Gdzie stawiasz tę wazę? Prosiłam, żeby ją schować do kredensu, kompletnie nie pasuje do serwisu! Jadwiga mówi spokojnie, choć w środku aż się gotuje. Nerwowo poprawia fartuch i patrzy na męża, który z zakłopotaniem przekłada kryształową salaterkę z miejsca na miejsce.
Jadzia, czy to ma takie znaczenie? Paweł próbuje się uśmiechnąć, ale ten jego skruszony wyraz twarzy drażni ją dzisiaj wyjątkowo mocno. Danuta zawsze lubiła tę wazę. Twierdziła, że najlepiej w niej wygląda sałatka jarzynowa. A przecież spotykamy się wszyscy razem, dla chłopców więc chyba warto zadbać o to, by każdy czuł się dobrze?
Jadwiga zatrzymuje się z nożem w ręku. Ostrze zawisa nad rozkrojonym ogórkiem. Oddycha głęboko, liczy do trzech, żeby powstrzymać się przed wybuchem.
Paweł… jej głos jest niepokojąco cichy. Sprawdzę jedną kwestię. Zapraszam gości do mojego mieszkania. Ja, twoja żona, od dwóch dni przygotowuję wszystko. Marynowałam mięso, piekłam biszkopty, pucowałam podłogi. Teraz słyszę, że mam postawić tę wstrętną wazę, bo twoja była żona ją lubiła? Uważasz, że to sensowny argument?
Paweł ciężko wzdycha i siada na krześle, jakby cały świat spadł mu na barki.
Jadziu, daj spokój, błagam. Przecież się umawialiśmy… Bliźniaki mają dwudzieste urodziny, to dla nich ważna chwila. Chcieli, żeby byli oboje rodzice. Miałem jej powiedzieć, żeby nie przychodziła? Jest ich matką. To tylko jeden wieczór pobędziemy razem, podzielimy się tortem i pójdziemy do domu. Nie chcę awantur. Ty zawsze byłaś rozsądna…
Rozsądna kobieta. Jadwigę szlag trafia na to określenie. Oznacza zwykle wygodna kobieta, taka, która przemilczy, zrozumie, posunie się i udaje, że wszystko jest dobrze, nawet gdy inni depczą jej granice.
Są małżeństwem od pięciu lat. Jadwiga zaakceptowała Pawła z całą jego przeszłością, z alimentami, z wiecznymi wyjazdami do bliźniaków, Michała i Szymona, którzy wtedy byli trudnymi nastolatkami. Nigdy nie zabraniała im kontaktu. Chłopcy często bywali u nich, i z nimi Jadwiga ma poprawne, nawet koleżeńskie relacje. Ale Danuta… To osobny rozdział. Głośna, apodyktyczna, przekonana, że Paweł nadal do niej należy, a Jadwiga jest tylko chwilową dzierżawą.
Chłopców lubię, Paweł. I pogodziłam się z tym, że zaprosiłeś Danutę, chociaż normalni ludzie wynajmują restaurację, nie sprowadzają byłą żonę do swojego domu. Ale dlaczego cała zastawa ma być pod jej gust? Może powinnam założyć jej ulubioną sukienkę? A może uczesać się tak jak ona?
Przesadzasz… macha ręką Paweł, wstając. Dobra, schowam tę wazę. Tylko nie gniewaj się. Chłopcy zaraz będą, Danuta z nimi. Miała problem z samochodem, zabiorą ją po drodze. Dajmy spokój, niech będzie świątecznie.
Podchodzi, całuje ją w policzek na odczepnego i idzie się golić. Jadwiga zostaje sama w kuchni z miskami, garnkami i produktami. W piekarniku rumieni się karkówka, na palniku dopieka się zapiekanka. Pachnie obłędnie ale apetytu brak. Czuje się, jakby szykowała stypę dla własnej godności.
Po godzinie słychać gwar w przedpokoju. Śmiech, tupot, donośne rozmowy.
