Mąż cenniejszy niż gorzkie urazy. — Igorze, to była ostatnia kropla! Koniec, rozwodzimy się! Nawet nie klękaj, jak to lubisz — tym razem nic nie pomoże! — postawiłam grubą kreskę pod naszym małżeństwem. Igor, oczywiście, nie uwierzył. Był przekonany, że i tym razem wszystko pójdzie starym scenariuszem: uklęknie, przeprosi, kupi kolejną błyskotkę, a ja mu wybaczę. Tak już bywało nie raz. Ale tym razem byłam zdecydowana zakończyć związek. Na moich palcach, aż po mały, piętrzyły się pierścionki, a życia nie było. Igor coraz częściej zaglądał do kieliszka… A wszystko zaczęło się tak romantycznie. Mój pierwszy mąż, Edzio, zaginął bez wieści — to było jeszcze w szalonych latach dziewięćdziesiątych. Strach było wtedy żyć… Edzio nie należał do najłagodniejszych. Sam szukał kłopotów. Mówią, oczy orle, skrzydła komarze… Jak coś mu nie pasowało, natychmiast wybuchała awantura. Jestem pewna, że Edzia zamieszali w jakąś rozróbę. Nigdy nie dostałam od niego żadnej wiadomości. Zostałam z dwójką dziewczynek. Liza miała pięć lat, a Róża — dwa. Minęło jakieś pięć lat od jego tajemniczego zniknięcia. Myślałam, że zwariuję. Bardzo kochałam Edzia, mimo jego wybuchowego charakteru. Byliśmy nierozłączni. Postanowiłam: życie się skończyło, będę wychowywać dziewczynki. O sobie zapomniałam. Ale… Nie było łatwo w tych trudnych czasach. Pracowałam w fabryce, wypłaty dostawałam… żelazkami. Trzeba je było sprzedać, żeby kupić coś do jedzenia. W weekendy właśnie tym się zajmowałam. Którejś zimy, cała zmarznięta od stania na targu z żelazkami, podszedł do mnie mężczyzna. Zrobiło mu się mnie żal. — Zimna pani? — zapytał ostrożnie. — Skąd pan to wie? — próbowałam żartować, choć szczękałam zębami. Ale od bliskości tego nieznajomego zrobiło mi się cieplej. — Trochę się zagalopowałem. Może się ogrzejemy w kawiarni? Pomogę pani donieść żelazka. — Czemu nie — zbierajmy się, bo zamarznę na śmierć — wyszeptałam ledwo żywa z zimna. Do żadnej kawiarni nie poszliśmy. Zaprosiłam nieznajomego pod swój blok, poprosiłam, by poczekał z żelazkami, a sama pobiegłam po dzieci do przedszkola. Nogi miałam jak z lodu, ale w środku zrobiło mi się ciepło i przytulnie. Gdy wracałam z dziećmi, już z daleka zobaczyłam Igora (tak się przedstawił). Palił papierosa i tupał z nogi na nogę. Pomyślałam: „Zaproszę na herbatę, a potem zobaczymy!” Igor pomógł mi dźwigać torbę na szóste piętro. Akurat winda nie działała. Gdy z dziewczynkami wdrapywałam się na trzecie, Igor już schodził. — Proszę zaczekać, mój wybawco. Nie puszczę pana, zanim nie napoję gorącą herbatą! — złapałam go za rękaw kurtki. — Nie wiem… Nie przeszkodzę? — spojrzał na dziewczynki. — Niech pan bierze dzieci za ręce, ja już nastawiam czajnik! — zaproponowałam bez wahania. Nie chciałam stracić tego mężczyzny. Już wydawał mi się bliski. Przy herbacie Igor zaproponował mi, żebym pracowała u niego jako pomoc. Wyznaczył mi pensję większą niż roczne żelazka z fabryki. Naturalnie, kiwnęłam głową na znak zgody. A w środku miałam ochotę całować ręce za taką propozycję… Igor był drugi raz żonaty, ale miał sprawę rozwodową. Z pierwszego związku miał syna. Tak się wszystko zaczęło… Wkrótce wzięliśmy ślub. Igor usynowił moje dziewczynki. Wszystko szło jak z płatka. Kupiliśmy czteropokojowe mieszkanie, urządziliśmy je po królewsku. Potem dom na wsi. Co roku nieodmiennie jeździliśmy nad morze. Życie, że tylko pozazdrościć… Przez siedem lat było sielankowo. Widocznie Igor, mając już wszystko co chciał, zaczął zaglądać do butelki. Na początku nie reagowałam. Rozumiałam — praca, stres… Ale kiedy Igor zaczął zaglądać do kieliszka w pracy, zapaliła mi się czerwona lampka. Prośby nie pomagały. Przyznam, jestem