłem.

Wyjął czerwone pudełko z weluru. Wiadomo, co było w środku.

Mogę się jeszcze nie zgadzać? zapytała Zosia.

Tomek nie obraził się.

Bałem się, że od razu odmówisz. Poczekam.

Zosia nie wiedziała, co powiedzieć, schowała pudełko do kieszeni.

Władysław miał jej numer komórkowy, ale zadzwonił na domowy.

Przemyślała pani? zapytał.

Przepraszam, mój przyjaciel przyjechał.

Rozumiem.

I odłożył słuchawkę.

Zosi ścisnęło się serce. Co miał na myśli? Jasne… Cóż mu jasne? Nic nie obiecywała, nie powinien się obrażać! Ale chyba się obraził. Z powodu Tosi. Dziecko czekało, a który ojciec chciałby rozczarować córkę?

W głowie miała mętlik. Tomek nic nie zauważał, próbował złapać Internet, żeby puścić Kevina.

Zosia usłyszała gwizd właśnie tak przywołuje się psa na wsi. Przypomniała sobie, jak gwizdał Władysław. Wyjrzała przez okno. Władysław i Tosia stali przy furtce.

Policzki Zosi zapłonęły.

Kto to? warknął Tomek.

Uczennica pisnęła Tosia. Zaraz wrócę.

Zosia przygotowała dla Tosi prezent: towarzyszkę dla Fifi, różową króliczkę. Ojciec uznałby to za tandetę.

Władysławowi też zrobiła prezent nie wiedziała, czy powinna, ale zrobiła: wydziergała rękawiczki.

Chwyciła prezenty, wybiegła na dwór bez czapki, w rajstopach. Śnieg wpadł do butów, ale nawet nie skrzywiła się.

Kochana Tosiuniu, witaj! powiedziała przymilnie. Szczęśliwego Nowego Roku! Zobacz, co dla ciebie mam.

Wsunęła jej paczkę. Tosia wyjęła króliczkę i przytuliła, spojrzała na ojca. Władysław podał dwa pakunki: większy i mniejszy. Tosia rozwinęła większy w środku był zeszyt, a w nim komiks z jej rysunkami.

Dziękuję, jest cudny!

W mniejszym była broszka w kształcie ptaka. Złota koliberka. Zosia podniosła wzrok na Władysława. Nie patrzył na nią. Tosia powiedziała:

Była mamy.

Zosi łzy podeszły do gardła.

To my już pójdziemy mruknął Władysław.

Oczywiście. Szczęśliwego Nowego Roku!

Wzajemnie…

Zosia chciała przytulić Tosię, ale nie miała odwagi. Dziewczynka stała tylko, mocno trzymając zabawkę, milcząca.

Przy bramie Zosia obejrzała się. Serce zakuło ją na widok tych dwojga, a w domu zaczęła pociągać nosem i szybko mrugać.

I co tam? niecierpliwie spytał Tomek.

Zosia spojrzała na zeszyt i broszkę, ścisnęła w dłoni. Przypomniała sobie, że zapomniała oddać rękawiczki. A także to, co powiedziała Tosia: Była mamy… I jaka ma Władysław uśmiech taki zaraźliwy, pojawia się tylko, gdy patrzy na córkę. W środku coś ją kłuło i kwitło. Tomka żal było, ale okłamywanie jego i siebie nie miało sensu.

Wyjęła z kieszeni welurowe pudełko, podała mu je i powiedziała:

Wróć do domu. Przepraszam, nie mogę być twoją żoną. Wybacz.

Tomek spoważniał. Nie był przyzwyczajony do odmowy.

Przez chwilę Zosia bała się, że ją uderzy. Ale Tomek schował pudełko, wziął kluczyki i wyszedł.

