CZY TO NAPRAWDĘ ORCHIDEA JEST WINNA? — Pola, zabierz tę orchideę, bo inaczej ją wyrzucę! — rzuciła niedbale Kasia, podając mi przezroczystą doniczkę ze smętną rośliną. — Dzięki, kochana! Ale czym ci zawiniła ta orchidea? — zdziwiłam się, bo na parapecie stały jeszcze trzy piękne, zadbane okazy. — Ten kwiat dali mojemu synowi na ślub. A sama wiesz, jak się to skończyło… — ciężko westchnęła Kasia. — Wiem tylko, że twój Darek rozwiódł się zanim minął rok. Nie pytam o powód. Domyślam się, że musiał być ważny. Przecież Darek uwielbiał Tosię… — nie chciałam rozdrapywać świeżej rany. — Może kiedyś ci opowiem, Pola, ale na razie zbyt to boli — zamyśliła się Kasia i uroniła łzę. Przyniosłam „wygnaną” orchideę do domu. Mąż spojrzał litościwie na zniszczoną roślinę: — Po co ci ten nieszczęsny kwiatek? On nawet nie żyje. Nawet ja to widzę. Nie trać na niego czasu. — Właśnie chcę go odratować. Podaruję mu trochę miłości i troski. Zobaczysz, jeszcze będziesz się nim zachwycał — chciałam tchnąć odrobinę życia w więdnący kwiat. Mąż mrugnął figlarnie: — Kto by się oparł miłości? Tydzień później zadzwoniła Kasia: — Pola, mogę do ciebie wpaść? Muszę wyrzucić z siebie ciężar. Chcę ci opowiedzieć całą prawdę o nieudanym małżeństwie Darka… — Kasieńko, przyjeżdżaj bez wahania. Czekam — nie mogłam odmówić przyjaciółce. Wspierała mnie, gdy rozwodziłam się z pierwszym mężem, cierpliwie słuchała, kiedy nie układało mi się z drugim… Nasza przyjaźń trwa od lat. Kasia była u mnie już po godzinie. Rozsiadła się wygodnie w kuchni. Przy lampce wytrawnego wina, filiżance świeżo parzonej kawy i gorzkiej czekoladzie zaczęła się długa opowieść o losach swojej rodziny… Nigdy nie przypuszczałam, że moja, już była, synowa, mogła postąpić tak podle. Darek i Tosia byli razem siedem lat. Darek długo przyglądał się tej dziewczynie. Dla niej zostawił Anię. A Anię lubiłam! Tak ciepła, domowa, mówiłam na nią „córeczko”. A tu nagle pojawiła się piękna jak z okładki Tosia. Darek stracił dla niej głowę. Kręcił się wokół niej jak pszczoła wokół kwiatu. Miłość do Tosi była niemal wyniszczająca. Anię natychmiast „odłożył na bok”. Zgodzę się, Tosia miała urodę modelki. Darek lubił, kiedy koledzy wzdychali na jej widok, a przechodnie oglądali się na to zjawisko. Dziwiło mnie tylko, że przez siedem lat nie doczekali się dziecka. Myślałam, że chce wszystko zrobić „po Bożemu” — ślub, a potem dzieci. Darek był bardzo zamknięty. A my z mężem do jego spraw prywatnych nie wchodziliśmy. Aż postawił mnie przed faktem dokonanym: — Mamo, tato, żenię się z Tosią. Złożyliśmy papiery do USC. Zrobię wesele z rozmachem. Nie będę szczędził na niczym! Ucieszyliśmy się. W końcu Darek miał trzydzieści lat, a bardzo pragnęliśmy, żeby założył rodzinę. Z wyznaczeniem daty ślubu były wieczne przeszkody: raz Darek się rozchorował, kiedy indziej ja się spóźniłam przez delegację. Zaczęłam przeczucie, że coś tu nie gra, że to nie wróży nic dobrego… Ale syn tryskał szczęściem, nie chciałam mu psuć nastroju. Mało tego, chciał wziąć z Tosią ślub kościelny. Ale