Dziś wieczorem znów długo rozmyślałam nad tą sprawą z mieszkaniem po cioci mojego męża, które odziedziczył. To małe dwupokojowe mieszkanie w samym centrum Krakowa wydaje się być idealnym rozwiązaniem dla naszej najstarszej córki, Jagody. Jagoda studiuje na Uniwersytecie Jagiellońskim, ma już dziewiętnaście lat i zaczyna dorosłe życie. Syn Michał dwunastoletni marzyciel, a najmłodszy Franek ma dopiero pięć lat i dopiero poznaje świat. Mieszkamy wspólnie w dużym mieszkaniu z trzema pokojami, więc na razie każdy ma swój kąt.
Z mężem, Andrzejem, pokłóciliśmy się dzisiaj o przyszłość tej nieruchomości. Zasugerowałam, żeby pozwolił Jagodzie zamieszkać tam samodzielnie miałaby swoje miejsce, a przecież lada moment może założyć własną rodzinę. Andrzej uważa, że byłoby to niesprawiedliwe wobec Michała i Franka. Proponuje sprzedać mieszkanie, podzielić złotówki równo pomiędzy dzieci, żeby każdy dostał taką samą szansę na przyszłość. Tylko że wiem przecież, że to śmieszne za te pieniądze dzieci nawet kawalerki nie wykupią, może starczy najwyżej na używany samochód.
Jeśli posłuchamy Andrzeja, to pieniądze będą leżeć na ich kontach do osiemnastki, a Jagoda już teraz potrzebuje swojego miejsca, żeby spokojnie się uczyć i rozpoczynać dorosłość. Zawsze powtarzam sobie stare polskie przysłowie: lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Zapewnienie mieszkania choćby jednemu z dzieci wydaje mi się rozsądne, a o chłopców też się jakoś zatroszczymy, gdy dorosną. Poza tym, może w przyszłości życie podsunie nam inne okazje.
Andrzej twierdzi, że jeśli damy mieszkanie Jagodzie, to zachwieje to ich relacjami i dzieci nigdy sobie tego nie wybaczą. Uważam jednak, że Michał i Franek jeszcze tego nie pojmują i spokojnie zdążymy przemyśleć wszystko, nim będą na tyle dojrzali, by zrozumieć podział majątku.
Jeszcze nie rozmawialiśmy z Jagodą o naszych dylematach. W sumie sama nie wiem, czy powinnam. Tak czy inaczej, nawet gdyby chciała tam zamieszkać, lokal wymaga generalnego remontu, a oszczędności nie mamy. Jest zaniedbany od lat nikt tam nie mieszkał i koszty odnowienia nie są teraz w naszym zasięgu.
Patrzę na naszą rodzinę i zastanawiam się, czy to ja widzę sprawę zbyt emocjonalnie, czy to Andrzej za bardzo rozkłada wszystko na sprawiedliwość. Może jest jakiś inny sposób? Może powinniśmy poszukać porady u bliskich czy przyjaciół, bo czasem ktoś z zewnątrz widzi rozwiązanie, które sami pomijamy. Czuję, że decyzja wywrze wpływ na przyszłe relacje w rodzinie, dlatego muszę być ostrożna. Chciałabym, aby wszystko skończyło się dobrze dla całej naszej trójki dzieci.