Zosia szybko zapakowała jedzenie w pojemniki, chwyciła rękawiczki dla Władysława i pobiegła dogonić osoby, które w tej chwili były jej najpotrzebniejsze…

Rate article
Fajna Tajna
Na końcu świata. Śnieg wciskał się do butów, piekł skórę. Ale Rita nie zamierzała kupować walonek, wolałaby kozaki, choć tutaj wyglądałaby w nich absurdalnie. A tata zablokował jej kartę. – Naprawdę chcesz mieszkać na wsi? – zapytał z pogardą na twarzy. Tata nie znosił wsi, odpoczynku na łonie natury, żadnego miejsca pozbawionego wygód miejskiego życia. Gosha taki sam, dlatego Rita postanowiła pojechać do wsi. Choć wcale nie chciała tam zostać, bo – w przeciwieństwie do ojca – kochała wypady pod namiot i ich romantykę. Ale mieszkać całkiem na wsi? Nie. Ojcu powiedziała co innego: – Chcę. I będę. – Nie gadaj głupot. Co tam będziesz robić, krowom ogony kręcić? Myślałem, że latem weźmiesz ślub z Goshą, zacznę planować wesele… Wesele. Tata wciskał jej Goshę jak zleżałą manną z grudkami, tak obrzydliwą, że mdłości długo nie opuszczały Ritę. Nie był z zewnątrz odpychający, nawet całkiem przystojny: prosty nos, wyraziste oczy spod długich brwi, lekko kręcone włosy, mocna sylwetka. Ojciec traktował go jak prawą rękę, dlatego chciał, by Rita została jego żoną. Ale Rita nie cierpiała Goshy: irytował ją jego marudny głos, palce jak parówki, wiecznie coś majstrujące, chwalipięckie opowieści o cenie zegarka, garnituru, samochodu… Pieniądze, pieniądze, pieniądze! Nic ich nie interesowało poza kasą, a Rita marzyła o miłości, o emocjach zapierających dech – jak w książkach. Nigdy tego nie czuła, ale wiedziała, że przyjdzie. Potrafiła się zakochać, ale te uczucia szybko mijały i nie zostawiały śladów. Rita pragnęła śladów, dramatu, nie nudnej rutyny z Goshą. Dlatego uznała, że wyjazd na wieś i praca w tutejszej szkole to świetny pomysł. Gosha na pewno tu nie przyjedzie. Przestraszy się braku internetu, ciepłej wody i kanalizacji. Rita wybrała dokładnie taką wieś, gdzie tego nie ma. Dyrektor nie chciał jej zatrudnić, wątpił, czy się sprawdzi, ale stara nauczycielka zmarła nagle, a Rita była uparta i przekonała wydział edukacji, pokazując dyplomy i certyfikaty. – I co taki wykwalifikowany, młody pedagog będzie robił na wsi? – spytała surowa kobieta w rudych włosach. – Uczyć dzieci – odpowiedziała Rita. I zaczęła uczyć. Zamieszkała w domku bez ciepłej wody, bez kanalizacji, sama paliła w piecu. Jak przewidziała, Gosha przyjechał, przenocował i uciekł. Namawiał Ritę przez telefon, by wróciła, ale tak jak ojciec uważał, że to tylko chwilowa fanaberia. Na początku podobało jej się. Ale nadeszła zima, dom wychładzał się do rana, nawet pod kołdrą było zimno, a noszenie drewna okazało się wyzwaniem. Tęskniła za domem, ale nie zamierzała się poddawać. Teraz była odpowiedzialna nie tylko za siebie, ale także za dzieci. Klasa liczyła dwanaścioro uczniów. Rita była w szoku – dzieci z Centrum Twórczości, gdzie pracowała wcześniej, były bystre i utalentowane, a tutaj… Trzecioklasiści ledwo sylabizują, nie robią prac domowych, hałasują. Ale później Rita ich pokochała. Szymek rzeźbił zwierzęta z drewna – nie byle jakie