MĄŻ WAŻNIEJSZY NIŻ PRZYKRE URAZY
Grzegorzu, to była ostatnia kropla! Koniec, rozwodzimy się! Nie klękaj, jak zwykle, to nic nie da! postawiłam grubą kreskę pod naszym małżeństwem.
Grzegorz oczywiście mi nie wierzył. Był przekonany, że znów pójdzie według znanego scenariusza: on padnie na kolana, przeprosi, kupi kolejny pierścionek i ja wszystko wybaczę. Już nie raz tak było. Ale tym razem naprawdę postanowiłam zerwać więzy Hymena. Moje palce, aż po najmniejsze, były obsypane pierścionkami a życia w tym nie było. Grzegorz bez reszty zagłębił się w kieliszku.
A wszystko zaczęło się jak z bajki…
Mój pierwszy mąż, Artur, po prostu zniknął bez śladu. Stało się to w latach dziewięćdziesiątych. Bać się wtedy było trzeba każdego dnia. Artur nie był łatwym człowiekiem. Sam szukał kłopotów jak to mówią, oczy orle, skrzydła komarze. Jak coś mu nie pasowało, zaczynała się awantura. Jestem pewna, że Artur zginął w jakiejś szemranej sprawie. Nigdy nie miałam od niego żadnej wiadomości. Zostałam sama z dwiema córkami. Lidka miała pięć lat, a Renia dwa. Minęło pięć lat od tajemniczego zniknięcia Artura.
Myślałam, że oszaleję. Bardzo kochałam Artura, mimo tego jego wybuchowego temperamentu. Byliśmy nierozłączni, jednym ciałem i duszą. Uznałam, że życie się skończyło wychowam dziewczynki i tyle, z siebie zrezygnuję. Jednak…
Nie było mi łatwo w tych ciężkich czasach. Pracowałam w fabryce, ale wypłatę dostawałam żelazkami. Trzeba było te żelazka sprzedać, żeby kupić jedzenie. W każdy weekend właśnie tym się zajmowałam. Zimą, gdy całkiem zsiniałam z zimna, stojąc na targu z żelazkami, podszedł do mnie mężczyzna. Przykro mu się zrobiło.
Zimno pani? zapytał ostrożnie nieznajomy.
Skąd pan wie? próbowałam dowcipkować, ale szczękałam zębami. Ale od samej jego obecności zrobiło mi się cieplej na duszy.
Przyznam, głupio pytam. Może rozgrzejemy się ciepłą herbatą w kawiarni? Pomogę donieść pani towar.
Czemu nie bo naprawdę tu zamarznę ledwo wybełkotałam.
Do kawiarni nie poszliśmy. Pociągnęłam nieznajomego pod swój blok, poprosiłam, żeby zaczekał pod klatką, pilnując torby z żelazkami. Musiałam odebrać dzieci z przedszkola. Pędem pobiegłam na oblodzonych nogach, ale w sercu tliło się ciepło i coś nieznanego. Wracając z przedszkolakami, z daleka zobaczyłam Grzegorza (tak się przedstawił). Palił papierosa i krążył w miejscu. Pomyślałam: “Zaproponuję herbatę, a dalej niech się dzieje, co chce!”
Grzegorz pomógł mi wtaszczyć torbę aż na szóste piętro. Oczywiście winda nie działała. Podczas gdy wspinałam się z dziewczynkami na trzecie piętro, Grzegorz już zbiegał na dół.
Proszę zaczekać, mój wybawco! Nie puszczę pana, póki nie napoję gorącą herbatą! chwyciłam lodowatą ręką za kurtkę Grzegorza.
No nie wiem nie przeszkadzam? zerkał na dzieci.
Ależ nie! Proszę łapać dziewczynki za ręce, ja pobiegnę przodem, nastawię wodę zaoferowałam bez lęku.
Nie chciałam już stracić tego mężczyzny. Już wydawał mi się bliski. Przy herbacie Grzegorz zaproponował, że zatrudni mnie u siebie jako pomocnicę. Płacę wyznaczył większą, niż tyle żelazek przez rok bym sprzedała.
Oczywiście pokornie przytaknęłam, choć najchętniej ucałowałabym ręce za tę propozycję
Grzegorz był już drugi raz żonaty, ale właśnie się rozwodził. Z pierwszego małżeństwa miał syna.
I zaczęło się wirujące życie…
Niedługo potem wzięliśmy ślub. Grzegorz przysposobił moje dziewczynki. Wszystko działo się jak w tańcu oberka. Kupiliśmy czteropokojowe mieszkanie, umeblowane po królewsku, z nowoczesnym sprzętem. Potem zbudowaliśmy domek letniskowy. Co roku obowiązkowo jeździliśmy nad morze. Czy to nie było rajskie życie?
Minęło siedem lat słodkiego szczęścia. Ale Grzegorz, gdy osiągnął te wszystkie dobra i pełnię sielanki, zaczął się zaglądać do kieliszka coraz częściej. Początkowo nie reagowałam. Wiedziałam, że ciężko pracuje, chce się jakoś odstresować. Ale gdy Grzegorz zaczął pić także w pracy, zrobiło się groźnie. Prośby i rozmowy nic nie dawały.
Muszę przyznać jestem ryzykantką. Żeby oderwać Grzegorza od alkoholu, postanowiłam urodzić mu dziecko. Miałam już trzydzieści dziewięć lat. Moje przyjaciółki, gdy o tym usłyszały, nawet się nie zdziwiły.
No i dobrze, Anka, może i my zdecydujemy się zostać młodymi mamami po czterdziestce śmiały się dziewczyny.
A ja zawsze powtarzałam:
Jeśli się pozbędziecie dziecka, później będziecie żałować. Ale jak urodzicie nawet niezaplanowanego malucha, nigdy nie pożałujecie.