i z tym coś nie wyszło — zaprzyjaźniony ksiądz wyjechał na dłużej na swoją wieś, a Darek uparł się, że chce być pobłogosławiony właśnie przez niego. Wszystko szło jak po grudzie… W końcu huczne wesele się odbyło. Popatrz na zdjęcie – widzisz, jaka była wtedy ta orchidea? Kwitnąca, dorodna, liście sztywne jak żołnierze. A teraz? Zostały z niej zwiędłe płachty. Darek z Tosią mieli pojechać w podróż poślubną do Paryża. I nagle problem – Tośki nie wpuścili za granicę. Okazało się, że ma do zapłacenia ogromny mandat. Z lotniska zawrócili młodą parę. Darek nie przejmował się tymi kłopotami — unosił się w chmurach, marzył o szczęśliwej rodzinie. Aż tu nagle Darek poważnie zachorował. Trafił do szpitala. Było źle – lekarze rozkładali ręce. Tosia odwiedzała go tydzień, potem powiedziała prosto z mostu: — Przepraszam, ale mąż-inwalida to nie dla mnie. Wniosłam pozew o rozwód. Wyobrażasz sobie, Pola, co czuł mój syn, leżąc unieruchomiony na szpitalnym łóżku? Ale spokojnie odpowiedział: — Rozumiem cię, Tosiaczku. Nie będę robił problemów. Wzięli rozwód. A Darek w końcu wyzdrowiał! Znaleźliśmy mu świetnego lekarza, dr Piotra Bogdanowicza, i ten postawił go na nogi w pół roku. Miał uroczą, dwudziestoletnią córkę Marysię. Na początku syn lekceważył ją: — Taka malutka, nawet nieładna. — Darek, spójrz inaczej na Marysię. Z twarzy wody nie pijesz. Już miałeś piękną żonę… Lepiej pić wodę w szczęściu niż miód w smutku. Długo nie mógł zapomnieć Tośki, choć jej zdrada bolała go bardzo. A Marysia zakochała się w nim po uszy, wydzwaniała, łaziła za nim krok w krok. Zaproponowaliśmy, żeby dzieci spędziły razem czas na wyjeździe. Darek chodził ponury, nic go nie bawiło: ani trzask ogniska, ani zapach szaszłyków, ani towarzystwo. Marysia łapała każde jego spojrzenie – ale on ani razu na nią nie zerknął. Mówię do męża: — Bez sensu te swaty. Darek wciąż kocha Tosię. Siedzi mu w sercu jak drzazga. Minęły trzy, cztery miesiące. Dzwonek do drzwi. Na progu Darek, trzyma tę słynną orchideę: — Mamo, przyniosłem ci resztki minionego szczęścia. Rób z tym kwiatkiem, co chcesz. Dla mnie to już niepotrzebny egzot. Niechętnie wzięłam orchideę. I znienawidziłam ją. Jakby to ona była winna nieszczęściom mojego syna. Schowałam prezent od syna na dno parapetu, nie podlewałam. Spotkałam niedawno sąsiadkę: — Kasiu, widziałam twojego Darka z taką drobną dziewczynką. Była żona to była z niej panna jak malowana! Nie wierzyłam własnym uszom — czyżby Darek naprawdę spotykał się z Marysią? — Poznaj, to moja żona Marysia — Darek trzymał czuło za rękę swoją delikatną, młodziutką wybrankę. Popatrzyliśmy na siebie z mężem: — Jak to? A wesele? Goście? — Żaden hałas niepotrzebny. Przeszliśmy już przez to. Ślubowaliśmy cicho w USC. Potem ślub kościelny było nam dane w końcu dostać u księdza Sławka. Teraz jesteśmy z Marysią na zawsze. Zaciągnęłam syna na stronę: — Darek, pokochałeś ją chociaż? Nie zrobisz krzywdy Marysi? Nie ożeniłeś się z zemsty na Tosi? — Nie, mamo, nie mszczę się. Już się wyleczyłem z tej kobiety — nawet nie