z natury ryzykantką. Żeby odciągnąć męża od alkoholu, postanowiłam… urodzić mu dziecko. Wtedy już miałam 39 lat. Wszystkie koleżanki, gdy usłyszały o tym pomyśle, tylko się śmiały: — Dajesz, Tania! Może i my zostaniemy młodymi mamami po czterdziestce — żartowały dziewczyny. A ja zawsze mówiłam: — Jeśli usuniecie dziecko, będziecie tego później gorzko żałować. A jeśli urodzicie, nawet nieplanowane, nigdy nie pożałujecie. Urodziły nam się bliźniaczki. Teraz wychowywaliśmy cztery córki! Igor jednak nie przestał pić. Znosiłam to. Aż zapragnęłam wyjechać na wieś, mieć gospodarstwo i zwierzęta. Dzieciom to na zdrowie, a Igor nie będzie miał czasu na pijaństwo! Sprzedaliśmy mieszkanie i działkę, kupiliśmy dom w miasteczku. Otworzyliśmy świetną kawiarnię. Igor został zapalonym myśliwym. Kupił broń, potrzebne gadżety, w lasach dziczy nie brakowało. Wszystko szło dobrze, dopóki Igor nie upił się kolejny raz. Już nie wiem, co wtedy wypił, ale dosłownie oszalał! Rozbił całą zastawę, meble, a potem dorwał się do nas. Chwycił strzelbę i wystrzelił w sufit! Z dziećmi uciekłam do sąsiadów się schować. To był koszmar. Na drugi dzień wszystko ucichło. Cichaczem wróciliśmy do domu. Widok był wstrząsający. Najgorsze, że dzieci widziały ten horror. Wszystko rozbite i połamane. Nie ma na czym usiąść, z czego jeść, gdzie spać. Igor spał jak martwy na podłodze. Spakowałam co zostało i z całą gromadką poszłam do mamy. Ta mieszkała niedaleko. Mama tylko jęczała: — Oj, Tania, co ja mam zrobić z taką bandą dziewczyn! Wróć do męża. Czego to w rodzinie nie ma! Przemiele się, będzie dobrze. Mama zawsze powtarzała: lepiej mieć pięknego męża niż własne zęby. Po kilku dniach przyszedł Igor. Wtedy postawiłam kropkę w związku. Ciekawostka: Igor w ogóle nie pamiętał swojego „show”. Nie wierzył w moje „bajki”. Ale mnie już było wszystko jedno. Spaliłam mosty. Nie wiedziałam, jak żyć dalej. Ale wolałam już głodować, niż być pobitą przez męża na rauszu. Kawiarenkę musiałam sprzedać za bezcen, bo z dziećmi musiałam szybko wyjechać z miasteczka. Zamieszkałyśmy w małym domku w sąsiedniej wsi. Starsze córki poszły do pracy, z czasem też wyszły za mąż. Bliźniaczki były w piątej klasie. Wszystkie córki kochały tatę Igora i utrzymywały z nim kontakt. Wiedziałam przez nie, jak mieszka były mąż. Prosił, żebym wróciła. Dziewczyny też namawiały: Mama, już wystarczy tej dumy, tata się poprawił i przeprosił setki razy! Pomyśl o sobie — to nie te lata… Ale ja byłam nieugięta. Chciałam spokojnego życia, bez dramatów i ekstremów. Minęły dwa lata. Zaczęło mi brakować Igora. Zżerała mnie samotność. Wszystkie pierścionki oddałam do lombardu. Nie udało się ich odzyskać. Żal. Wspominałam dawne życie i rozmyślałam. U nas w domu była miłość. Igor kochał wszystkie córki tak samo, mnie żałował, umiał przeprosić. Byliśmy przykładną rodziną. Szczęście jest różne — nie wejdzie się do cudzego. Czego jeszcze chcieć? Teraz nawet starsze córki już tylko dzwonią, nie odwiedzają. Rozumiem — młodość. Jeszcze trochę, a moje bliźniaczki też wylecą z gniazda i zostanę sama. Dziewczyny jak gąski: jak wypierzą, to polecą. W końcu poprosiłam bliźniaczki, by wypytały tatę, jak żyje. Może jakaś ciocia się pojawiła? Dziewczyny wszystko wybadały. Okazało się, że Igor żyje i pracuje w innym mieście. Nie pije ani kropli. Nikogo nie ma. Dał dziewczynkom swój adres. Na wszelki wypadek… Jesteśmy razem już piąty rok. Mówiłam, ryzykantka ze mnie… Mąż droższy niż gorzkie urazy – historia Tani, która przeżyła dramaty i miłość w polskich realiach lat 90., wychowała cztery córki, przeżyła przemoc, rozwód i samotność, by odważyć się jeszcze raz zawalczyć o szczęście z byłym mężem

