Nasza pierwsza wizyta u teściów na polskiej wsi – czyli jak zostałam powitana przez mamę Vasila, co się dzieje przy kuchennym stole, jakie rodzinne historie i anegdoty opowiada Vasyl Wasilewicz i dlaczego w nocy na piecu myślałam, że spotkałam domowego ducha!

Razem z mężem wybraliśmy się na wieś, by poznać jego rodziców. Kiedy tylko zatrzymaliśmy się przed domem, mama Szymona wyszła na ganek, ręce w bok jak prawdziwa gospodyni, i zawołała:
O, Szymon! A czemużeś się nie zapowiedział? Widzę, że nie samotny do nas przyjechałeś!
Szymon objął mnie mocno i z czułością przedstawił:
Poznaj, mamo to moja żona, Bogusia.

Gospodyni, rozłożysta niczym góra, z fartuszkiem w kwiaty, ruszyła do mnie, a jej dłonie objęły mnie mocno:
No siemaj, synowo!
I jak to zwyczaj każe, trzy razy pocałowała mnie w oba policzki.

Od pani Marianny dobiegał wyraźny zapach świeżego chleba i czosnku. Uścisk teściowej sprawił, że przez chwilę poczułam się nieco osaczona głowa znalazła mi się pomiędzy jej obfitymi ramionami. Po chwili odsunęła mnie na długość ramienia, spojrzała uważnie z góry na dół i spytała:
Szymek, a gdzieś Ty taką drobnicę wytrzasnął?
Mąż tylko zachichotał krótko:
Wiadomo gdzie w mieście! W bibliotece… A tata w domu?
U sąsiadki, z kuchenką się babrze… No, chodźcie, zdejmujcie buty, bo dopiero co podłogę myłam.

Z podwórka gapiły się na nas dzieciaki z wioski, z otwartymi z ciekawości buziami.
Zenek, leć do pani Stefanii, powiedz Stanisławowi, że synek z synową zajechali!
Już lecę! odpowiedział chłopiec i pomknął przez wiejską uliczkę.

Weszliśmy do środka. Szymon zdjął ze mnie modne, ale przecenione płaszczyko, i odwiesił przy kaflowym piecu.
Potem chwycił moje zmarznięte dłonie i przytulił do ciepłych kafli:
O, gospodyni moja, jeszcze ciepełko trzyma.

W kuchni zagrzechotały garnki i gliniane dzbany, na stole zadźwięczały szklane kubki i aluminiowe łyżki… Gdy teściowa krzątała się przy stole, podziwiałam prostą izdebkę. W rogu wisiały święte obrazki, w oknach kwieciste firanki, na stołkach i podłodze własnoręcznie tkane dywaniki. Obok pieca drzemał rudy kot, do nas tyłem.

Ślub wzięliśmy tydzień temu przyszedł do mnie głos Szymona jakby z innego świata.
Zdziwiłam się, jak prędko na stole pojawiły się wszelakie specjały!

Wśród nich, na dużym talerzu, pyszniła się galareta; obok kiszona kapusta i ogórki, mleko z pieca z apetyczną kożuchą, a do tego chleb, jakiego w mieście nie znajdziesz, i placek z jajkiem i szczypiorkiem…
Matko kochana, jak zgłodniałam!

Mamo, już wystarczy! Tu tego na cały tydzień! wymamrotał Szymek, odgryzając wielki kawał pajdy chleba.
Teściowa postawiła na stół zaparowaną ćwiartkę wódki i wycierając dłonie o fartuch, zarządziła:
No, teraz wszystko gotowe!

Tak właśnie poznałam mamę Szymona.
Matka i syn byli do siebie podobni jak dwie krople wody oboje z rumieńcami na policzkach, o ciemnych włosach. Tylko Szymek był cichy i ugodowy, a Marianna żywa, głośna, jak letnia burza. Pewnie niejednego narowistego konia ujeździła i niejedną płonącą chałupę uratowała

W sieni zatrzasnęły się drzwi. Do kuchni, wpuszczając za sobą fale zimnego powietrza, wszedł niski, starszy pan.
Pan Staszek z szerokim uśmiechem rozłożył ręce:
Ale się porobiło, a ja pierona!
Nie zdejmując umorusanej sadzą kurtki, uściskał syna.

