Przyjechał kuzyn mojego męża.
Może jestem trochę z innej epoki, może teraz świat rządzi się innymi prawami, ale jakoś nie wierzę, żeby to się aż tak zmieniło.
Mama nigdy nie wbiła mi do głowy, że w gości do rodziny jedzie się z upominkiem pod pachą nikt mnie tego nie uczył. A jednak całe życie mam wrażenie, jakby to było zapisane w moim DNA, jak tabliczka mnożenia. Skąd? Chyba naczytałam się za dużo książek, naoglądałam filmów i sztuk w teatrze.
W sobotę nawiedził nas kuzyn mojego męża, Wiesław. Przyjechał na pogrzeb wujka nawet nie z naszej strony, tylko tej drugiej, bardziej egzotycznej gałęzi rodziny.
To jeszcze zapytał wcześniej, czy mogą przenocować. No jasne, przecież nie rzucimy ludzi na bruk. Powiedzieliśmy, żeby się nie martwili, gościnność to przecież polska specjalność.
Przyjechali wieczorem on, jego syn Janek i synowa Marcelina. Obiadek przygotowałam, w piekarniku mięso na cały pułk, surówki, ogórki kiszone, wszystko jak trzeba. Wypiliśmy symbolicznego toastu no, w końcu nie widzieliśmy się sto lat, aż człowiek łapie się na sentymenty. Potem położyłam wszystkich do łóżek, a skoro świt zrobiłam śniadanie: kajzerki, żółty ser, szyneczka, herbata, kawa niczego nie brakowało.
Potem ruszyli na pogrzeb. Wrócili, posiedzieli jeszcze chwilę i zaraz hop-siup do siebie.
Teoretycznie wszystko było w porządku. Ale przyjechali do nas z pustymi rękami, nawet butelki wina nie przywieźli, ani krówki, ani ptasiego mleczka.
Ojciec mojego męża, świętej pamięci Pan Stanisław, był chrzestnym tego kuzyna. A jego teściowa, czyli nasza ukochana pani Zofia, mieszka teraz z nami i kuzyn dobrze o tym wiedział. Naprawdę, nie narzekamy na biedę, ale jakieś czekoladki dla staruszki chyba by go nie zrujnowały. Ona całą sobotę wyglądała przez okno, aż się wzruszyła do łez.
No ja bym tego tak nie zostawiła.
Po pierwsze, przywiozłabym coś mocniejszego, choćby nalewkę babci Krysi. Dzieciom i seniorom solidna paczka słodyczy, może jakieś pamiątkowe pierniki z Torunia. Przecież nie chodzi o wielkie wydatki, wystarczy trochę dobrych chęci. I jeszcze własną pościel, żeby nie robić zamieszania.
Wielka bieda to nie jest gdyby była, nie pisałabym nawet słowa. Ale Wiesław zawsze przyjeżdża z gołymi rękami raz tu był w delegacji, przyjechał w niedzielę, wyjechał w poniedziałek nawet ciastek nie przywiózł.
A podczas pobytu nieustannie opowiadał o tej swojej wędkarskiej pasji, ile to karpi nałowił, jaki okoń był. Chociaż jednego by przywiózł, ech
Nie szkoda mi jedzenia, kiedy przyjmuję gości. To bardziej kwestia zwykłego, ludzkiego ciepła. Tak po prostu czuję się, jakbym była restauracją z opcją zjedz i zniknij.
I tak jest niestety za każdym razem…