MÓJ MĄŻ DROŻSZY NIŻ GORZKIE ŻALE

Słuchaj, Andrzej, to już naprawdę koniec! Rozwodzimy się! I nie musisz znów rzucać się na kolana, bo już mnie to nie wzrusza! postawiłam grubą kreskę pod naszym małżeństwem.

Andrzej, klasycznie, nie uwierzył. Przecież zwykle zaczynał teatrzyk: padał na kolana, przepraszał jak umiał, kupował kolejny pierścionek, a ja wszystko darowywałam. Tak już było nie raz. Ale tym razem postanowiłam przeciąć węzeł. Palce, aż po najmniejszy, miałam już obsypane pierścionkami, a życia w tym wszystkim zero. Andrzej zresztą pił już właściwie zawodowo.

A wszystko zaczęło się przecież tak romantycznie

Mój pierwszy mąż, Henio, zaginął jak kamień w wodę. To były szalone lata 90., wtedy to naprawdę strach było wyjść z domu. Henio charakter miał tyleż anielski, co wybuchowy wręcz lubił szukać guza. Jak mówią: oczy orle, a skrzydła komarze. Jak mu coś nie pasowało, to taniec dookoła pieca był gwarantowany. Jestem przekonana, że Henio gdzieś wplątał się w jakieś porachunki. Nie miałam od niego żadnych wiadomości. Zostałam z dwoma córkami. Jola miała wtedy pięć lat, a Basia dwa. Minęło pięć lat od zaginięcia Heniusia.

Myślałam, że zwariuję. Kochałam Heniusia, mimo jego wybuchowego temperamentu. Byliśmy papużki nierozłączki. Po zniknięciu Heniusia uznałam, że życie się skończyło, że będę po prostu wychowywać dziewczynki. Postawiłam na sobie krzyżyk. Ale

Lekko łatwo się nie żyło w tamtych czasach. Pracowałam w fabryce, pensję wypłacali… żelazkami. Trzeba było je potem sprzedać na targu, żeby kupić coś do jedzenia. Na weekendy to było mój chleb powszedni. Zimą, kiedy już prawie zamieniłam się w soplek, z żelazkami pod pachą, podszedł do mnie facet.

Zimno pani? zagaduje nieznajomy.
O, czysta dedukcja próbowałam żartować, choć dygotałam jak niewyregulowana pralka. Ale w jego głosie zabrzmiało jakieś ciepło.
No, może trochę głupio powiedziałem. Może wpadniemy do kawiarni na coś gorącego? Pomogę pani te żelazka zanieść.
Nie odmówię, bo jeszcze trochę i umrę na mrozie wycisnęłam.