Cześć, tato!
Ręce umyj, a potem się witaj! dorzuciła teściowa.

Pan Stanisław uśmiechnął się do mnie i podał dłoń:
Dzień dobry, panienko!
Miał niebieskie, figlarne oczy, rzadkawą rudą brodę i te same miedziane, kręcone włosy.

Marianka, nalej i mi rosołu! zawołał, hałasując przy umywalce.

Wznieśliśmy kubki:
Na zdrowie, kochani!

Po zjedzonym obiedzie nabrałam śmiałości:
Panie Stanisławie, czemu wszyscy w rodzinie Stanisławowie?
A to proste, Boguśka! I dziad, i ojciec, i ja wszyscy piekarze od pokoleń.
Szymek tylko postanowił być tokarzem.

Tokarz też Polsce potrzebny! zażartował Szymon.

Panie Staszku, trudno postawić piec?
Dziewczyno, to prawdziwa sztuka! uniósł palec do góry. Żeby ciepło trzymał, dymił jak trzeba i chleb był pachnący! Nie patrz, że taki mizerny jestem my, rudzi, zahartowani, z samego słońca wykarmieni!

Mój Staszek to złota rączka! włączyła się teściowa.
Tato, opowiedz coś posłuchamy!

Staszek westchnął, podrapał się po brodzie i spojrzał żartobliwie:
Jak chcecie, to słuchajcie! Pierwsza historia…

Pojechaliśmy kiedyś w lipcu na siano. Była wtedy Mleczna, pamiętasz, matko? Krowa, co litrami mleko dawała i żadne bąki się jej nie imały. Zjechały się baby, chłopy i my z Marianną.
Ledwie słońce spierniczało zza boru, a my już z kosami szu-szu, szu-szu…

Upał jak diabli, gzy gryzły bez litości!
A wtedy, pamiętam, dzików w lesie było zatrzęsienie!
No, przychodzi czas obiadu, pot lał się po plecach. Wszyscy styrani…
Ech, głuptas, co wspominasz! wtrąciła Marianna. Boguś i tak nie interesuje.
Wręcz przeciwnie! zapewniłam.

Myślę sobie, trzeba ludzi rozruszać, bo przy upale padli. No to rzuciłem kosę, biegnę i krzyczę: Uciekajcie, dziki! I sam pod drzewo wskoczyłem. Patrzę, każdy rzuca grabie i już na drzewach!
Ha-ha! I co dalej?
Potem to mnie i kobiety, i chłopy prawie grabiami przegonili! Ale roboty przyspieszyło.

Marianna klasnęła męża w czubek głowy:
Wariat rudy!
Tato, opowiedz o prawdziwych dzikach.

Dobrze… To było tak. My z Marianną jeszcze młodzi, Szymona nawet nie planowaliśmy.
Wtedy łowiectwo to była moja pasja, do pamiętnej przygody…

Pewnego dnia sypnęło śniegiem. Mówię: Idę na polowanie.
Idź zgodziła się Marianna.

Wziąłem strzelbę i poszedłem. Błądziłem po lesie długo. Już zamierzałem wracać, gdy słyszę dziki tuż, tuż. Zbliżyłem się, strzeliłem chybiony. I nagle stary odyniec ruszył na mnie! Ledwie zdążyłem wdrapać się na drzewo.

Oj, chyba ze strachu omal nie zemdlałeś! wtrąciła teściowa.
Nie przerywaj! No i siedzę tam, ni to żywy, ni martwy. Myślę: poczekam, aż odejdą. A tu figę! Odyniec ryje ziemię, w końcu całe stado siada pod drzewem.
I co było dalej?
Całą noc przesiedziałem na drzewie, mocno przytulony do pnia. Na szczęście mróz nie był taki straszny, bo bym zamarzł na kość…

A ja wtedy Szymka szukałam, całą wieś postawiłam na nogi! dodała Marianna. Jak znalazłam, to ledwo go doprowadziłam do domu.

