Mam kilku dobrych znajomych, których nazywam oszczędnymi. Oszczędzają praktycznie na wszystkimzarówno na jedzeniu, jak i na ubraniach. Co ciekawe, nie należą do osób z problemami finansowymi; wręcz przeciwnie, powodzi im się całkiem dobrze. Zawsze mają parę groszy z odłożonej pensji. Stać ich na niejedno.
Spotkania z nimi ograniczam do szczególnych okazji. Poza tym zwyczajnie dzwonimy do siebie, czasem wyskoczymy na kawę czy spacer. Miesiąc temu dostałem zaproszenie na urodziny. Poszedłem, a do domu wróciłem z pustym żołądkiem.
Tego dnia rano spakowałem prezent, który wcześniej kupiłem, i poszedłem do pracy. Koło szesnastej miałem być u znajomych na imprezie. Zjadłem zaledwie dwa herbatniki i wypiłem kawę na lunchw końcu czekało mnie później coś konkretniejszego, albo tak przynajmniej myślałem.
Przed ustaloną godziną dotarłem pod drzwi ich mieszkania w Warszawie. Powitałem gospodarzy, wręczyłem prezent, złożyłem życzenia, przyznałem żartobliwie, że przyszedłem głodny jak wilk, specjalnie nic nie jadłem. Przyjaciel odparł z uśmiechem, że wszystko jest już gotowe.
Było nas w sumie ośmiusześć osób plus gospodarze, Zofia i Andrzej. Wszedłem do salonu i od razu rzuciło mi się w oczy, że nie ma stołu do wspólnego posiłku. Krzeseł też brak, za to stała mała kanapa, na której wszyscy musieli się jakoś zmieścić. Marzyłem o normalnym obiedzie po pracy, przy stole, a nie siedzeniu w ścisku. Cóż, uznałem, że skoro tak chcą, to nie będę się czepiał. Koleżanka przygotowała okrągły, niski stolik, na którym poustawiała jedzenie.
I tu dopiero zatęskniłem za normalnym obiadem. Na stoliku znalazłem kilka małych talerzyków, na każdym dokładnie po osiem plasterków czego się da: osiem cieniutkich plastrów wiejskiej kiełbasy (uwielbiam ją!), osiem plastrów szynki, osiem sera żółtego, po osiem plasterków pomidora i ogórka, wszystko na oko dość rachityczne, chociaż ładnie poukładane. Do tego dwie minimalne miseczki sałatkijedna jarzynowa, druga z kapusty pekińskiej. Owoców odmierzone idealnie po jednym kawałku dla każdego. Całe to bogactwo dopełniała butelka czerwonego wina. W skrócie: jedzcie i świętujcie, mili goście.
Siedziałem, przegryzając plasterek kiełbasy z serem, i aż burczało mi w brzuchu! Nawet na wino nie miałem ochoty, bo bez konkretów to nie ma sensu. W pewnym momencie przyjaciel rzucił: Zaraz coś ciepłego przyniosę. Pomyślałem, w końcu coś konkretnego. Gospodyni wyniosła talerze.
Na każdym talerzu leżał jeden mały pieczony ziemniak i jedna pieczona pałka z kurczakadokładnie po jednym na łebka! Roześmialiśmy się, bo wyglądało to dość komicznie. Jedynie tort okazał się normalnych rozmiarów. Zabawa była udana, ale po godzinie i pół pożegnałem się z resztą ekipy i wyszedłem z imprezy głodny jak nigdy.
Po drodze wstąpiłem do Biedronki, kupiłem kaszankę, świeże pieczywo oraz parę warzyw. Dopiero w domu zjadłem solidną kolację. W ten sposób moi znajomi zaoszczędzili przyjęciem na nas wszystkich.
I wiecie co Po co zapraszać gości na urodziny, jeśli ani nie potrafią, ani nie chcą naprawdę ugościć człowieka?