Do żadnej kawiarni ostatecznie nie poszliśmy. Pokierowałam nieznajomego bliżej swojego bloku, poprosiłam, żeby pilnował torby z żelazkami, a ja musiałam po dzieci do przedszkola. Biegiem po zamarzniętych chodnikach, ale w sercu już jakby cieplej. Wracając z dziewczynkami, widzę z daleka, że facet przedstawił się jako Andrzej stoi, pali, przestępuje z nogi na nogę. Myślę: Zaproponuję mu herbatę, co mi tam!.

Andrzej pomógł mi wtaszczyć torbę na szóste piętro oczywiście, winda nie działała. Gdy z dziećmi wlazłam na trzecie, on już zaczął schodzić.
Ejże, ratujący! Dokąd to? Nie wypuszczę, póki nie napoisz się herbatą! złapałam go za rękaw.
No nie wiem, może przeszkadzam? spojrzał niepewnie na dzieci.
Eee tam! Bierz pan dziewczynki pod ręce, ja pędzę wstawić wodę! rzuciłam lekko, choć ten gest kosztował mnie więcej odwagi niż komukolwiek mogłoby się wydawać.

Nie chciałam, żeby ten człowiek zniknął z mojego życia. W trakcie herbacianych pogawędek Andrzej zaproponował mi pracę u siebie jako pomocnica. Wynagrodzenie było wyższe niż wszystkie żelazka, jakie dostałabym z fabryki przez cały rok.

Jasne, że się zgodziłam. I najchętniej to bym mu jeszcze te ręce wycałowała za to wszystko…

Andrzej był już drugi raz żonaty, ale właśnie się rozwodził. Z pierwszą żoną miał syna.

No i poszło z górki…

Wkrótce wzięliśmy ślub. Andrzej zaadoptował moje dziewczynki. Zamieszaliśmy w czteropokojowym mieszkaniu, wszystko na full wypasie. Zaraz potem postawiliśmy domek letniskowy. Co lato wczasy nad morzem, jak królowie. Żyć, nie umierać

Minęło siedem lat takiego malinowego szczęścia. Ale jak Andrzej oswoił się z dobrobytem i luksusem, zaczął coraz częściej zaglądać do kieliszka. Na początku przymykałam oko, bo wiadomo facet pracuje, zmęczony, musi się odstresować. Ale gdy pić zaczął już w miejscu pracy, przestałam udawać ślepą. Prośby nie pomagały.

Dodam, że jestem typową awanturnicą. Uznałam, że, żeby oderwać męża od flaszki, trzeba… urodzić mu dziecko. Wtedy miałam już 39 lat. Koleżanki dowiedziawszy się o moim planie, nie były zaskoczone.
Dawaj, Halina, może my też w czterdziestce pomyślimy o trzecim dziecku! chichotały.
A ja zawsze powtarzam:
Jak usuniesz dziecko, to potem będziesz tego żałować. A jak urodzisz, nawet w nieplanowanym wieku, nie pożałujesz nigdy.

Urodziły się bliźniaczki! Teraz wychowywaliśmy już cztery córki. Andrzej jednak nie przestał pić. Cierpiałam cicho, aż zatęskniłam za spokojem na łonie natury i własnym gospodarstwem. Dzieciom to na zdrowie, a i Andrzej nie miałby już czasu na popijawy.

Sprzedaliśmy mieszkanie, działkę, kupiliśmy dom w miasteczku pod Krakowem. Otworzyliśmy wypasione bistro. Andrzej został zapalonym myśliwym, kupił sobie strzelbę i wypasione gadżety a zwierza w lesie nie brakowało.

Wszystko szło nawet nieźle, aż do kolejnego pijaństwa Andrzeja. Nie wiem, co wypił, ale zmienił się w bestię. Potłukł talerze, meble, walcząc po swojemu nawet z nami. Chwycił strzelbę i strzelił w sufit!

Uciekłam z dziećmi do sąsiadów. Horror.

Rano już było cicho. Skradałyśmy się do domu. Widok nie dla wrażliwych: wszystko w strzępach. Żal, że dzieci musiały to zobaczyć. Nie było gdzie usiąść, zjeść czy spać. Andrzej leżał nieprzytomny na podłodze.

