Mam znajomych, których żartobliwie nazywam skąpcami. Oszczędzają dosłownie na wszystkim jedzeniu, ubraniach, nawet drobiazgach codziennego użytku. Mają naprawdę niezłą sytuację finansową, zarabiają dobrze, nigdy nie narzekają na brak pieniędzy i spokojnie mogliby sobie pozwolić na więcej.
Spotykam się z nimi raczej przy okazjach, świętach czy ważniejszych uroczystościach. Na co dzień raczej rozmawiamy przez telefon. Miesiąc temu właśnie dostałam zaproszenie na urodziny do Agnieszki. Poszłam z nadzieją na miły wieczór, a wróciłam głodna jak wilk.
Tego dnia z samego rana włożyłam do torebki prezent kupiony specjalnie na urodziny i poszłam do pracy. Na czternastą zaplanowana była impreza, więc w porze obiadowej ograniczyłam się do kawy i dwóch małych ciasteczek, bo liczyłam, że wieczorem się najem.
Przed godziną czwartą zapukałam do drzwi Agnieszki i jej męża Pawła. Wręczyłam prezent, złożyłam życzenia, i pół żartem pół serio powiedziałam, że jestem strasznie głodna, specjalnie nie jadłam wcześniej. Agnieszka śmiała się, mówiąc, że wszystko już gotowe.
W salonie czekało już sześć osób i gospodarze. Rozglądam się nie ma stołu, tylko mała okrągła ława i malutka sofa. Krzeseł brak, więc cała ósemka musi się jakoś pomieścić na kanapie. Liczyłam na porządny posiłek po pracy, w przyzwoitych warunkach, a tu taki ścisk. No cóż, bufet to bufet.
Na stole stało kilka niewielkich talerzyków. Od razu zauważyłam, że wszystko podzielone jest bardzo precyzyjnie osiem plasterków kiełbasy (uwielbiam ją!), osiem plasterków szynki, osiem plasterków żółtego sera. Do tego świeże pomidory i ogórki, oczywiście po osiem plasterków, wszystko pokrojone na cieniutko, aż mi szkoda było patrzeć. Były też dwie maleńkie miseczki z sałatką oraz owoce każde dokładnie na osiem osób. Całość uzupełniła jedna butelka wina. No, prawdziwa królewska uczta.
Siedziałam, gryząc maleńki kawałek kiełbasy i sera, żołądek skręcał mi się z głodu! Nawet nie chciało mi się pić, bo bałam się, że bez jedzenia zaszumi mi w głowie. Paweł rzucił: Za chwilę będzie coś na ciepło. Ucieszyłam się, licząc na solidny, domowy posiłek. Agnieszka wyszła i przyniosła talerze.
Na każdym pieczony ziemniaczek i udko z kurczaka dokładnie jedno na osobę! Uśmiechaliśmy się pod nosem, próbując zachować dobry humor. Na szczęście tort był w normalnych rozmiarach, więc przynajmniej tutaj nie musieliśmy się ograniczać.
Po półtorej godziny rozeszliśmy się do domów, a ja, naprawdę głodna, wstąpiłam jeszcze do sklepu przy Alejach Jerozolimskich, kupiłam kilka produktów i w domu zjadłam w końcu porządny obiad.
Tak oto moi znajomi znowu pokazali, jak potrafią oszczędzać nawet na gościach. Zastanawiam się po co zapraszać ludzi na urodzinową imprezę, jeśli nie chce się ich odpowiednio ugościć.