nazywał już Tośki po imieniu. — A co do miłości… Nasze światy z Marysią idealnie do siebie pasują. Taka to historia, Pola. Kasia opowiedziała wszystko do końca. Od tej rozmowy nie widziałyśmy się dwa lata — pochłonęły nas codzienne obowiązki. A orchidea odżyła i zakwitła bardziej niż kiedykolwiek! Kwiaty umieją się odwdzięczyć za troskę. Spotkałam Kasię w szpitalu położniczym: — Cześć, przyjaciółko! Co tu robisz? — Marysia urodziła bliźniaki. Dziś wychodzą do domu — Kasia promieniała. W poczekalni stał Darek z naręczem róż i mąż Kasi. Marysia — zmęczona, ale szczęśliwa — wyszła na korytarz, za nią pielęgniarka niosła dwa „żywe” i „śpiące” zawiniątka. Zaraz potem moja córka z wnuczką… A gdzieś tam, cichutko i pokornie, była i tamta orchidea… Tosia błagała Darka o wybaczenie i nowy początek. Ale… Filiżankę można skleić, ale pić z niej – już się nie da. CZY WINNA BYŁA ORCHIDEA?

Pola, zabierz tę orchideę, bo inaczej ją wyrzucę powiedziała Kaśka, odstawiając na stół przezroczystą doniczkę z kwiatem i wręczając mi ją prawie od niechcenia.
Dziękuję, kochana! Ale co ta orchidea Ci zawiniła? dopytałam zdziwiona. Na parapecie stały przecież jeszcze trzy wspaniałe, zadbane orchidee.
Ten kwiat dostał mój syn na ślub. Wiesz przecież, jak to się wszystko skończyło Kaśka głęboko westchnęła.
Wiem, że Twój Damian rozwiódł się, nie przeżywszy nawet roku z żoną. O powód nie pytam, domyślam się, że to musiało być poważne. Przecież Damian ubóstwiał Elę nie chciałam ją drażnić, bo rana była świeża.
Opowiem Ci wszystko kiedyś, Pola. Na razie za bardzo mnie to boli zamyśliła się Kaśka i otarła łzę.
Zabrałam wygnaną i odrzuconą orchideę do siebie. Mój mąż spojrzał litościwie na zmarniałego kwiata:
Po co Ci ten żałosny badyl? Żadnego życia w tej orchidei, nawet ja to widzę. Szkoda czasu.
Chcę spróbować ją odratować. Okażę jej trochę czułości, może odwdzięczy się pięknem. Zobaczysz, jeszcze będziesz nią zachwycony miałam nadzieję, że tchnę życie w tę smutną roślinę.
Mąż uśmiechnął się i mrugnął:
Któż by się oparł miłości?

Kilka dni później Kaśka zadzwoniła:
Pola, mogę do Ciebie wpaść? Muszę się wygadać, nie dam rady dłużej dusić w sobie tej historii. Muszę Ci opowiedzieć o nieudanym małżeństwie Damiana.
Przyjeżdżaj, nawet się nie zastanawiaj odpowiedziałam bez wahania. Kaśka tyle razy mnie wspierała, kiedy sama rozstałam się z pierwszym mężem, gdy nie układało mi się z drugim Nasza przyjaźń przeszła już wiele.
Kaśka zjawiła się już po godzinie.
Rozsiadła się wygodnie w kuchni. Przed nami lampka wytrawnego wina, kawa, gorzka czekolada i zaczęła się długa, szczera rozmowa.
Nigdy bym nie pomyślała, że była już synowa, Ela, była do czegoś takiego zdolna. Damian i Ela byli razem siedem lat. Damian długo ją obserwował, zanim się zdecydował. Dla Eli porzucił Kingę. A ja Kingę tak lubiłam: ciepła, rodzinna, mówiłam na nią córeczka. I nagle pojawiła się piękna Ela. Damian stracił dla niej głowę. Kręcił się przy niej jak pszczoła przy kwiatach. Jego miłość była wręcz gorączkowa. O Kindze od razu zapomniał.