Gdzie nasz tatuś? ten głos Jadwiga rozpoznałaby wszędzie. Wysoki, piskliwy, przejmujący całą przestrzeń. Pawle! Jesteśmy!
Zdejmuje fartuch, poprawia fryzurę w lustrze i wychodzi powitać gości.
W przedpokoju ciasno. Michał i Szymon, chłopiska niemal dwumetrowe, zdejmują kurtki. Między nimi, jak królowa wśród dworzan, stoi Danuta. Czerwone, obcisłe ubranie, fryzura jak z salonu pół puszki lakieru.
O, Jadwiga, dzień dobry rzuca nieuprzejmie, nie patrząc nawet na gospodynię. Już wypatruje Pawła. Przywieźliśmy prezenty! Pawle, chodź, pomóż mamie z torbą, są tam moje słoiki!
Paweł wychodzi z pokoju rozpromieniony i roztrzepany.
Hej, panowie! Wszystkiego najlepszego! przytula synów, klepie po plecach. Danka, witaj. Po co te przetwory? Stół się ugina.
Znam wasze stoły Danuta przewraca oczami, wreszcie łaskawie rzuca spojrzenie Jadwidze. Pewnie znowu wszystko dietetyczne? Bez smaku? A chłopak musi dobrze zjeść. Ogóreczki swoje mam, pomidorki, grzybki. I galaretę, prawdziwą, na nóżkach, nie tę żelatynę z kurczaka jak ostatnio podałaś.
Jadwiga czuje, że policzki jej płoną. Ostatnio, pół roku temu, też była scena, kiedy zabierała chłopców skrytykowała wtedy wszystko.
Witam panią, Danuto mówi chłodno. Proszę, wejdźcie. Jedzenie jest dla wszystkich. Galareta dziś wołowa, klarowna jak łza.
Zobaczymy, zobaczymy prycha była żona i idzie do salonu, nie pytając nawet o zgodę. Ojej, dalej nie wymieniliście kanapy? Pawle, mówiłam rok temu, że ten kolor się tu nie sprawdza. Starzeje pokój. A zasłony… Szaro, ponuro tu. U nas, pamiętasz, zawsze lekka firanka wisiała.
Paweł drepcze za nią z reklamówkami.
Danusiu, nam się podoba. Przytulnie.
Przytulnie, gdy dusza śpiewa, tu jak w krypcie ocenia Danuta i rozsiada się na złej kanapie. Chłopcy, rączki myć! Jadwiga, no dalej, nakrywaj, faceci głodni!
Jadwiga aż wbija paznokcie w dłonie. Spokojnie powtarza sobie. Dla Pawła. Nie psuć chłopakom święta.
Idzie na kuchnię bez słowa. Paweł pojawia się chwilę potem.
Jadwiguniu, nie gniewaj się… szepcze, łapiąc talerze. Ona ma taki charakter, wiesz. Nie złośliwie. Zawsze rozstawia wszystkich po kątach. Pomogę wynieść sałatki.
Zostaw, poradzę sobie ucina Jadwiga.
Biesiada zaczyna się fatalnie. Danuta siada po prawej stronie Pawła, tak blisko, że ich łokcie niemal się dotykają. Bliźniaki siadają naprzeciwko. Jadwiga ląduje na końcu stołu, przy wyjściu, jakby była kelnerką na chwilowym odpoczynku.
Za moich chłopaków! wznosi toast Paweł. Dwadzieścia lat! Minęło jak z bicza strzelił!
Oj tak, Pawle wtrąca się Danuta. Pamiętasz, jak mnie wieziesz do szpitala? Lód na drogach, samochód nie rusza, biegasz wokół poloneza w koszuli, taki przejęty! Pod oknami krzyczałeś Kto? Kto? uciecha była!
Wybucha śmiechem, kładzie rękę na ramieniu Pawła. Ten uśmiecha się speszony, zanurzony we wspomnieniach.
