MÓJ MĄŻ DROŻSZY NIŻ GORZKIE ŻALE
Słuchaj, Andrzej, to już naprawdę koniec! Rozwodzimy się! I nie musisz znów rzucać się na kolana, bo już mnie to nie wzrusza! postawiłam grubą kreskę pod naszym małżeństwem.
Andrzej, klasycznie, nie uwierzył. Przecież zwykle zaczynał teatrzyk: padał na kolana, przepraszał jak umiał, kupował kolejny pierścionek, a ja wszystko darowywałam. Tak już było nie raz. Ale tym razem postanowiłam przeciąć węzeł. Palce, aż po najmniejszy, miałam już obsypane pierścionkami, a życia w tym wszystkim zero. Andrzej zresztą pił już właściwie zawodowo.
A wszystko zaczęło się przecież tak romantycznie
Mój pierwszy mąż, Henio, zaginął jak kamień w wodę. To były szalone lata 90., wtedy to naprawdę strach było wyjść z domu. Henio charakter miał tyleż anielski, co wybuchowy wręcz lubił szukać guza. Jak mówią: oczy orle, a skrzydła komarze. Jak mu coś nie pasowało, to taniec dookoła pieca był gwarantowany. Jestem przekonana, że Henio gdzieś wplątał się w jakieś porachunki. Nie miałam od niego żadnych wiadomości. Zostałam z dwoma córkami. Jola miała wtedy pięć lat, a Basia dwa. Minęło pięć lat od zaginięcia Heniusia.
Myślałam, że zwariuję. Kochałam Heniusia, mimo jego wybuchowego temperamentu. Byliśmy papużki nierozłączki. Po zniknięciu Heniusia uznałam, że życie się skończyło, że będę po prostu wychowywać dziewczynki. Postawiłam na sobie krzyżyk. Ale
Lekko łatwo się nie żyło w tamtych czasach. Pracowałam w fabryce, pensję wypłacali… żelazkami. Trzeba było je potem sprzedać na targu, żeby kupić coś do jedzenia. Na weekendy to było mój chleb powszedni. Zimą, kiedy już prawie zamieniłam się w soplek, z żelazkami pod pachą, podszedł do mnie facet.
Zimno pani? zagaduje nieznajomy.
O, czysta dedukcja próbowałam żartować, choć dygotałam jak niewyregulowana pralka. Ale w jego głosie zabrzmiało jakieś ciepło.
No, może trochę głupio powiedziałem. Może wpadniemy do kawiarni na coś gorącego? Pomogę pani te żelazka zanieść.
Nie odmówię, bo jeszcze trochę i umrę na mrozie wycisnęłam.
Do żadnej kawiarni ostatecznie nie poszliśmy. Pokierowałam nieznajomego bliżej swojego bloku, poprosiłam, żeby pilnował torby z żelazkami, a ja musiałam po dzieci do przedszkola. Biegiem po zamarzniętych chodnikach, ale w sercu już jakby cieplej. Wracając z dziewczynkami, widzę z daleka, że facet przedstawił się jako Andrzej stoi, pali, przestępuje z nogi na nogę. Myślę: Zaproponuję mu herbatę, co mi tam!.
Andrzej pomógł mi wtaszczyć torbę na szóste piętro oczywiście, winda nie działała. Gdy z dziećmi wlazłam na trzecie, on już zaczął schodzić.
Ejże, ratujący! Dokąd to? Nie wypuszczę, póki nie napoisz się herbatą! złapałam go za rękaw.
No nie wiem, może przeszkadzam? spojrzał niepewnie na dzieci.
Eee tam! Bierz pan dziewczynki pod ręce, ja pędzę wstawić wodę! rzuciłam lekko, choć ten gest kosztował mnie więcej odwagi niż komukolwiek mogłoby się wydawać.
Nie chciałam, żeby ten człowiek zniknął z mojego życia. W trakcie herbacianych pogawędek Andrzej zaproponował mi pracę u siebie jako pomocnica. Wynagrodzenie było wyższe niż wszystkie żelazka, jakie dostałabym z fabryki przez cały rok.
Jasne, że się zgodziłam. I najchętniej to bym mu jeszcze te ręce wycałowała za to wszystko…
Andrzej był już drugi raz żonaty, ale właśnie się rozwodził. Z pierwszą żoną miał syna.
No i poszło z górki…
Wkrótce wzięliśmy ślub. Andrzej zaadoptował moje dziewczynki. Zamieszaliśmy w czteropokojowym mieszkaniu, wszystko na full wypasie. Zaraz potem postawiliśmy domek letniskowy. Co lato wczasy nad morzem, jak królowie. Żyć, nie umierać
Minęło siedem lat takiego malinowego szczęścia. Ale jak Andrzej oswoił się z dobrobytem i luksusem, zaczął coraz częściej zaglądać do kieliszka. Na początku przymykałam oko, bo wiadomo facet pracuje, zmęczony, musi się odstresować. Ale gdy pić zaczął już w miejscu pracy, przestałam udawać ślepą. Prośby nie pomagały.