Nie da się ukryć, Ela była piękna jak modelka. Damian był dumny, gdy koledzy patrzyli na nią z podziwem, na ulicy nawet obcy się odwracali. Zaskakujące, że przez siedem lat bez ślubu nie doczekali się dziecka. Myślałam: może czeka na prawdziwą rodzinę po ślubie. Damian nie był zbyt wylewny, a my z mężem nie mieszaliśmy się w jego sprawy.
Pewnego dnia postawił nas przed faktem:
Mama, tata, biorę ślub z Elą. Już złożyliśmy papiery w USC. Wesele zrobię na bogato, nie pożałuję ani złotówki.
Oczywiście się ucieszyliśmy w końcu Damian miał już trzydzieści lat.
Ale wyobraź sobie, Pola, datę ślubu musieliśmy przekładać dwa razy: raz Damian zachorował, potem ja utknęłam w delegacji. Już wtedy miałam przeczucie, że coś jest nie tak. Ale Damian promieniał, nie chciałam go martwić. Do tego Damian bardzo chciał się z Elą pobrać w kościele, tylko że ks. Stanisław, do którego bardzo się przywiązał, wyjechał na kilka miesięcy poza Kraków. Nic się nie układało znaki były na każdym kroku
W końcu było głośne wesele. Spójrz na zdjęcie widzisz, jaka ta orchidea była piękna? Kwitnąca, liście jak z żurnala. A teraz? Zostały same smutne listki.
Damian i Ela szykowali się na podróż poślubną do Paryża. I wtedy problem: Eli nie wypuścili z kraju. Okazało się, że miała zaległość i grzywnę do zapłaty i to sporą, ponad dziesięć tysięcy złotych! Na lotnisku ich zawrócili. Damian nie przejmował się był zakochany, miał nadzieję na szczęście rodzinne.
Ale nagle Damian poważnie zachorował. Trafił do szpitala. Wyglądało to naprawdę źle, lekarze nie dawali większych nadziei.
Ela, przez tydzień, przychodziła. Po tygodniu, mówi mu prosto:
Wiesz, Damian, nie mogę być z niepełnosprawnym mężem. Złożyłam papiery o rozwód.
Wyobrażasz sobie, Pola, co czuł mój syn leżąc bez ruchu w szpitalnym łóżku? Ale zachował się tak dojrzale:
Rozumiem Cię, Elu. Nie będę robić problemów.
I rozeszli się.
A Damian? Wyzdrowiał, znalazł się świetny lekarz Piotr Bogdanowicz. Postawił Damiana na nogi w pół roku. Nasza rodzina się zaprzyjaźniła z Piotrem. A on miał uroczą, dwudziestoletnią córkę Marysię. Damian kręcił nosem:
Mała jakaś, niezbyt atrakcyjna.
Synu, przyjrzyj się Marysi. Nie wygląd się liczy. Miód lepiej pije się w radości niż w smutku.
Damian długo nie mógł zapomnieć Eli, bolała go jej zdrada. Za to Marysia zakochała się w nim bez pamięci, cały czas do niego dzwoniła, chodziła za nim jak cień.
Chcieliśmy ich zbliżyć do siebie, więc wyjechaliśmy razem na łono natury. Ale Damian był smutniejszy niż zwykle, nic go nie cieszyło ani ognisko, ani zapach pieczonych kiełbasek, ani nasza wesoła paczka. Marysia łapała każde spojrzenie Damiana, na próżno ani razu na nią nie spojrzał jak na kobietę.
Szepczę mężowi:
To nie miało sensu. Damian nadal pamięta i kocha Elę, ona tkwi w nim jak drzazga.