Ech, młodzi byliśmy…
A pamiętasz, jak Szymek wpadł w kałużę w nowym garniturze? Szliśmy wtedy do twojej mamy na imieniny. Płakał, cały w błocie! Myliśmy go w fontannie!
Opowieść goni opowieść. Danuta prowadzi rozmowę, jakby nie było innych lat poza czasem ich małżeństwa. A pamiętasz Mazury?, A tapety kleiłbyś znowu?, A jak nogę złamałeś, a ja cię karmiłam z łyżeczki?
Jadwiga milczy, grzebiąc widelcem w sałatce. Jest tu zbędna. Obca. Dekoracja. Bliźniaki wpatrzone w telefony, od czasu do czasu potakują matce. Paweł, rozanielony winem i nostalgią, nie pamięta, że obok siedzi żona.
Jadwiga, podaj chleb rzuca Danuta w trakcie wspominek o tym, jak Paweł uczył ją jeździć autem. Wrzeszczy hamuj!, a ja gaz do dechy! Mało co w płot nie wbiliśmy! Pawle, wtedy osiwiałeś z pół głowy!
Było, było śmieje się Paweł. Zawsze byłaś rajdowcem.
Zawsze byłaś, miałaś. Te słowa brzmią jak strzał. Jadwiga podnosi głowę, patrzy na Pawła. On nawet nie zauważył, co powiedział. Patrzy na Danutę z czułością i rozrzewnieniem. Bo przypomina mu młodość, czasy zielonej trawy.
Sałatka przesolona wtrąca nagle Danuta, wkładając sobie widelcem jarzynową. Jadwiga, zakochana chyba? Przesala się, gdy się kocha. Tylko w kim? We własnym mężu? Pawle, spróbuj galarety. Tu jest smak! Czosnku nie żałowałam.
Sięga przez cały stół i kładzie galaretę Pawłowi prosto na porcję zapiekanki Jadwigi.
Danuta, zabierz ręce mówi cicho Jadwiga.
Co? Danuta zatrzymuje się. Czemu taka nerwowa?
Mówię, zabierz ręce z talerza mojego męża. I zabierz swoją galaretę. Tu jest dość tego, co zrobiłam ja.
Zapada cisza. Bliźniaki odrywają wzrok od telefonów. Paweł nerwowo mruga.
Jadwiguniu, no co… mamrocze. Położyła, zje, smacznie…
Ach, smacznie? Jadwiga wstaje. Krzesło skrzypi na parkiecie, jakby syczy metal. Smakuje ci galareta Danuty? Miło ci wracać pamięcią do dawnych lat? Lubisz, gdy w twoim mieszkaniu inna kobieta rozdaje karty, krytykuje wystrój, jedzenie, twoją żonę?
Oj, skończ fuka Danuta. Ależ delikatna. Kompleksem trąci? Przecież dobrze radzę.
Nie potrzebuję twoich rad patrzy Danucie prosto w oczy. I twojego towarzystwa. Znoszę to dla Pawła, dla chłopców. Ale radzicie sobie lepiej beze mnie. Idylia, żarty, nasz Polonez, nasze Mazury. Wy tu jesteście rodziną. Ja personel techniczny, podrzuca, sprząta i nie rzuca się w oczy.
Jadwiga, nie przesadzaj próbuje ją złapać Paweł za rękę, ale odsuwa się. Źle to rozumiesz. Tylko wspominaliśmy…
To sobie wspominajcie dalej. Nie będę przeszkadzać.
Odwraca się i wychodzi z salonu. Za nią dolatuje głośny szept Danuty:
Histeryczka. Mówiłam ci, Pawle, nie pasuje do ciebie. Za dużo sobie wyobraża.
Jadwiga idzie do sypialni. Trzęsą jej się ręce, ale w głowie pełna jasność. Wyjmuje niewielką walizkę, wrzuca kosmetyki, piżamę, tablet, czystą bieliznę. Przebiera się z odświętnej sukienki, w której czuła się jak pajac na cudzej imprezie, w wygodne jeansy i sweter.
