Dziennik osobisty, 31 grudnia
Gdzie położyłeś te serwetki? Przecież prosiłam, żebyś wyjął te ze srebrnym wzorem, dużo lepiej pasują do obrusu rzuciłam, nie odwracając się nawet od cytryn, które kroiłam w cieniusieńkie plastry w kuchni.
Tomek zwykle w takich sytuacjach już siedział przed telewizorem, czekając na sylwestrową galę, ale dziś do domu wciąż nie wrócił. Mówiłam więc do siebie, mrucząc pod nosem w znajomych ścianach. Do północy zostały niecałe trzy godziny. W piekarniku kończyła się piec gęś z antonówkami, moje popisowe danie, przekazywane w naszej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Mieszkanie lśniło, choinka migała kolorowymi światełkami, a w sercu czułam to wyjątkowe ciepło oczekiwania na cud, które nie znika nawet po pięćdziesiątce.
Wytarłam dłonie w ręcznik i spojrzałam na zegar. Tomek się spóźniał. Powiedział, że musi skoczyć do biura po prezent, który tam zostawił. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Pewnie wybierał coś wyjątkowego. W tym roku przypadała nasza srebrna rocznica dwadzieścia pięć lat razem i postanowiliśmy świętować we dwoje, bez imprez, gości i dzieci, które dawno już wyfrunęły z rodzinnego gniazda.
W końcu usłyszałam szczęk zamka. Poprawiłam fryzurę, zdjęłam fartuch, by odsłonić elegancką, aksamitną sukienkę, i poszłam do przedpokoju przywitać męża.
Tomku, gdzie ty się podziewałeś? Gęś za chwilę…
Urwałam w pół słowa. Tomek w drzwiach nie był sam. Obok niego, strzepując śnieg z drogiego futerka, stała młoda kobieta. Rzucająca się w oczy, z burzą rudych włosów i ustami w intensywnym, czerwonym kolorze. W rękach trzymała siatkę z mandarynkami, a mój mąż z niezręcznie szerokim, winno-żywym uśmiechem, ściskał butelkę szampana.
Marysiu, przyjmij gości! zawołał za głośno jak na nasz cichy przedpokój. Poznaj, to Paulina Kowalczyk. Paulina, nasza nowa główna księgowa.
Zamarłam, czując, jak wszystko we mnie stygnie. Spojrzałam na męża, potem na nią.
Dobry wieczór wymusiłam. Spodziewaliśmy się gości?
Paulina bez cienia skrępowania wyciągnęła do mnie dłoń w cienkiej skórzanej rękawiczce.
Oj, Marysiu, dzień dobry! Nie uwierzy pani, co za historia! Istny film! Tomek to znaczy pan Tomasz dosłownie mnie uratował. Jestem mu taka wdzięczna!
Tomek szybko zaczął zdejmować buty, nie patrząc mi w oczy.
Marycha, no słuchaj Byłem w biurze po twój prezent, a tam Paulina siedzi i płacze. Kumpel totalnie ją wystawił, awaria rur, mieszkanie zalane, zimno, prąd odcięty, hydraulik przyjdzie dopiero trzeciego. Sama w mieście, żadnej rodziny, co miała zrobić w sylwestra? Przecież nie zostawię jej na dworcu. Więc mówię: Chodź do nas! Marysia ugotuje, jak zawsze, wszystkiego pod dostatkiem, nie wyprosi.
Słuchałam tej nieporadnej paplaniny, czując, jak mój bezpieczny świat trzeszczy w szwach. Ćwierć wieku małżeństwa. Romantyczny wieczór. Świece już poustawiane na stole. I to całe cudo w norkowym futrze.
Proszę wejść powiedziałam chłodno. Mój głos brzmiał obco. Jeśli już się przyszło.
Paulina bez wahania weszła do środka, roztaczając wokół siebie mocną, słodką woń drogich perfum, która momentalnie przyćmiła aromat pieczonej gęsi i choinkowych igieł.
Ale tu uroczo! zaćwierkała, rozglądając się bez skrępowania. Taki retro styl! Moja babcia miała podobny kredens. Jak w muzeum PRL-u!
Zacisnęłam zęby. Mój kredens był włoski, z dębu, kupiony za ciężkie pieniądze pięć lat temu, ale tłumaczyć tego tej dziewczynie, dla której mogłabym być matką, nie zamierzałam.
