Podniosłam na nogi moją teściową. A teraz czuję rozgoryczenie, bo nie wyrwałam chwastów w ogródku.
Co ty tu wyczyniasz? krzyknęła moja teściowa, stojąc pośrodku grządek na działce pod Warszawą. Takiego wstydu nie pamiętam od dzieciństwa. Ja nie musiałam się za nikim chować, miałam siedem córek i ani jednego chwastu na grządkach!
Na jej wrzask zbiegli się sąsiedzi z ogródków, przykleili się do siatki niczym gawrony. Natychmiast roztrząsali każde słowo, które padło z jej ust. Teściowa, widząc publikę, tylko się rozkręciła. Wykrzyczała pod moim adresem wszystko, co jej ślina na język przyniosła, a ja oniemiałam, nie mając siły się odezwać. W końcu, zmęczona własnym krzykiem, sapnęła głęboko i powiedziała tak głośno, by sąsiedzi lepiej słyszeli:
Nic nie odpowiedziałam.
Przeszłam spokojnie obok niej, przytulając mocniej w ramionach malutką Jagienkę. Weszłam do domu, wyjęłam z szafy specjalnie przygotowane pudełko z rzeczami, które teściowa miała zabrać wieczorem i rano. Bez składania wrzuciłam do torby ubranka córki i swoje. Wyszłam, nie zamieniając z teściową ani słowa.
Po trzech dniach zadzwoniła do mnie:
Co zrobiłaś z tymi wszystkimi rzeczami, które profesor do mnie przywiózł? Poprosiłam sąsiadkę, żeby coś dokupiła, a ona mówi, że jeden słoik kosztuje majątek. I tych, co mają etykiety po włosku, to nawet rozdać nie możemy. Co mam zrobić? Ty odeszłaś obrażona, a ja tu zaraz ducha wyzionę!
Nie odpowiedziałam. Odłożyłam telefon, wyjęłam kartę SIM i schowałam ją głęboko. Już nie miałam siły ani fizycznej, ani psychicznej.
To wszystko zaczęło się ponad rok temu. Tuż przed narodzinami mojej córki mój mąż Adam, wracając nocą samochodem przez oblodzoną szosę pod Pruszkowem, stracił panowanie nad kierownicą. Do dziś niewiele pamiętam z pogrzebu jak zabierała go karetka pogotowia, potem te dni pełne ciemności. Następnego ranka urodziłam córkę Nic nie było ważne. Świat stał się pusty i bezduszny bez Adama. Karmiłam i usypiałam Jagienkę automatycznie, bo tak trzeba było.
Ze stanu otępienia wyrwał mnie telefon.
Twoja teściowa, pani Stanisława, jest w ciężkim stanie. Mówią, że długo po synu nie pożyje.
Decyzję podjęłam niemal w tej samej godzinie. Sprzedałam mieszkanie w Warszawie i za większość pieniędzy dołożyłam cegiełkę pod nowe, by Jagienka miała kiedyś swój własny kąt. Sama pojechałam ratować teściową.
Tamten rok nie był życiem bardziej egzystencją.
Nie spałam. Doglądałam teściowej i niemowlaka. Jagienka płakała bez końca, a pani Stanisława wymagała nieustannej opieki.
Dobrze, że miałam jeszcze trochę oszczędności w złotówkach. Ściągnęłam najlepszych lekarzy z Warszawy, Krakowa i Poznania nie żałowałam na konsultacje, badania, lekarstwa. Kupowałam wszystko, co zostało zapisane na recepcie. W końcu teściowa zaczęła wracać do siebie. Najpierw woziłam ją na wózku, potem prowadziłam wolno pod rękę po ogródku, aż wreszcie chodziła sama a wtedy…
Nie zamierzam już jej znać. Nie chcę od niej niczego ani słyszeć, ani widzieć. Niech sama szuka sposobów na dalsze leczenie, jeśli będą potrzebne. Dzięki Bogu miałam na tyle rozwagi, by nie roztrwonić wszystkich oszczędności na nią. Z Jagienką przeniosłyśmy się do naszego nowego mieszkania. Nie tak to sobie wyobrażałam.
Chciałam mieć rodzinę u boku matki mojego męża, przecież sama nie miałam już nikogo. Teraz wiem lepiej. Teraz mam tylko córkę i muszę nauczyć ją: nie każdy zasługuje na dobro. Dla niektórych najważniejsze są grządki bez chwastów.