Zamawia taksówkę przez aplikację. Ma być za siedem minut.
Wychodzi do przedpokoju, zakłada buty, płaszcz. Z salonu znów śmiech. Danuta opowiada coś, Paweł rechocze. Zdaje się, że wszyscy zapomnieli o niej myślą, poszła się wypłakać, wróci zaraz.
Wygląda przez drzwi.
Wychodzę mówi głośno i wyraźnie.
Cisza. Paweł się odwraca z kieliszkiem w dłoni.
Gdzie? Po chleb?
Nie, Paweł. Jadę do hotelu. Mam dziś też święto dzień uwolnienia od chamstwa i braku szacunku. Wasza stara gwardia świetnie się bawi. Świętujcie dalej. Jedzenie w lodówce, tort na balkonie. Zmywarka w kuchni, tabletki pod zlewem. Może Danuta pokaże, jak myć naczynia, a nie tylko jeść galaretę.
Oszalałaś? Paweł wstaje, przewraca kieliszek. Wódka rozlewa się na obrus. Jaki hotel? Noc już! Goście siedzą!
To twoi goście, Pawle. Bawcie się. Wszystkiego najlepszego, chłopcy.
Zamyka drzwi mieszkania, odcinając krzyki męża i oburzone gdakanie Danuty.
W taksówce patrzy tylko przez okno na światła miasta. Potem dzwoni do najlepszego spa hotelu w Warszawie.
Dobry wieczór, czy są wolne pokoje? Luksusowy albo superior? Świetnie, będę w dwadzieścia minut. Proszę przygotować butelkę szampana i owocową tacę do pokoju. A rano poproszę rezerwację na masaż, najwcześniej jak się da.
W hotelu cicho, pachnie ekskluzywnymi perfumami. Nie ma aromatu smażonej cebuli, brzęku widelców, obcych głosów. Pokój przywitał ją chłodem i świeżą pościelą.
Jadwiga bierze prysznic, zmywa z siebie wieczorne obrzydzenie. Odcina się od hałasu dnia. Owija się miękkim szlafrokiem, nalewa kieliszek zimnego szampana, wychodzi na balkon. Miasto leży u jej stóp, rozświetlone i obojętne.
Telefon wibruje już w drodze, ale przełącza go na tryb cichy. Teraz sprawdza, jest piętnaście nieodebranych od Pawła. Trzy wiadomości.
Co ty wyprawiasz?
Wracaj natychmiast, wstyd przed ludźmi!
To nie żarty, Danuta w szoku.
Uśmiecha się i wyłącza telefon. Pije łyk szampana. Po raz pierwszy od lat czuje wolność. Nie musi myśleć, czy mięso smakuje gościom, czy telewizor gra za głośno, czy Paweł się obrazi. Jest sama, i to jest piękne.
Rano słońce budzi ją przez żaluzje. Rozciąga się leniwie, zamawia śniadanie do pokoju jajka po benedyktyńsku, croissanty, kawę. Idzie na masaż, potem na basen. Przedłuża pobyt o dobę. Nie chce wracać do domu.
Włącza telefon wieczorem. Tym razem więcej wiadomości, ton inny.
Jadwiga, gdzie jesteś? Martwię się.
Chłopcy wyszli zaraz po tobie. Powiedzieli, że urządziliśmy cyrk.
Danuta wyjechała wczoraj. Pokłóciliśmy się.
Weź proszę telefon.
Oddzwania do Pawła.
Halo! Jadwiga! Boże, żyjesz? Gdzie ty jesteś? jego głos drży.
W hotelu, Pawle. Odpoczywam.
Przepraszam wzdycha. Jestem głupi, wszystko zepsułem.
Opowiadaj mówi chłodno. Jak wypadła impreza rodzinnych wspomnień?
Fatalnie, koszmar. Jak wyszłaś, Szymon powiedział: Nieźli z was starzy. Matka jędzyca, ojciec gamoń. Jadwiga jest fajną babką, a wy ją wypędziliście. I z Michałem wyszli od razu. Nawet tortu nie tknięto.