figurki, ale cudne lisy, jenoty, zające i niedźwiedzie, którym nie powstydziłoby się stoisko przy sklepie z zabawkami. Ania pisała białe wiersze, Władek sprzątał po lekcjach, a Irena miała jagniątko, które odprowadzało ją do szkoły. Potrafili w sumie czytać, po prostu nigdy nie próbowali, a książki mieli nudne. Rita zignorowała szkolny program i przywoziła im lektury z najbliższego miasta – bo internetu prawie nie było, zamówić nic się nie dało. Do jednego dziecka Rita nie mogła się dobrać. To właśnie jej ojca zobaczyła, gdy mróz szczypał po twarzy, a ona stała z naręczem drewna. – Dzień dobry, pani Rito – powiedział, zatrzymując się kilka kroków przed furtką. Rita trochę się go bała, bo miał twarz… surową, jak u bandyty. Nigdy się nie uśmiechał. Serca jej biło jak oszalałe – bała się, że zauważy jej strach. A może nie strach? – Dzień dobry. Jej głos zabrzmiał wyżej niż planowała. – Dlaczego Tania dostaje same jedynki? – Bo nic nie robi. – To ją proszę zmotywować. Kto tu jest pedagogiem: pani czy ja? Pedagogiem była Rita. Ale zmuszać nie zamierzała. Dziewczynka ma zapewne autyzm, potrzebuje specjalisty. – Czy zawsze tak było? – upewniła się. Władek zwlekał z odpowiedzią: – Nie zawsze. Kiedyś wszystko robiła z Olą. – A kto to Ola? Skrzywił się, jakby też miał śnieg w bucie. – Jej mama. Od razu wiedziała, że lepiej nie pytać, ale musiała. – A gdzie ona jest? – Na cmentarzu. I wszystko stało się jasne, jak mówi ojciec: “Wszystko się wyjaśniło”. Stała z drewnem w ręku, niewygodnie, ciężko. Ale głupio było się przyznać. Kiedy górne polano spadło jej na nogę, Rita stłumiła łzy: z bólu i wstydu, że zawiodła przy dorosłym człowieku. Jaka głupota, sama przecież była dorosła. Ale tak się nie czuła. – Pomogę – zaoferował Władek. – Nie trzeba, dam radę. – Widać, jak pani radzi. Przyniósł jej drewna, naprawił drzwi. – Proszę się zgłaszać, gdyby coś było – rzucił i poszedł. Po co właściwie przyszedł? Myśli, że za drewno postawi Tanji lepsze oceny? Raczej nie… Myśli o dziewczynce nie dawały jej spokoju. Kilka dni próbowała się do niej zbliżyć, czuła rodzaj zawodowej porażki i żal. Nawet poszła do wicedyrektorki. – Zostaw, to sprawa przegrana. Wstawiaj jedynki, latem przeniesiemy ją do szkoły specjalnej. – A jak? – Normalnie. Komisja, orzeknie upośledzenie. Cóż, takie dziecko. – Ale ojciec mówi, że kiedyś… – Przestań, co tam kiedyś! Matka ją prowadziła, sam nie da rady. Nie słuchaj go, naopowiada… – Nie lubi mu się, co? – domyśliła się Rita. Wicedyrektorka skrzywiła się: – Nie musi mi się podobać. Dziecku potrzebne odpowiednie warunki. Ricie to nie wystarczyło. Nie była pewna, czy dziewczynka potrzebuje szkoły specjalnej. Zadzwoniła więc do swojej ulubionej metodyczki, poradziła się i poszła z wizytą do Tanji. Bała się, zaparzyła nawet herbatę z rumiankiem – za mamą, która twierdziła, że pomaga się uspokoić. Mama Rity też już nie żyła, stąd bliskość tej historii. Władek nie ucieszył się z wizyty, choć Rita miała nadzieję, że pomoże córce. – Raczej nie przyjmujemy gości – burknął. Rita przyjęła poważny ton, bo wychowawca zobowiązany jest sprawdzać warunki domowe. Pokój Tanji