Nie odwiedzam nikogo, nie zapraszam nikogo, nie dzielę się moimi plonami ani narzędziami – w mojej wsi uważają mnie za szaloną.

Pamiętam, że nie przyjmowałem gości, nie zapraszałem nikogo do siebie, nie dzieliłem się zbiorem ani narzędziami w naszej wsi uważano mnie za wariata.

Wtedy, po latach roboty w Krakowie, zdecydowałem się przejść na przedemeryturę. Miasto nękało mnie szumem i tłumem, a ja pragnąłem ciszy, samotności z przyrodą, uprawy warzyw, owoców i jagód oraz herbaty z ziołami i naturalnym miodem. Dlatego przed przejściem na złote lata kupiłem drewniany dom na podgórzu, niedaleko Bieszczad.

Wiosną posadziłem kwiaty, postawiłem figurki skrzata, wiewiórki i małe latarnie. Sąsiedzi spoglądali na mnie ciekawie, a niektórzy szeptali w zagrodzie. Pewnego dnia nie wytrzymała już jedna ze starszych sąsiadek Zuzanna z domu przy drodze i wpadła do mojego ogrodu, gdy włożyłem do ziemi pierwsze sadzonki.

Zrzepała, że zapomniała posadzić petunie i podpowiedziała, że powinienem się podzielić. Dlaczego miałbym oddać moje jedyne dziesięć sadzonek kobiecie, której nie znałem? Petunie są kapryśne, wymagają troski, a ja nie chciałem ich tracić. Udawałem, że nie rozumiem jej uwag.

Półtora tygodnia później zobaczyłem Zuzannę, jak przez płot rozmawia z drugą kobietą, a w ich spojrzeniach wyczuwałem plotki o mnie.

Pewnego letniego popołudnia pracowałem w ogrodzie, gdy nagle usłyszałem krzyk: Panie Janie!. Stała przy moim płocie Kobieta z miasta Lublina, Marta, i mówiła, że przeszła pod mój dom i zobaczyła dojrzałe jabłka. Sama nie miała żadnych owoców. Moje oczy szeroko otworzyły się ze zdumienia jak śmiałaby się wtrącać w mój dom, by poprosić o owoce? Czyż nie lepiej zostawić je dla mojej córki, którą obiecałem, że zarezerwuję najpiękniejsze?

Kiedy stałem w sklepie w Nowym Sączu i kupowałem słodycze za pięć złotych, zza kolejki wyłoniła się kobieta z sąsiedniej ulicy, Basia, i zapytała, dla kogo są te cukierki, czy zaproszę ich na herbatę. Co to za wtrącanie się w cudze sprawy? Nie znała mnie, nie była przyjaciółką, krewną ani współpracownicą.

Zaledwie tydzień temu zobaczyła mnie Zuzanna, jak z małą łopatą wciągam ziemię w ogród, i spytała, co, gdzie i kiedy kupiłem narzędzia. Czułem się zmuszony do nieuprzejmej odpowiedzi.

W mieście nie spotkałbym takich sytuacji nikt nie nękałby mnie wścibskimi i bezsensownymi pytaniami, nie domagałby się wizyty, ani nie żądał podziału plonów czy sprzętu. Jeden z mieszkańców wierszał mi jednak w ucho, że wioska uważa mnie za osobę inaczej myślącą. Tak to bywa.

Co mówią, nie obchodzi mnie. Kupiłem tutaj dom, by cieszyć się prywatnością, nie po to, by zaprzyjaźniać się z wiejskimi kobietami czy wplątywać w plotki przy kuźni. Jeśli tak myślą, niech zostaną w swym zakątku, niech omijają mój ogród i zostawią mnie w spokoju, a ja będę dalej pielęgnował ziemię i swoją duszę.

Rate article
Fajna Tajna
Nie odwiedzam nikogo, nie zapraszam nikogo, nie dzielę się moimi plonami ani narzędziami – w mojej wsi uważają mnie za szaloną.