Tomek, pomóż gościowi się rozebrać rzuciłam i uciekłam do kuchni. Musiałam złapać oddech. Ręce mi się trzęsły.
Mąż zjawił się chwilę później. Był wyraźnie zbity z tropu, ale w oczach miał znajome upieranie się przy swoim.
Maryś, no nie bądź taka szepnął, przymykając drzwi kuchni. Serio, nie miała gdzie pójść. To przecież noc sylwestrowa! Mogłaby posiedzieć z nami, zjeść, wypić, potem zamówię jej taksówkę do hotelu Może, ewentualnie, położy się na kanapie w salonie
Na kanapie?! odwróciłam się do niego gwałtownie, ściskając chochlę tak mocno, że pobielały mi palce. Tomku, ty poważnie? Miało być we dwoje Przyprowadziłeś pod mój dach obcą kobietę, która już mnie obraża. Jaki muzeum?
Przestań, po prostu jest młoda i bezpośrednia. Proszę, Marysiu Nie rób mi siary przed koleżanką z pracy. Później wszyscy powiedzą, że ją wywaliłem na ulicę. Muszę jeszcze z nią pracować.
Patrzyłam na mojego męża i go nie poznawałam. Gdzie ten czuły, uważny facet, z którym budowałam swoje życie? Stał przede mną postarzały podrywacz, który próbował zaimponować młodej współpracownicy kosztem własnej żony.
Dobra powiedziałam w końcu. Niech siedzi. Ale jeśli jeszcze raz powie coś o moim domu
Nie powie! Obiecuję! ucieszył się Tomek i próbował się przytulić, ale się odsunęłam.
Idź, zajmij się swoją bezpośrednią. Ja muszę nałożyć trzeci talerz.
Kolacja zaczęła się w gęstej, przykrej atmosferze. Rozstawiałam talerze w milczeniu. Paulina, już bez futra, siedziała w obcisłej sukience z głębokim dekoltem, nijak nie pasującym do domowego stołu. Z gracją zakładała nogę na nogę i bawiła się kieliszkiem.
Tomku, może już otworzymy szampana? Tak na powitanie sylwestra mrugnęła do mojego męża. Tak chce mi się pić!
Tomku ledwo nie wypuściłam z rąk salaterki. Odkładając śledzia pod pierzynką na stół, aż huknęło.
U nas tradycja jest taka sztywno odpowiedziałam że szampana otwieramy równo o północy. Teraz możecie się napić kompotu żurawinowego, domowy.
Paulina wykrzywiła usta.
Kompot? Słodkiego nie pijam, dbam o linię. A może macie chociaż wytrawnego szampana? Mówią, że półsłodkie tylko dla niewprawionych.
Tomek rzucił się do barku.
Mam koniak! Napijesz się, Paulinko?
Odrobinę. Przyda się na rozgrzanie. U was jakoś chłodno. Oszczędzacie na ogrzewaniu?
Usiadłam naprzeciw tej pary, czując się całkiem obca na własnej imprezie. Tomek prężył się, nalewał kieliszek, dokładał kawioru, dowcipkował, a Paulina śmiała się głośno, odchylając głowę.
A pani, Marysiu, nie pracuje? nagle zapytała mnie, przestając jeść kanapkę.
Pracuję spokojnie odparłam. Jestem główną technolog w zakładach cukierniczych.
Naprawdę? jej narysowana brew uniosła się wyraźnie. Taka domowa się pani wydaje No, wie pani, typ gospodyni, co tylko zupę miesza i czeka na męża. Pan Tomek mówił, że ma pani złote ręce. Tylko że podobno czasami nie ma o czym pogadać, bo wszystko podporządkowane domowi, ale chociaż pierogi świetne.
Zapadła cisza, przerywana tylko tykaniem zegara i cichym brzęczeniem telewizora. Tomek zaczął się krztusić koniakiem, czerwieniąc się na twarzy.
Ja ja tego nie mówiłem! wydusił. Paulinko, coś ci się pomyliło!
Powoli odłożyłam widelec. Wewnątrz poczułam, jak pęka ta jedna, cienka nitka, która trzymała ten wieczór w całości. Nie ma o czym gadać? Byle dom?