okazał się cudny: z różowymi tapetami, mnóstwem pluszaków, książek. Rita aż pozazdrościła – jej ojciec był minimalistą, wszystko w beżach, bez ozdób. Przy pierwszej wizycie nie wyszło nic. Pytała Tanię o ulubione książki, o kredki. Tania bez słowa je podała, o książkach nie powiedziała ani słowa. Dopiero na końcu, zapytana o imię różowego królika, powiedziała: – Puszek. Przy kolejnej wizycie Rita przyniosła dla Puszka sweterek. Mama nauczyła ją szydełkować, od tamtej pory Rita robiła to w jej pamięć. Nie była w tym dobra, włóczka za gruba, ale Tania się ucieszyła, założyła sweterek i powiedziała: – Ładny. Rita zaproponowała, by narysowała Puszka w nowym sweterku. Tania narysowała. Rita specjalnie podpisała imię z błędem: Tania poprawiła. Nie jest ona żadną upośledzoną. – Będę odwiedzać Tanię trzy razy w tygodniu – zadeklarowała Ritę Władkowi. – Nie mam dodatkowych pieniędzy, – mruknął. – Nie chodzi o pieniądze! – oburzyła się Rita. I na tym stanęło. Wicedyrektorka nie była zadowolona. – Samowolka! Nie wolno wyróżniać jednego dziecka, to niepedagogiczne! Zresztą bez sensu, znam takich uczniów. – Ja też znam – weszła jej w słowo Rita. – I wiem, że nie wolno się poddawać. Dziewczynka była naprawdę nietypowa: milcząca, nie patrzyła w oczy, wolała rysować niż pisać. Ale liczyć umiała nieźle, gramatykę łapała w lot. Pod koniec semestru nie musiała przyznawać jej ocen z litości – wypracowała je sama. – Wyjeżdża pani na święta? – zapytał Władek, nie patrząc w oczy, jak Tania. – Nie – speszyła się Rita, czując jak się rumieni. – Tania chce panią zaprosić. To było dziwne. Sama Tania nic nie mówiła, zresztą mało rozmawiała. Ale jeśli to prawda – nie wypadało odmówić. Choć nie chciała świętować Nowego Roku z obcymi ludźmi. – Dziękuję, przemyślę to – odpowiedziała. Spała nie najlepiej. Sama siebie nie rozumiała, czemu jest taka poruszona. Przecież miesiąc pracuje z dziewczynką, to naturalne, że ona odtajała. Czy nie o tym marzyła? Co za różnica, co myśli Władek… Z tymi myślami zasnęła. Rano zadzwonił Gosha. – Kiedy wracasz? – Ale właściwie…? – No z okazji Nowego Roku. Nie będziesz świętować w tej wsi? – A właśnie, że tak! – Ritu, może przestań? Tata ma skoki ciśnienia, nie może sobie znaleźć miejsca. Ojciec nigdy nie zadzwonił. – Niech idzie do lekarza – burknęła. – Czyli naprawdę nie przyjedziesz? – Naprawdę. – Kurczę. I co teraz? – Rób co chcesz! Nie spodziewała się, że Gosha faktycznie to zrobi: przyjedzie z szampanem, sałatkami i prezentami. – Jeśli góra nie przychodzi do Mahometa… Rita była zaskoczona. W dodatku – nie negatywnie: nie myślała, że Gosha zdolny jest do czegoś podobnego. Zwykle lubił święta w restauracji z konkursami i muzyką. Tu nawet nie ma telewizora. – Ważne, że jesteś – podsumował. Szukała podstępu, ale nie znalazła. „Może się myliłam?” – pomyślała. Jeszcze bardziej była poruszona, gdy w prezentach znalazła ulubione dania, książki pedagogiczne, projektor i nauczycielski planner. – Dziękuję – wzruszyła się. – Myślałam, że znowu dadzą mi biżuterię albo gadżet. Gosha się uśmiechnął. – Rita, zrozumiałem, że jesteś najważniejsza w moim życiu. Jeśli chcesz