Dodam, że jestem typową awanturnicą. Uznałam, że, żeby oderwać męża od flaszki, trzeba… urodzić mu dziecko. Wtedy miałam już 39 lat. Koleżanki dowiedziawszy się o moim planie, nie były zaskoczone.
Dawaj, Halina, może my też w czterdziestce pomyślimy o trzecim dziecku! chichotały.
A ja zawsze powtarzam:
Jak usuniesz dziecko, to potem będziesz tego żałować. A jak urodzisz, nawet w nieplanowanym wieku, nie pożałujesz nigdy.
Urodziły się bliźniaczki! Teraz wychowywaliśmy już cztery córki. Andrzej jednak nie przestał pić. Cierpiałam cicho, aż zatęskniłam za spokojem na łonie natury i własnym gospodarstwem. Dzieciom to na zdrowie, a i Andrzej nie miałby już czasu na popijawy.
Sprzedaliśmy mieszkanie, działkę, kupiliśmy dom w miasteczku pod Krakowem. Otworzyliśmy wypasione bistro. Andrzej został zapalonym myśliwym, kupił sobie strzelbę i wypasione gadżety a zwierza w lesie nie brakowało.
Wszystko szło nawet nieźle, aż do kolejnego pijaństwa Andrzeja. Nie wiem, co wypił, ale zmienił się w bestię. Potłukł talerze, meble, walcząc po swojemu nawet z nami. Chwycił strzelbę i strzelił w sufit!
Uciekłam z dziećmi do sąsiadów. Horror.
Rano już było cicho. Skradałyśmy się do domu. Widok nie dla wrażliwych: wszystko w strzępach. Żal, że dzieci musiały to zobaczyć. Nie było gdzie usiąść, zjeść czy spać. Andrzej leżał nieprzytomny na podłodze.
Szybko zabrałam co ocalało i ruszyłam z córkami do mamy, która mieszkała w tej samej miejscowości. Mama tylko wzdychała:
Ojej, Halina, i co ja z tą twoją wesołą gromadką zrobię? Wróć do męża! W każdej rodzinie raz gęściej, raz rzadziej. Wszystko się przegryzie!
Mama miała filozofię byleby zęby własne, a mąż ładny.
Po dwóch dniach Andrzej się zjawił. Wtedy postawiłam sprawę jasno. Zresztą on nawet nie pamiętał swojego wyczynu tanecznego. Nie wierzył w moje bajki. Ale mnie już było wszystko jedno. Zdecydowałam, wszystko odcięte, mosty spalone.
Nie wiedziałam jak dalej żyć, ale uznałam, że wolę głodować, byle żyć a nie zginąć z rąk pijanego męża.
Bistro sprzedałam za bezcen, bo trzeba było natychmiast uciekać z miejscowości. Zamieszkałyśmy w sąsiedniej wiosce, w malutkim domku.
Starsze córki zaczęły pracować, a wkrótce szczęśliwie wyszły za mąż.
Bliźniaczki chodziły do piątej klasy. Wszystkie dziewczyny kochały Andrzeja i utrzymywały z nim kontakt. Dzięki temu wiedziałam, co u niego. Przez córki były mąż błagał mnie, bym wróciła. Dzieci też nalegały: mamo, nie rób sobie dumy. Tata się zmienił, przepraszał już ze sto razy! Ale ja byłam uparta. Marzyłam wreszcie o świętym spokoju, bez sensacji i awantur.
Minęły dwa lata.
Zaczęło mi brakować Andrzeja. Samotność zaczęła ściskać za gardło. Wszystkie pierścionki trzeba było zostawić w lombardzie. Wykupić się nie udało. Żal. Zaczęłam rozmyślać nad tym, co było dobre. W sumie w domu była miłość, Andrzej kochał wszystkie córki, mnie zawsze umiał przeprosić, był rodzinny. Szczęścia każdego jest tyle, na ile zasłużył. Czego mi więcej trzeba?
Starsze córki mają swoje sprawy i tylko dzwonią. Cóż, młodość swoje prawa ma. Za chwilę bliźniaczki wyfruną i zostanę sama jak palec. Dziewczyny jak gąski: wypierzą się i siup z gniazda.
Namówiłam więc bliźniaczki, żeby delikatnie podpytały tatę, jak mu się wiedzie. Może znalazł sobie panią? Dziewczyny wszystko wyciągnęły. Okazało się, że Andrzej mieszka i pracuje w innym mieście, nie pije kropli, nie ma nikogo, żyje sam. Dał dziewczynom swój adres, tak na wszelki wypadek…
W skrócie razem jesteśmy już piąty rok.
Mówiłam przecież, że jestem awanturnicą…