Szybko zabrałam co ocalało i ruszyłam z córkami do mamy, która mieszkała w tej samej miejscowości. Mama tylko wzdychała:
Ojej, Halina, i co ja z tą twoją wesołą gromadką zrobię? Wróć do męża! W każdej rodzinie raz gęściej, raz rzadziej. Wszystko się przegryzie!
Mama miała filozofię byleby zęby własne, a mąż ładny.

Po dwóch dniach Andrzej się zjawił. Wtedy postawiłam sprawę jasno. Zresztą on nawet nie pamiętał swojego wyczynu tanecznego. Nie wierzył w moje bajki. Ale mnie już było wszystko jedno. Zdecydowałam, wszystko odcięte, mosty spalone.

Nie wiedziałam jak dalej żyć, ale uznałam, że wolę głodować, byle żyć a nie zginąć z rąk pijanego męża.

Bistro sprzedałam za bezcen, bo trzeba było natychmiast uciekać z miejscowości. Zamieszkałyśmy w sąsiedniej wiosce, w malutkim domku.

Starsze córki zaczęły pracować, a wkrótce szczęśliwie wyszły za mąż.

Bliźniaczki chodziły do piątej klasy. Wszystkie dziewczyny kochały Andrzeja i utrzymywały z nim kontakt. Dzięki temu wiedziałam, co u niego. Przez córki były mąż błagał mnie, bym wróciła. Dzieci też nalegały: mamo, nie rób sobie dumy. Tata się zmienił, przepraszał już ze sto razy! Ale ja byłam uparta. Marzyłam wreszcie o świętym spokoju, bez sensacji i awantur.

Minęły dwa lata.

Zaczęło mi brakować Andrzeja. Samotność zaczęła ściskać za gardło. Wszystkie pierścionki trzeba było zostawić w lombardzie. Wykupić się nie udało. Żal. Zaczęłam rozmyślać nad tym, co było dobre. W sumie w domu była miłość, Andrzej kochał wszystkie córki, mnie zawsze umiał przeprosić, był rodzinny. Szczęścia każdego jest tyle, na ile zasłużył. Czego mi więcej trzeba?

Starsze córki mają swoje sprawy i tylko dzwonią. Cóż, młodość swoje prawa ma. Za chwilę bliźniaczki wyfruną i zostanę sama jak palec. Dziewczyny jak gąski: wypierzą się i siup z gniazda.

Namówiłam więc bliźniaczki, żeby delikatnie podpytały tatę, jak mu się wiedzie. Może znalazł sobie panią? Dziewczyny wszystko wyciągnęły. Okazało się, że Andrzej mieszka i pracuje w innym mieście, nie pije kropli, nie ma nikogo, żyje sam. Dał dziewczynom swój adres, tak na wszelki wypadek…