Jadwiga czuje satysfakcję. Chłopcy mądrzejsi od dorosłych.
Dalej?
Potem Danuta zaczęła wykrzykiwać, że jestem niewdzięczny, że nastawiłaś chłopaków przeciw niej. Kazała sprzątać stół. Powiedziałem, że skoro czuje się panią domu, niech sama coś zrobi. Podniosła krzyk, rozbiła talerz z serwisu twojej mamy.
Rozbiła talerz? Jadzi głos staje się lodowaty.
Tak… Przypadkiem. Machnęła ręką, nie wytrzymałem. Powiedziałem dość, niech zamawia taksówkę i znika. Pokłóciliśmy się potwornie. Wywlekła wszystko: pensje sprzed dwudziestu lat, moją mamę, zniszczone życie. W końcu ją wygoniłem.
Paweł milknie, słychać tylko ciężki oddech.
Siedzę tu sam, wśród brudnych naczyń. Nic nie sprzątam. Nie mam siły. Jadwiga, wróć, proszę. Już nigdy… Nikt z byłych nie przekroczy naszego progu. Przysięgam.
Mówisz, nie sprzątnąłeś? pyta Jadwiga.
Nie. Wszystko jak zostawiłaś.
Doskonale. Masz czas do jutra rana. Ma tu być błysk, zero zapachów po Danucie, żadnych jej słoików, galarety. Wyrzuć wszystko do śmietnika. Jak znajdę choćby okruszek, poczuję jej perfumy złożę pozew o rozwód. Jasne?
Jasne, Jadziu. Wszystko wypucuję. Proszę, wróć. Kocham cię. Nie chciałem… chciałem dobrze…
Dobrze ci wychodzi, gdy myślisz głową, a nie chcesz się podlizać wszystkim mówi stanowczo. Wrócę jutro na obiad. Pawle… jeśli jeszcze raz pozwolisz komuś krytykować mnie w naszym domu, odejdę na zawsze.
Odkłada słuchawkę. Za oknem hotelu zapalają się wieczorne światła. Jadwiga dopija chłodną kawę. Żal jej Pawła słabego, zagubionego w byciu dobrym tatusiem. Jeszcze bardziej żal siebie, tej, która latami to znosiła.
Nigdy więcej nie będzie znosić. Ten hotelowy azyl uruchomił w niej zmianę. Zrozumiała, że ma prawo być szefową. Nie wygodną, nie rozsądną, tylko po prostu główną osobą w swoim życiu.
Następnego dnia, kiedy wraca, w mieszkaniu pachnie cytryną i płynem do podłóg. Okna szeroko otwarte, wywietrzone. Paweł, zmęczony, z czerwonymi oczyma, spotyka ją w progu.
Wszystko sprzątnięte informuje, jak zbity pies. Nawet zasłony wyprałem, bo czułem lakier.
Jadwiga wchodzi do kuchni. Czysto. Żadnych słoików, po wzbudzającej konflikty waza ani śladu.
A waza? pyta.
Wyrzuciłem mruczy Paweł. Razem z galaretą. Nie chcę tego więcej widzieć.
Jadwiga patrzy mu w zmęczone oczy.
Dobrze mówi, zdejmując płaszcz. Wstaw czajnik. Zjemy mój tort, jeśli go nie wyrzuciłeś w napadzie rozpaczy.
Paweł z ulgą przytula ją.
Zostawiłem. Jest pyszny. W nocy spróbowałem, z żalu. Jadziu, jesteś najlepsza. Przepraszam idiotę.
Wybaczam. Ale to był ostatni raz, Pawle. Ostatni.
Siadają do herbaty. Jadwiga patrzy na męża i wie: czasem, by ratować rodzinę, trzeba wyjść z niej choćby na dwa dni. Puste miejsce przy stole powie więcej niż sto pretensji.