mieszkać na wsi, będziemy na wsi. Biżuterię też przywiozłem. Wyjął czerwoną, welurową szkatułkę. Od razu było wiadomo, co w środku. – Mogę odpowiedzieć później? – spytała Rita. Gosha się nie obraził. – Bałem się, że od razu powiesz nie. Poczekam, ile trzeba. Rita nie wiedziała co powiedzieć, wsunęła szkatułkę do kieszeni. Władek miał jej numer komórkowy, ale zadzwonił na stacjonarny. – Zastanowiła się pani? – zapytał. – Przepraszam, przyjechał do mnie znajomy. – Rozumiem. I się rozłączył. Serce ścisnęło się w piersi. Cóż za ton? Rozumiem… Co rozumie? Nic nie obiecywałam, więc nie ma co się obrażać! Ale się obraża? Chyba dla Tanji. Dziewczynka czekała na nią, każdy ojciec chce by jego dziecko było szczęśliwe. Od tych myśli kręciło się jej w głowie. Gosha nic nie zauważał – cały czas próbował złapać zasięg, by włączyć noworoczne filmy. Rita usłyszała gwizd. Tak woła się psa. Przypomniała sobie, że tak właśnie gwizda Władek. Wyjrzała przez okno. Władek z Tanią stali przy furtce. Rumieniec znów pojawił się na jej twarzy. – Kto to? – Gosha rzucił z pretensją. – To uczennica – pisnęła Tania. – Zaraz wracam. Rita przygotowała dla Tanji prezent: koleżankę dla Puszka, różową króliczkę. Ojciec uznałby to za bezguście. Dla Władka też miała upominek. Nie była pewna, czy to dobry pomysł, ale zrobiła: rękawiczki na drutach. Chwyciła prezenty i wybiegła na dwór, jak stała: bez czapki, z gołymi nogami. Śnieg wpadł do butów, ale w ogóle się tym nie przejęła. – Taniu, witaj! – powiedziała zalotnie. – Szczęśliwego Nowego Roku! Spójrz, co dla ciebie mam. Tania wyjęła króliczkę i mocno przytuliła, spojrzała na ojca. Władek podał jej dwa pakunki: większy i mniejszy. Tania rozwinęła najpierw większy. W środku zeszyt z autorskim komiksem – od razu rozpoznała rysunki Tanji. – Dziękuję, cudowny komiks! W mniejszym pakunku była broszka w kształcie ptaszka – złota koliberka. Rita podniosła oczy na Władka, ale on nie patrzył. Tania powiedziała: – To mamusi. W gardle Rity pojawiła się gula. – My już pójdziemy – rzucił Władek. – Oczywiście, wszystkiego najlepszego! – I pani też… Rita chciała przytulić Tanię, ale się nie odważyła: dziewczynka stała, mocno ściskając pluszaka. Wracając, Rita raz jeszcze spojrzała na te dwie postaci przy bramie i dziwnie ścisnęło jej się w środku; weszła do domu, mrugając i pociągając nosem. – No i co tam? – spytał z niezadowoleniem Gosha. Spojrzała na zeszyt, broszkę w dłoni i uświadomiła sobie, że zapomniała dać rękawiczki. Przypomniała sobie słowa Tanji: mamusi… I jak u Władka pojawia się uśmiech – jedyny, szczery uśmiech, gdy patrzy na córkę. W środku coś się rwało i kwitło. Było jej żal Goshy, ale oszukiwać siebie i jego nie zamierzała. Rita wyjęła z kieszeni szkatułkę, podała mu i powiedziała: – Wróć do domu. Przepraszam, nie mogę wyjść za ciebie. Przepraszam. Twarz Goshy stężała: nie był przyzwyczajony do odmów. Przez chwilę Rita myślała, że ją uderzy. Ale Gosha schował szkatułkę, wziął kluczyki od auta i wyszedł bez słowa. Rita w popłochu wrzuciła jedzenie do pojemników, chwyciła rękawiczki i pobiegła za obcymi, a jednak tak potrzebnymi jej teraz ludźmi…