W skrócie razem jesteśmy już piąty rok.
Mówiłam przecież, że jestem awanturnicą…

Rate article
Fajna Tajna
Mąż cenniejszy niż gorzkie urazy. — Igorze, to była ostatnia kropla! Koniec, rozwodzimy się! Nawet nie klękaj, jak to lubisz — tym razem nic nie pomoże! — postawiłam grubą kreskę pod naszym małżeństwem. Igor, oczywiście, nie uwierzył. Był przekonany, że i tym razem wszystko pójdzie starym scenariuszem: uklęknie, przeprosi, kupi kolejną błyskotkę, a ja mu wybaczę. Tak już bywało nie raz. Ale tym razem byłam zdecydowana zakończyć związek. Na moich palcach, aż po mały, piętrzyły się pierścionki, a życia nie było. Igor coraz częściej zaglądał do kieliszka… A wszystko zaczęło się tak romantycznie. Mój pierwszy mąż, Edzio, zaginął bez wieści — to było jeszcze w szalonych latach dziewięćdziesiątych. Strach było wtedy żyć… Edzio nie należał do najłagodniejszych. Sam szukał kłopotów. Mówią, oczy orle, skrzydła komarze… Jak coś mu nie pasowało, natychmiast wybuchała awantura. Jestem pewna, że Edzia zamieszali w jakąś rozróbę. Nigdy nie dostałam od niego żadnej wiadomości. Zostałam z dwójką dziewczynek. Liza miała pięć lat, a Róża — dwa. Minęło jakieś pięć lat od jego tajemniczego zniknięcia. Myślałam, że zwariuję. Bardzo kochałam Edzia, mimo jego wybuchowego charakteru. Byliśmy nierozłączni. Postanowiłam: życie się skończyło, będę wychowywać dziewczynki. O sobie zapomniałam. Ale… Nie było łatwo w tych trudnych czasach. Pracowałam w fabryce, wypłaty dostawałam… żelazkami. Trzeba je było sprzedać, żeby kupić coś do jedzenia. W weekendy właśnie tym się zajmowałam. Którejś zimy, cała zmarznięta od stania na targu z żelazkami, podszedł do mnie mężczyzna. Zrobiło mu się mnie żal. — Zimna pani? — zapytał ostrożnie. — Skąd pan to wie? — próbowałam żartować, choć szczękałam zębami. Ale od bliskości tego nieznajomego zrobiło mi się cieplej. — Trochę się zagalopowałem. Może się ogrzejemy w kawiarni? Pomogę pani donieść żelazka. — Czemu nie — zbierajmy się, bo zamarznę na śmierć — wyszeptałam ledwo żywa z zimna. Do żadnej kawiarni nie poszliśmy. Zaprosiłam nieznajomego pod swój blok, poprosiłam, by poczekał z żelazkami, a sama pobiegłam po dzieci do przedszkola. Nogi miałam jak z lodu, ale w środku zrobiło mi się ciepło i przytulnie. Gdy wracałam z dziećmi, już z daleka zobaczyłam Igora (tak się przedstawił). Palił papierosa i tupał z nogi na nogę. Pomyślałam: „Zaproszę na herbatę, a potem zobaczymy!” Igor pomógł mi dźwigać torbę na szóste piętro. Akurat winda nie działała. Gdy z dziewczynkami wdrapywałam się na trzecie, Igor już schodził. — Proszę zaczekać, mój wybawco. Nie puszczę pana, zanim nie napoję gorącą herbatą! — złapałam go za rękaw kurtki. — Nie wiem… Nie przeszkodzę? — spojrzał na dziewczynki. — Niech pan bierze dzieci za ręce, ja już nastawiam czajnik! — zaproponowałam bez wahania. Nie chciałam stracić tego mężczyzny. Już wydawał mi się bliski. Przy herbacie Igor zaproponował mi, żebym pracowała u niego jako pomoc. Wyznaczył mi pensję większą niż roczne żelazka z fabryki. Naturalnie, kiwnęłam głową na znak zgody. A w środku miałam ochotę całować ręce za taką propozycję… Igor był drugi raz żonaty, ale miał sprawę rozwodową. Z pierwszego związku miał syna. Tak się wszystko zaczęło… Wkrótce wzięliśmy ślub. Igor usynowił moje dziewczynki. Wszystko szło jak z płatka. Kupiliśmy czteropokojowe mieszkanie, urządziliśmy je po królewsku. Potem dom na wsi. Co roku nieodmiennie jeździliśmy nad morze. Życie, że tylko pozazdrościć… Przez siedem lat było sielankowo. Widocznie Igor, mając już wszystko co chciał, zaczął zaglądać do butelki. Na początku nie reagowałam. Rozumiałam — praca, stres… Ale kiedy Igor zaczął zaglądać do kieliszka w pracy, zapaliła mi