Minęły trzy-cztery miesiące. Pewnego dnia zaczął dzwonić dzwonek do drzwi. Damian stoi na progu, w ręku ta słynna orchidea:
Mamo, przyniosłem Ci resztki dawnego szczęścia. Rób z tym kwiatkiem, co chcesz, mnie niepotrzebny.
Przyjęłam orchideę niechętnie. I znienawidziłam ją. Jakby była winna nieszczęściom mojego dziecka. Schowałam ją gdzieś, przestałam nawet podlewać.
A niedawno spotkałam sąsiadkę:
Kaśka, widziałam twojego Damiana z jakąś drobną dziewczyną. No wiesz, poprzednia żona była o wiele ładniejsza.
Nie chciałam wierzyć, że Damian związał się z Marysią.
Poznaj nas, Marysia i ja jesteśmy już małżeństwem Damian delikatnie obejmował swoją drobną żonę.
Z mężem spojrzeliśmy na siebie:
Jak to, a wesele? Goście?
To zbytek. Dość już zamieszania. Wzięliśmy cichy ślub w USC, pobłogosławił nas ks. Stanisław. Teraz jesteśmy razem na dobre i na złe.
Na osobności podeszłam do Damiana:
Synu, czy naprawdę ją pokochałeś? Nie skrzywdzisz Marysi? Nie jest to na złość Eli?
Nie, mamo. Już o tamtej kobiecie zapomniałem nawet nie wymienił imienia Eli. A jeśli chodzi o uczucia Marysi świat pasuje do mojego.
Taka to historia, Pola.
Kaśka wygadała się do końca.
Po tej rozmowie nie widziałyśmy się z Kaśką przez dwa lata. Życie nas porwało.
A orchidea odżyła, rozkwitła jeszcze piękniej. Kwiaty potrafią odwdzięczyć się za czułość.
Spotkałam Kaśkę na oddziale położniczym:
Cześć, kochana! Co tu robisz?
Marysia urodziła bliźniaki. Dziś wychodzą do domu Kaśka się promieniała.
Nieco dalej stali Damian i mąż Kaśki, trzymając bukiet czerwonych róż. Na progu pojawiła się wyczerpana, ale szczęśliwa Marysia. Za nią pielęgniarka niosła dwa zawiniątka.
Kilka minut później przeszła córka z moją nowo narodzoną wnuczką.
A ja pomyślałem Ela prosiła Damiana o przebaczenie i próbowała zacząć od nowa. Ale filiżankę można skleić, tylko już się z niej nie napijesz…
Nauczyłem się wtedy, że nie warto obwiniać innych nawet orchidei za swoje niepowodzenia. Szczęście czasem zjawia się tam, gdzie najmniej się go spodziewasz, i potrafi rozkwitnąć, jeśli tylko pozwolisz mu zakwitnąć.

Rate article
Fajna Tajna
CZY TO NAPRAWDĘ ORCHIDEA JEST WINNA? — Pola, zabierz tę orchideę, bo inaczej ją wyrzucę! — rzuciła niedbale Kasia, podając mi przezroczystą doniczkę ze smętną rośliną. — Dzięki, kochana! Ale czym ci zawiniła ta orchidea? — zdziwiłam się, bo na parapecie stały jeszcze trzy piękne, zadbane okazy. — Ten kwiat dali mojemu synowi na ślub. A sama wiesz, jak się to skończyło… — ciężko westchnęła Kasia. — Wiem tylko, że twój Darek rozwiódł się zanim minął rok. Nie pytam o powód. Domyślam się, że musiał być ważny. Przecież Darek uwielbiał Tosię… — nie chciałam rozdrapywać świeżej rany. — Może kiedyś ci opowiem, Pola, ale na razie zbyt to boli — zamyśliła się Kasia i uroniła łzę. Przyniosłam „wygnaną” orchideę do domu. Mąż spojrzał litościwie na zniszczoną roślinę: — Po co ci ten nieszczęsny kwiatek? On nawet nie żyje. Nawet ja to widzę. Nie trać na niego czasu. — Właśnie chcę go odratować. Podaruję mu trochę