Mów dalej, Paulino odezwałam się lodowato. Jestem ciekawa, co jeszcze zdradził o mnie Tomek.
Paulina chyba zorientowała się, że powiedziała za dużo i zaczęła się cofać, tylko pogarszając sytuację.
Proszę się nie obrażać! Mężczyznom ciągle brakuje emocji i wyzwań. Tomek na naszej ostatniej imprezie firmowej to był dusza towarzystwa! Tańczył lepiej niż wszyscy, nawet lamabada nam wyszła, cały dział klaskał. Mówił, że w domu tak nie potańczy, bo żona zmęczona i nogi ją bolą.
Spojrzałam na swoje nogi pod stołem. Nie bolały mnie. Bolały tylko wtedy, gdy przez trzy dni przygotowywałam ten przeklęty sylwestrowy stół dla ukochanego męża.
Tomek siedział w napięciu. Wiedział, że katastrofa jest blisko.
Wypijmy! wyrwał się rozpaczliwie. Za pokój na świecie!
Zaczekaj nie spuszczałam wzroku z Pauliny. A te rury? Jak to dokładnie było, Paulinko?
Rury? A, tak, pękły! Zalało mi mieszkanie, kocioł się popsuł, tragedia! Zadzwoniłam do Tomka To znaczy pana Tomasza. Jedyny facet, na którym można polegać. Mój były to nie to samo.
Dziwne powiedziałam powoli. Na dworze minus piętnaście. Gdyby u pani wylała gorąca woda i odcięli prąd, wygląd miałby pani raczej jak po bitwie z awarią, a nie jak z salonu piękności i manicure. Czuć by było od pani wilgocią, a nie perfumami i polowaniem na cudzych mężów.
Paulina spłonęła rumieńcem.
Jak pani śmie! Jestem gościem! Tomek, powiedz coś!
Tomek zapadł się w fotel.
Marysiu może się przebrała po drodze
Zamknij się, Tomek powiedziałam cicho, ale wyraźnie. Wstałam od stołu. Dwadzieścia pięć lat przymykałam oczy na twoje drobne skoki w bok, spojrzenia za spódnicami, spóźnione powroty z pracy. Myślałam, że doceniasz rodzinę. Myślałam, że jesteśmy sobie bliscy. A jestem dla ciebie tylko gospodynią, która milczy i gotuje.
Podeszłam do okna i gwałtownie odsunęłam zasłonę, odsłaniając ciemne podwórko tu i tam rozbłyskiwały fajerwerki.
Skończone odwróciłam się do stołu. Paulina Kowalczyk, proszę zebrać mandarynki i wyjść.
Paulina otworzyła usta, już miała coś wtrącić, ale napotkała mój wzrok i zamilkła. Zobaczyła w moich oczach tyle chłodu i decyzji, że zrozumiała, że to nie żarty.
Tomek! Pozwolisz wyrzucić mnie w noc sylwestrową?! krzyknęła, desperacko szukając pomocy.
Tomek, chyba od koniaku nabrał odwagi, walnął dłonią w stół:
Marysia, skończ histerię! To mój dom też! Zaprosiłem gościa. Paulina zostaje. Zrobimy sylwestra jak ludzie, a nie
Jak kto? podpowiedziałam. Dokończ.
Jak zołzy! wyrwało mu się.
Skinęłam głową. Bez łez, bez awantur. Podeszłam do kredensu, wyjęłam dużą podróżną torbę, którą przygotowałam na prezenty dla wnuków. Wysypałam zawartość na podłogę.
Twój dom? rzuciłam mu torbę pod nogi. Proszę bardzo. Ale pamiętaj, Tomek. To mieszkanie po moich rodzicach. Ty jesteś tu tylko zameldowany. I zapewniam cię: drugiego stycznia, jak tylko ruszą sądy, składam wniosek o rozwód i wymeldowanie. A teraz oboje wychodzicie.
Co?! Tomek pobladł. Koniak wywietrzał z niego w sekundę. Marysia, co ty dokąd mamy iść?
Po emocje. Po lamabadę. Do Pauliny, której zalało mieszkanie, to jej pomożesz z rurami. Przecież jesteś taki niezawodny. Tu podobno nudno, muzeum.