Ty to jesteś nie kobieta, a herbata z miodem!
Daj spokój, łobuzie!… Boguś, a może herbatki? Mam matkę boską i dziurawiec, domowy miód też.

Chętnie, dziękuję.

Pani Marianna nalała do kubków pachnącej herbaty.

Szymek, opowiedz jak ciotkę uzdrowiłeś.
Staszek prawie się zakrztusił, rozśmiał:
A to historia! Szwagierka przysłała telegram, że przyjedzie. Ucieszyliśmy się, gościmy ją, a ona przy obiedzie marudzi, że nogi nie chodzą, bolą że hej.

Byłaś u lekarza? pytamy.
Nie mogę się zebrać, odpowiada. Do szpitala jej nie po drodze.

A pchłami się leczyłaś? pytamy.
A skąd ja wezmę w mieście pchły?

Chodź do uli, zaraz cię postawię na nogi!

Weterynarz z bożej łaski! roześmiała się Marianna.

Podchodzimy do uli, mówię podciągaj spódnicę za kolano. Na każdą nogę po pszczole.
Ciotka podziękowała, ale po pół godzinie klęła jak szewc uczulenie na jad, nogi jak balony!

Rzekłam doktor Judym…

Skąd miałem wiedzieć? Ty też nie wiedziałaś!
Ty, Bogusiu, jadłaś miód? Nie masz uczulenia?
Nie mam, panie Stanisławie!
No i bardzo dobrze, bo miód to życie…

Dopiłyśmy herbatę.
Za oknem zapadła głęboka noc, ogarnęło mnie zmęczenie.
Teściowa zaciągnęła zasłony:
Szymon, gdzie wam pościelić?
Mamo, może na piecu? Bogusu, ty chętna na piecu spać?
Bardzo!
Zaraz ci posłanie przygotuję. Tata sam, cegiełka po cegle, naszą piec opiekunkę murował pochwaliła się Marianna.

Pan Staszek spojrzał z dumą.
A było czym się chwalić taki piec nie tylko ogrzeje, nakarmi, ale i rodzinę wokół siebie zbierze. Żywy ogień w środku źródło domowego ciepła!

Podziękowaliśmy gospodarzom i wstaliśmy od stołu. Mąż, uśmiechając się, podniósł mnie na rozgrzaną płytę pieca.
Z półek zapachniało czymś, co latami chłonęło aromaty ognia, suszonych ziół i ciepłego chleba.

Szymon szybko zasnął, a ja nie mogłam zmrużyć oka. Ciszę przerywało czyjeś głośne oddychanie:
Pych-puch, pych-puch
To chyba domowy duszek! Czytałam kiedyś

Przypomniałam sobie dziecięcą wyliczankę:
Duszku, duszku, my z tobą nie konkurujemy!

Dopiero rano wyszło na jaw, że to nie żaden duszek, tylko drożdże, które teściowa zostawiła koło pieca na rośnięcie, i zapomniała…

Jeszcze nie raz odwiedzimy gościnny dom rodziców Szymona posłuchać opowieści pana Staszka, ogrzać się przy piecu, zjeść prawdziwy, domowy chleb.
Ale to już opowieść na inny wieczór…

Bo największą wartość mają proste rzeczy: ciepło rodzinnego domu, wspólnie wypiekany chleb i historie, które budują nasze więzi to one zostają w pamięci na zawsze.

Rate article
Fajna Tajna
Nasza pierwsza wizyta u teściów na polskiej wsi – czyli jak zostałam powitana przez mamę Vasila, co się dzieje przy kuchennym stole, jakie rodzinne historie i anegdoty opowiada Vasyl Wasilewicz i dlaczego w nocy na piecu myślałam, że spotkałam domowego ducha!