miłości i troski. Zobaczysz, jeszcze będziesz się nim zachwycał — chciałam tchnąć odrobinę życia w więdnący kwiat. Mąż mrugnął figlarnie: — Kto by się oparł miłości? Tydzień później zadzwoniła Kasia: — Pola, mogę do ciebie wpaść? Muszę wyrzucić z siebie ciężar. Chcę ci opowiedzieć całą prawdę o nieudanym małżeństwie Darka… — Kasieńko, przyjeżdżaj bez wahania. Czekam — nie mogłam odmówić przyjaciółce. Wspierała mnie, gdy rozwodziłam się z pierwszym mężem, cierpliwie słuchała, kiedy nie układało mi się z drugim… Nasza przyjaźń trwa od lat. Kasia była u mnie już po godzinie. Rozsiadła się wygodnie w kuchni. Przy lampce wytrawnego wina, filiżance świeżo parzonej kawy i gorzkiej czekoladzie zaczęła się długa opowieść o losach swojej rodziny… Nigdy nie przypuszczałam, że moja, już była, synowa, mogła postąpić tak podle. Darek i Tosia byli razem siedem lat. Darek długo przyglądał się tej dziewczynie. Dla niej zostawił Anię. A Anię lubiłam! Tak ciepła, domowa, mówiłam na nią „córeczko”. A tu nagle pojawiła się piękna jak z okładki Tosia. Darek stracił dla niej głowę. Kręcił się wokół niej jak pszczoła wokół kwiatu. Miłość do Tosi była niemal wyniszczająca. Anię natychmiast „odłożył na bok”. Zgodzę się, Tosia miała urodę modelki. Darek lubił, kiedy koledzy wzdychali na jej widok, a przechodnie oglądali się na to zjawisko. Dziwiło mnie tylko, że przez siedem lat nie doczekali się dziecka. Myślałam, że chce wszystko zrobić „po Bożemu” — ślub, a potem dzieci. Darek był bardzo zamknięty. A my z mężem do jego spraw prywatnych nie wchodziliśmy. Aż postawił mnie przed faktem dokonanym: — Mamo, tato, żenię się z Tosią. Złożyliśmy papiery do USC. Zrobię wesele z rozmachem. Nie będę szczędził na niczym! Ucieszyliśmy się. W końcu Darek miał trzydzieści lat, a bardzo pragnęliśmy, żeby założył rodzinę. Z wyznaczeniem daty ślubu były wieczne przeszkody: raz Darek się rozchorował, kiedy indziej ja się spóźniłam przez delegację. Zaczęłam przeczucie, że coś tu nie gra, że to nie wróży nic dobrego… Ale syn tryskał szczęściem, nie chciałam mu psuć nastroju. Mało tego, chciał wziąć z Tosią ślub kościelny. Ale i z tym coś nie wyszło — zaprzyjaźniony ksiądz wyjechał na dłużej na swoją wieś, a Darek uparł się, że chce być pobłogosławiony właśnie przez niego. Wszystko szło jak po grudzie… W końcu huczne wesele się odbyło. Popatrz na zdjęcie – widzisz, jaka była wtedy ta orchidea? Kwitnąca, dorodna, liście sztywne jak żołnierze. A teraz? Zostały z niej zwiędłe płachty. Darek z Tosią mieli pojechać w podróż poślubną do Paryża. I nagle problem – Tośki nie wpuścili za granicę. Okazało się, że ma do zapłacenia ogromny mandat. Z lotniska zawrócili młodą parę. Darek nie przejmował się tymi kłopotami — unosił się w chmurach, marzył o szczęśliwej rodzinie. Aż tu nagle Darek poważnie zachorował. Trafił do szpitala. Było źle – lekarze rozkładali ręce. Tosia odwiedzała go tydzień, potem powiedziała prosto z mostu: — Przepraszam, ale mąż-inwalida to nie dla mnie. Wniosłam pozew o rozwód. Wyobrażasz