się czerwona lampka. Prośby nie pomagały. Przyznam, jestem z natury ryzykantką. Żeby odciągnąć męża od alkoholu, postanowiłam… urodzić mu dziecko. Wtedy już miałam 39 lat. Wszystkie koleżanki, gdy usłyszały o tym pomyśle, tylko się śmiały: — Dajesz, Tania! Może i my zostaniemy młodymi mamami po czterdziestce — żartowały dziewczyny. A ja zawsze mówiłam: — Jeśli usuniecie dziecko, będziecie tego później gorzko żałować. A jeśli urodzicie, nawet nieplanowane, nigdy nie pożałujecie. Urodziły nam się bliźniaczki. Teraz wychowywaliśmy cztery córki! Igor jednak nie przestał pić. Znosiłam to. Aż zapragnęłam wyjechać na wieś, mieć gospodarstwo i zwierzęta. Dzieciom to na zdrowie, a Igor nie będzie miał czasu na pijaństwo! Sprzedaliśmy mieszkanie i działkę, kupiliśmy dom w miasteczku. Otworzyliśmy świetną kawiarnię. Igor został zapalonym myśliwym. Kupił broń, potrzebne gadżety, w lasach dziczy nie brakowało. Wszystko szło dobrze, dopóki Igor nie upił się kolejny raz. Już nie wiem, co wtedy wypił, ale dosłownie oszalał! Rozbił całą zastawę, meble, a potem dorwał się do nas. Chwycił strzelbę i wystrzelił w sufit! Z dziećmi uciekłam do sąsiadów się schować. To był koszmar. Na drugi dzień wszystko ucichło. Cichaczem wróciliśmy do domu. Widok był wstrząsający. Najgorsze, że dzieci widziały ten horror. Wszystko rozbite i połamane. Nie ma na czym usiąść, z czego jeść, gdzie spać. Igor spał jak martwy na podłodze. Spakowałam co zostało i z całą gromadką poszłam do mamy. Ta mieszkała niedaleko. Mama tylko jęczała: — Oj, Tania, co ja mam zrobić z taką bandą dziewczyn! Wróć do męża. Czego to w rodzinie nie ma! Przemiele się, będzie dobrze. Mama zawsze powtarzała: lepiej mieć pięknego męża niż własne zęby. Po kilku dniach przyszedł Igor. Wtedy postawiłam kropkę w związku. Ciekawostka: Igor w ogóle nie pamiętał swojego „show”. Nie wierzył w moje „bajki”. Ale mnie już było wszystko jedno. Spaliłam mosty. Nie wiedziałam, jak żyć dalej. Ale wolałam już głodować, niż być pobitą przez męża na rauszu. Kawiarenkę musiałam sprzedać za bezcen, bo z dziećmi musiałam szybko wyjechać z miasteczka. Zamieszkałyśmy w małym domku w sąsiedniej wsi. Starsze córki poszły do pracy, z czasem też wyszły za mąż. Bliźniaczki były w piątej klasie. Wszystkie córki kochały tatę Igora i utrzymywały z nim kontakt. Wiedziałam przez nie, jak mieszka były mąż. Prosił, żebym wróciła. Dziewczyny też namawiały: Mama, już wystarczy tej dumy, tata się poprawił i przeprosił setki razy! Pomyśl o sobie — to nie te lata… Ale ja byłam nieugięta. Chciałam spokojnego życia, bez dramatów i ekstremów. Minęły dwa lata. Zaczęło mi brakować Igora. Zżerała mnie samotność. Wszystkie pierścionki oddałam do lombardu. Nie udało się ich odzyskać. Żal. Wspominałam dawne życie i rozmyślałam. U nas w domu była miłość. Igor kochał wszystkie córki tak samo, mnie żałował, umiał przeprosić. Byliśmy przykładną rodziną. Szczęście jest różne — nie wejdzie się do cudzego. Czego jeszcze chcieć? Teraz nawet starsze córki już tylko dzwonią, nie odwiedzają. Rozumiem — młodość. Jeszcze trochę, a moje bliźniaczki też wylecą z gniazda i zostanę sama. Dziewczyny jak gąski: jak wypierzą, to polecą. W końcu poprosiłam bliźniaczki, by wypytały tatę, jak żyje. Może jakaś ciocia się pojawiła? Dziewczyny wszystko wybadały. Okazało się, że Igor żyje i pracuje w innym mieście. Nie pije ani kropli. Nikogo nie ma. Dał dziewczynkom swój adres. Na wszelki wypadek… Jesteśmy razem już piąty rok. Mówiłam, ryzykantka ze mnie… Mąż droższy niż gorzkie urazy – historia Tani, która przeżyła dramaty i miłość w polskich realiach lat 90., wychowała cztery córki, przeżyła przemoc, rozwód i samotność, by odważyć się jeszcze raz zawalczyć o szczęście z byłym mężem