Moje krewni stoją w kolejce, czekając, aż odejdę z tego świata. Myślą już o przejęciu mojego mieszkania, lecz już dawno zabezpieczyłam się przed tym losem.
Mam sześćdziesiąt lat, mieszkam samotnie w małym mieszkaniu przy ul. Dobrej w Warszawie. Nie mam dzieci, nie mam męża choć kiedyś byłam żoną. W wieku dwudziestu pięciu poślubiłam Jana z miłości.
Nasze małżeństwo rozpadło się, gdy Jan przyniósł swoją kochankę do naszego pokoju. Nie mogłam tego znieść, spakowałam torby i wyjechałam pod dach rodziców. Dwa miesiące po rozwodzie dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Nie chciałam o tym mówić Janowi, nie dzwoniłam do niego, postanowiłam wychować dziecko sama.
Gdy urodziłam syna, lekarze przynieśli gorszą wiadomość chłopiec przyszedł na świat bardzo słaby i z nieuleczalną chorobą. Mógłby przeżyć jedynie jedenaście lub dwanaście lat. Każdego dnia karmiłam go piersią, a w mojej głowie krążyło jedno: wkrótce odejdzie z tego świata.
Michał osiągnął piętnaście lat, a tydzień później zmarł zarówno on, jak i mój ojciec, Władysław. Straciłam dwie najdroższe osoby. Ojciec pozostawił mi swoje duże, wysokie na trzecim piętrze kamienice przy ulicy Krakowskiej, w samym sercu miasta.
Przez lata żyłam samotnie, rzadko spotykając mężczyzn. Chciałam jeszcze mieć dziecko, lecz bałam się, że los się powtórzy, więc nie podejmowałam ryzyka. Gdy miałam czterdzieści pięć lat, kupiłam laptopa, by móc rozmawiać z rodziną i czytać wiadomości.
Krewni odkryli, że mieszkam sama, i zaczęli przychodzić w turach, niosąc prezenty, domowe wypieki i plotki. Zastanawiali się, czy spisałam testament. Gdy dowiedzieli się, że go nie mam, zaczęli narzekać na moje finanse, a niektórzy próbowali podlizywać się innym, by w moich oczach wyglądać lepiej. Wiem już, komu przekażę mieszkanie przyjacielowi, którego córka Ania zawsze pomaga mi bezinteresownie.
Rodzina chce tylko lokum. Pewnego dnia zerwałam z nimi kontakt, lecz nie powstrzymało to ich przed kolejnymi telefonami.
Kiedy mój kuzyn Piotr zadzwonił, pytając złośliwie, czy jeszcze żyję i komu zamierzam oddać mieszkanie, poczułam taką oburę, że zablokowałam wszystkim krewnym możliwość pisania i dzwonienia.
W tej sennej rzeczywistości drzwi otwierają się same, a echo kroków rozbrzmiewa w pustych korytarzach, jakby każdy dzień był jedynie kolejnym snem, z którego nie ma ucieczki.