I naprawdę urodziły się bliźniaczki. Teraz mieliśmy już cztery córki! Grzegorz pić nie przestał. Wytrzymywałam, wytrzymywałam, aż zapragnęłam przenieść się na wieś, mieć zwierzęta, własny ogródek. Dzieciom wyjdzie to na zdrowie, a Grzegorz nie będzie miał czasu na pijatyki.
Sprzedaliśmy mieszkanie i daczę. Kupiliśmy dom w małym miasteczku. Otworzyliśmy piękną kawiarnię. Grzegorz zajął się myślistwem. Kupił broń i całe myśliwskie wyposażenie. Wokół lasów, zwierzyny bez liku.
Szło w miarę nieźle, aż do pewnej kolejnej biesiady Grzegorza. Tym razem nie wiem, co wypił, ale przemienił się nie do poznania! Powybijał talerze i meble, aż w końcu sięgnął po strzelbę i wystrzelił w sufit!
Z dziećmi uciekłam do sąsiadów. To był koszmar.
Rano wszystko ucichło. Po cichu wróciłyśmy z dziećmi do domu. Widok nie dla ludzi o słabych nerwach. Najgorsze, że dziewczynki to widziały. Wszystko zdemolowane, nie ma na czym usiąść, nie ma z czego pić, nie ma na czym spać. Grzegorz spał jak kłoda na podłodze.
Zebrałam, co zostało, i z dziećmi gęsiego poszłam do mamy, która mieszkała niedaleko, w tej samej miejscowości. Mama lamentowała:
Ojej, Aniu, co ja zrobię z tą twoją dziewczyńską ferajną? Wracaj do Grzegorza. Różnie bywa w rodzinie. Mąka z tego będzie, co się przemiele.
Mama żyła wedle zasady lepiej trzymać z mężem, nawet gdy zęby trzeba w fartuch chować, byleby przystojny.
Po dwóch dniach pojawił się Grzegorz. Wtedy postawiłam ostateczną kropkę w naszych relacjach. Nawiasem mówiąc, nic ze swojej kankanady nie pamiętał. Nie dał wiary moim bajkom i opowieściom. Ale mi to już było obojętne. Zostawiłam wszystko. Spaliłam mosty.
Nie miałam pojęcia, jak żyć dalej. Ale wolałam już głodować i żyć, niż być zabitą przez męża w pijackim amoku.
Kawiarnię sprzedałam za bezcen, bo musiałam z dziećmi jak najszybciej opuścić tamto miejsce. Przeprowadziłyśmy się do sąsiedniej wsi, do maleńkiego domku.
Starsze córki poszły do pracy, a potem, dzięki Bogu, szybko wyszły za mąż.
Bliźniaczki chodziły wtedy do piątej klasy. Wszystkie bardzo kochały tatę Grzegorza i nadal z nim rozmawiały. Dlatego zawsze wiedziałam, co u Grzegorza słychać. Przez córki były mąż błagał, bym wróciła. Dziewczynki też nalegały mamo, przestań się dąsać! Tata przeprosił już sto razy! A Ty też pomyśl o sobie, już nie masz dwudziestu pięciu lat Ale byłam nieugięta. Marzyłam już tylko o spokoju bez dramatów i szaleństw.
Minęły dwa lata.
Zaczynało mi brakować Grzegorza. Samotność gryzła jak mróz. Wszystkie pierścionki, jakie mi podarował, musiałam oddać do lombardu. Nie udało się ich wykupić. Szkoda. Coraz częściej wspominałam dawne życie. W naszym domu przecież mieszkała kiedyś miłość. Grzegorz kochał jednakowo wszystkie córki, mnie szanował, zawsze potrafił przeprosić. Mieliśmy wzorową rodzinę. Każdy swoje szczęście ma inne. Czego jeszcze mi brakuje?
Nawet starsze córki tylko od czasu do czasu dzwonią nie mają już czasu, rozumiem, młodość swoje prawa ma. Jeszcze trochę, a i bliźniaczki wyfruną z gniazda, a ja zostanę sama, jak przysłowiowa sowa z bajki. Dzieci jak gąski wypierzą się i polecą.
Namówiłam więc bliźniaczki, by wywiedziały się, jak naprawdę żyje Grzegorz. Może jakaś konkubina się pojawiła? Dziewczynki wszystko wybadały: Grzegorz mieszka i pracuje w innym mieście. Ani kropelki alkoholu nie pije. Nikogo nie ma, jest wolny jak ptak. Zostawił nam dokładny adres, tak na wszelki wypadek…
I tak już piąty rok jesteśmy razem.
Mówiłam przecież jestem ryzykantkąCzasem wieczorem, kiedy bliźniaczki śmieją się w kuchni, a starsze córki przyjeżdżają z wnukami na niedzielny rosół, patrzę na Grzegorza. Siedzi na starej werandzie, pogłaskuje psa po łbie i podśpiewuje pod nosem naszą ulubioną piosenkę. Łzy same cisną mi się do oczu ze wzruszenia. Nigdy nie sądziłam, że tyle przebaczenia i nowych początków zmieści się w jednym życiu. Okazuje się, że nawet rozbite serca umieją się posklejać, jeśli w środku zostało odrobina miłości.
Grzegorz przychodzi do mnie, całuje w rękę i mówi: Dobrze, że wróciłaś. Bez ciebie to wszystko nie miałoby sensu.
A ja wiem, że co by się nie działo, nawet gdybyśmy znowu pobłądzili zawsze warto wrócić tam, gdzie serce bije najgłośniej, nieważne ile czasu minie i jak wiele błędów się popełniło. Bo prawdziwe szczęście to nie życie bez ran, a umiejętność ciągłego leczenia ich miłością.