Marysia, poczekaj! zerwał się i przewrócił krzesło. No wybacz, głupi byłem! Paulina to tylko koleżanka z pracy! Niech ona sobie pójdzie, my zostaniemy!
Spojrzałam na niego z niesmakiem. Jeszcze chwilę wcześniej broniłby koleżanki, teraz, gdy śmierdziało poważnymi konsekwencjami, szybko się wycofał.
Nie, Tomek. Sałatka jarzynowa sfermentowała. Tak samo jak nasze małżeństwo. Pakuj się, masz pięć minut.
Paulina, widząc, że już po wszystkim, bez słowa wstała i ruszyła do przedpokoju.
Wariatka prychnęła, zakładając futro. Tomek, zamówię sobie taksówkę. Nie potrzebuję cię z tą twoją stabilnością.
Zatrzasnęły się drzwi, ciągnąc za sobą zapach perfum i niesmak.
Tomek stał pośrodku pokoju z pustą torbą w rękach.
Maryś zaczął żałośnie. Ona już poszła. Zapomnijmy o tym. Gęś ci stygnie.
Wyjęłam jeszcze gorącą gęś z piekarnika. Aromat antonówek i cynamonu, który zazwyczaj tak lubiłam, dziś sprawił, że zrobiło mi się niedobrze.
Zapomnijmy? powtórzyłam. Przyprowadziłeś kochankę do naszego domu tuż przed srebrną rocznicą ślubu. Obgadywałeś mnie za moimi plecami. Pozwoliłeś jej mnie poniżać w mojej własnej kuchni.
Chwyciłam żaroodporne naczynie.
Tomek, wyjdź. Nie żartuję. Jeżeli nie wyjdziesz, zadzwonię na policję i zgłoszę, że mnie niepokoi i jest pijany. Uwierzą mi.
Spojrzał na mnie i zrozumiał, że naprawdę to zrobię. Z tej niby domowej kobiety wypłynęła teraz siła, której się we mnie nie spodziewał.
Powlókł się do sypialni. Słyszałam trzaskanie drzwiami od szafy, szuranie torby po podłodze. Wyszedł z mieszkania w puchowej kurtce, jedna rękaw koszuli wystawał żałośnie.
Pożałujesz! rzucił z progu, próbując choć trochę zachować twarz. Zostaniesz sama! Komu taka kobieta potrzebna po pięćdziesiątce!?
Sobie jestem potrzebna odpowiedziałam, zamykając za nim drzwi na dwa zamki.
W mieszkaniu zapadła cicha, błogosławiona cisza. Oparłam się plecami o drzwi i osunęłam na podłogę. Myślałam, że będę płakać, ale nie popłynęła żadna łza. Ogarnęła mnie dziwna pustka, jakby właśnie wyniesiono z pokoju starą szafę, która zajmowała pół życia teraz nagle zrobiło się więcej powietrza.
Podniosłam się spokojnie, przeszłam do kuchni. Stół nadal był zastawiony na trzy osoby. Sałatki, kawior, gęś. Niczym dekoracje do spektaklu, który się nie odbył.
Wzięłam talerz Pauliny, z niedojedzoną kanapką z odciskiem szminki, i wrzuciłam do śmieci. Talerz rozstrzaskał się dźwięk tłuczonej porcelany okazał się melodią.
Potem dorzuciłam talerz Tomka. Brzdęk!
Usunęłam trzeci talerz. Na stole zostało tylko moje ulubione nakrycie ze złotą obwódką. Nalałam sobie kieliszek lodowatego szampana.
Na ekranie zbliżało się noworoczne orędzie prezydenta. Za chwilę miały uderzyć dzwony. Ten rok zabrał mi złudzenia, ale oddał szacunek do samej siebie.
Szczęśliwego nowego roku, Marysiu powiedziałam swojemu odbiciu w szybie.
Odkroiłam sobie najlepszy kawałek gęsi udko ze złotą skórką. Nałożyłam łyżkę sałatki jarzynowej, która na złość wszystkiemu nie zdążyła się zepsuć.
Telefon zapikał. Wiadomość od córki, Joasi: Mamciu, szczęśliwego nowego roku! My was z tatą kochamy! Wnuki przywiozę za tydzień!