sobie, Pola, co czuł mój syn, leżąc unieruchomiony na szpitalnym łóżku? Ale spokojnie odpowiedział: — Rozumiem cię, Tosiaczku. Nie będę robił problemów. Wzięli rozwód. A Darek w końcu wyzdrowiał! Znaleźliśmy mu świetnego lekarza, dr Piotra Bogdanowicza, i ten postawił go na nogi w pół roku. Miał uroczą, dwudziestoletnią córkę Marysię. Na początku syn lekceważył ją: — Taka malutka, nawet nieładna. — Darek, spójrz inaczej na Marysię. Z twarzy wody nie pijesz. Już miałeś piękną żonę… Lepiej pić wodę w szczęściu niż miód w smutku. Długo nie mógł zapomnieć Tośki, choć jej zdrada bolała go bardzo. A Marysia zakochała się w nim po uszy, wydzwaniała, łaziła za nim krok w krok. Zaproponowaliśmy, żeby dzieci spędziły razem czas na wyjeździe. Darek chodził ponury, nic go nie bawiło: ani trzask ogniska, ani zapach szaszłyków, ani towarzystwo. Marysia łapała każde jego spojrzenie – ale on ani razu na nią nie zerknął. Mówię do męża: — Bez sensu te swaty. Darek wciąż kocha Tosię. Siedzi mu w sercu jak drzazga. Minęły trzy, cztery miesiące. Dzwonek do drzwi. Na progu Darek, trzyma tę słynną orchideę: — Mamo, przyniosłem ci resztki minionego szczęścia. Rób z tym kwiatkiem, co chcesz. Dla mnie to już niepotrzebny egzot. Niechętnie wzięłam orchideę. I znienawidziłam ją. Jakby to ona była winna nieszczęściom mojego syna. Schowałam prezent od syna na dno parapetu, nie podlewałam. Spotkałam niedawno sąsiadkę: — Kasiu, widziałam twojego Darka z taką drobną dziewczynką. Była żona to była z niej panna jak malowana! Nie wierzyłam własnym uszom — czyżby Darek naprawdę spotykał się z Marysią? — Poznaj, to moja żona Marysia — Darek trzymał czuło za rękę swoją delikatną, młodziutką wybrankę. Popatrzyliśmy na siebie z mężem: — Jak to? A wesele? Goście? — Żaden hałas niepotrzebny. Przeszliśmy już przez to. Ślubowaliśmy cicho w USC. Potem ślub kościelny było nam dane w końcu dostać u księdza Sławka. Teraz jesteśmy z Marysią na zawsze. Zaciągnęłam syna na stronę: — Darek, pokochałeś ją chociaż? Nie zrobisz krzywdy Marysi? Nie ożeniłeś się z zemsty na Tosi? — Nie, mamo, nie mszczę się. Już się wyleczyłem z tej kobiety — nawet nie nazywał już Tośki po imieniu. — A co do miłości… Nasze światy z Marysią idealnie do siebie pasują. Taka to historia, Pola. Kasia opowiedziała wszystko do końca. Od tej rozmowy nie widziałyśmy się dwa lata — pochłonęły nas codzienne obowiązki. A orchidea odżyła i zakwitła bardziej niż kiedykolwiek! Kwiaty umieją się odwdzięczyć za troskę. Spotkałam Kasię w szpitalu położniczym: — Cześć, przyjaciółko! Co tu robisz? — Marysia urodziła bliźniaki. Dziś wychodzą do domu — Kasia promieniała. W poczekalni stał Darek z naręczem róż i mąż Kasi. Marysia — zmęczona, ale szczęśliwa — wyszła na korytarz, za nią pielęgniarka niosła dwa „żywe” i „śpiące” zawiniątka. Zaraz potem moja córka z wnuczką… A gdzieś tam, cichutko i pokornie, była i tamta orchidea… Tosia błagała Darka o wybaczenie i nowy początek. Ale… Filiżankę można skleić, ale pić z niej – już się nie da. CZY WINNA BYŁA ORCHIDEA?