Mieszkam w warszawskiej kamienicy przy ulicy Mokotowskiej, a sąsiadka, pani Jadwiga Nowak, postanowiła, że może prosić o wszystko. Teraz jedyne, czego jej brak, to klucz do mojego mieszkania.
Potrzebuję obiektywnego spojrzenia. Otóż mój synek Zosia ma przyjaciela z podwórka trochę starszego chłopca, Bartek. Spotykam się z jego mamą, czyli naszą sąsiadką, ale nie nazwałabym jej przyjaciółką.
Zaczęło się niewinnie: przy spacerach wymienialiśmy drobne drobiazgi. Pani Jadwiga oddawała mi rzeczy, które były za małe dla jej syna, a ja odwdzięczałam się sokiem i ciastkami. Potem postanowiłam nie przyjmować nic od niej wolałam kupować wszystko sama, żeby nie czuć się zobowiązana.
Z czasem spokojne przechadzki zamieniły się w prawdziwy kabaret. Sąsiadka zaczęła regularnie prosić o coś. Z codziennego czy możesz pożyczyć? przeszło na daj mi kawę!. Gdy ktoś lubi kawę, niech ją kupi, a nie codziennie o nią błaga. Odwiedzała nas, choć nigdy nie zaprosiłam jej do domu. Kiedy zobaczyła zabawki Zosi, rozbłysła jak choinka i zawsze zabierała coś do zabawy. Co prawda, pożyczała, ale w praktyce coraz częściej wywoziła nasze rzeczy.
Nie zaprasza się do siebie, tłumacząc to chorą matką, choć matka przebywa w oddzielnym pokoju. Nie waha się też poprosić o leki, gdy Bartek jest chory, i żąda rzeczy, które powinny leżeć w każdej domowej apteczce. Czasem żąda nawet czegoś dla siebie. Nie rozumiem, jak ktoś może żyć tak, jakby każda apteczka była jedynie pustą obwąsą. Kupiłam lek przeciwgorączkowy dla mojego małego, a ona prawie go oddała nam gratis.
To nie koniec. Regularnie pyta, czy mamy jedzenie dla jej syna, choć nikt z nas nie pyta o jej. Gotuję dla Zosi, a ona wkrada się na mój wózek w sklepie, nie pytając, czy może go użyć. Zawsze czegoś chce, a zawsze czegoś jej nie brakuje.
Pewnego dnia, kiedy cała rodzina była chora, zadzwoniła i powiedziała, że przyjdzie na kawę, ale sama zostanie przy Bartek. Lubię dzieci, ale mam już dosyć sytuacji, w której obce maluchy wchodzą do mojego mieszkania jak do sklepu, przeglądają Zosię zabawki i wybierają, co im się podoba. Powiedziałam jej, że jesteśmy chorzy i ryzykujemy ją zarazić. Powinnam była od razu dodać, że nie zapraszamy.
Jej wizyty nigdy nie poprzedzało uprzejme czy mogę wejść?. Pojawia się po prostu, żądając: Daj mi to. Nie obchodzi ją, czy jestem zajęta, czy nie mam ochoty coś dawać. To jakby wypełniała mój prywatny teren własnym naporem.
Od tamtej pory nie dzwonię jej, nie zapraszam na spacery, a ona sama dzwoni, pisze wiadomości. Jeden z przyjaciół stwierdził, że mam dwie opcje: dalej znosić jej bezczelność albo zerwać kontakt. Nie chcę się z nią kłócić dzieci są przyjaciółmi, mieszkamy blisko, wkrótce będziemy wspólnie odwozić ich do szkoły. A ja nie potrafię walczyć z ludźmi.
Tak więc, jak tu postąpić, kiedy sąsiadka zachowuje się jak nieproszony gość w sklepie, a ja nie mam już siły na na co dzień w kółko?