Uśmiechnęłam się. Prawdziwe życie było nadal moje. Dzieci, wnuki, praca, dom, który kocham. To, co odpadło musiało być zbędne. Zgnilizna.
Wypiłam łyk szampana. Bąbelki przyjemnie zakręciły mi w głowie. Pierwszy raz od lat nie zastanawiałam się, czy wszystkim nalałam, czy komuś czegoś nie brakuje. Rozkoszowałam się chwilą.
Za ścianą sąsiedzi wznosili okrzyki i wystrzeliwali fajerwerki. Cały świat świętował. I ja świętowałam razem z nim. Wolność.
Godzinę później zapakowałam wszystko, czego sama nie zjem, do pojemników. Jutro zaniosę tęcie Walerii, naszej dozorczyni, i panu Michałowi, który odśnieża pod blokiem niech mają świąteczną porcję. A gęś gęś zjem sama. Należę mi się.
Przed snem podeszłam do lustra, zmyłam makijaż. Popatrzyła na mnie zadbana kobieta z nieco smutnymi, lecz rozświetlonymi oczami. Żadna tam stara ciotka w wałkach.
Drajwa mu brakowało parsknęłam do lustra. No to, Tomku, teraz będziesz miał drajwu po kokardę. Poszukasz mieszkania, podzielisz majątek, wytłumaczysz się dzieciom.
Położyłam się szeroko na całym łóżku pierwszy raz od lat nie musiałam ustępować miejsca chrapiącemu mężowi. Pościel pachniała świeżością i lawendą.
Obudziło mnie słońce. Pierwsza myśl? Nie muszę robić mężowi śniadania. Mogę iść na kawę z ciastkiem do tej nowej kawiarni za rogiem. I to była dobra myśl.
Nie wiem, co teraz będzie. Czeka mnie rozwód, trudne rozmowy, dzielenie mieszkania. Ale to wszystko później. Teraz mam cały dzień dla siebie w ciszy, z pysznym jedzeniem i spokojem. I więcej już nikt nie nazwie mojego domu muzeum, a mnie samej nudną.
MarysiaZaparzyłam dużą kawę w ulubionym kubku z lawendowym wzorem. Usiadłam przy stole przy oknie i otworzyłam okno na zimowe powietrze, chłodny podmuch przewietrzył mieszkanie, wypłukując resztki złych zapachów, które zostały po wczorajszych gościach. Patrzyłam na biały świat i ludzi, którzy spieszyli się z zakupami. Czułam się lekka, jakby z ramion zdjęto mi coś ciężkiego, czego latami nawet nie zauważałam.
Zaśmiałam się cicho pod nosem. Cudem nie roztrzaskałam wczoraj wszystkiego w tym domu, a dziś było mi po prostu dobrze. Tak po ludzku, zwyczajnie dobrze. Czeka mnie sporo do zrobienia: nowy początek, własne plany, marzenia, które zawsze odkładałam na potem. Wreszcie to potem nadeszło. Pomyślałam o Joasi, o wnukach, o tym, że już dziś mogę zadzwonić do starej przyjaciółki i umówić się na spacer bez tłumaczenia się komukolwiek.
Jeszcze raz podeszłam do lustra i uśmiechnęłam się do siebie, tym razem szeroko, prosto z serca. Wyglądałam inaczej chyba młodziej. W oczach błyszczały radość i odwaga. Nowy rok. Nowa ja.
Gdzieś na podwórku huknęła petarda, grając ostatnim akcentem świątecznej nocy. Przez chwilę wyobraziłam sobie siebie w tej kawiarni za rogiem, z książką, z kawałkiem szarlotki, i tym samym szczerym uśmiechem. Przyszłość wydawała się nie straszyć, lecz zapraszać.
Odetchnęłam głęboko. Otworzyłam drzwi na klatkę schodową, by zapach świeżych bułek z piekarni wpadł do mieszkania. Czekało mnie dużo może jeszcze nie wiedziałam dokładnie co, ale po raz pierwszy od lat naprawdę chciałam się dowiedzieć.
Szampan, którego wczoraj nie wypiłam do końca, zabąbelkował, gdy uzupełniłam kieliszek. Wznosząc toast do własnego odbicia w szybie, szepnęłam: Marysiu, witaj w nowym życiu.
I wiedziałam, że będzie ono tylko lepsze.



