Upatrzył sobie cudzą żonę: Opowieść o nieszczęśliwym artyście, cichym życiu na polskiej wsi i kobiecie, która znalazła szczęście u boku innego

Zainteresował się nie swoją żoną

We wspólnym życiu Janusz Dudkowski okazał się być człowiekiem słabego charakteru i zupełnie bez własnej woli.

Wszystkie jego dni zależały od nastroju, w jakim się obudził. Czasem Janusz wstawał rześki i pełen dobrego humoru, cały dzień żartował i śmiał się głośno z własnych dowcipów.

Jednak przez większość czasu chodził posępny, pijąc litry kawy i snując się po domu niczym cień jak to artyści. Jego zawodem była sztuka uczył plastyki, techniki, a czasem także muzyki w wiejskiej podstawówce (gdy pani od muzyki była na zwolnieniu).

Miał ciągoty do sztuki, jednak szkoła nie pozwalała mu rozwinąć skrzydeł, więc swój talent przeniósł do domu urządził sobie pracownię w największym, najbardziej słonecznym pokoju. Ten pokój Zofia przeznaczyła już była wcześniej na dziecięcą, bo liczyła, że kiedyś pojawi się potomstwo.

Ale dom był Janusza, więc Zofia nie protestowała.

Dudkowski zawalił pokój sztalugami, rozrzucił tubki z farbami i glinę po kątach, i tworzył: coś malował, coś lepił, czasem rzeźbił…

Mógł całe noce spędzić nad dziwną martwą naturą, albo przez cały weekend lepić jakąś dziwaczną figurkę.

Swoich arcydzieł nie sprzedawał, wszystko wisiało na ścianach w domu, choć Zofii nie podobały się te obrazy ani trochę; półki uginały się od glinianych figurek i wazoników.

I gdyby jeszcze były ładne Ale nie były.

Nieliczni koledzy po fachu, z którymi kiedyś studiował, odwiedzając go, wymieniali się dyskretnymi spojrzeniami, wzdychali cicho, patrząc na obrazy i rzeźby. Nikt go nie chwalił.

Tylko Leon Gierałtowski, najstarszy z całej paczki, wykrzyknął, upiwszy niemal całą butelkę żubrówki:

Matko Jedyna, co to za bezsensowna maź! Co to niby ma być?! Nic tu nie widzę wartościowego oprócz, oczywiście, pięknej gospodyni.

Dudkowski bardzo przeżył krytykę krzyczał, tupał nogami, kazał żonie wyrzucić niegrzecznego gościa za furtkę.

Wynocha! krzyczał, Ty nie masz pojęcia o sztuce! Wręcz przeciwnie to ty nie jesteś artystą, nie ja! Już wiem! Złościsz się, bo nie możesz utrzymać pędzla w rękach, co od wódki się trzęsą! Z zazdrości wszystko wokół obrażasz!

Leon wybiegł z domu, ledwie nie przewracając się na schodach. Zofia wybiegła za nim, przepraszając:

Proszę się nie przejmować. Nie powinnam była pozwolić na krytykę jego prac, powinnam uprzedzić Pana Leona

Nie masz się co tłumaczyć, dziecko, machnął Leon ręką. Zadzwonię po taksówkę i już mnie nie ma. Szkoda mi tylko ciebie. Taki porządny dom, a te okropne obrazy Janusza wszystko psują! I te gliniane potworki… Szkoda gadać. Wiesz, dla artysty dzieło jest odbiciem duszy. A u Janusza pustka na płótnie i w duszy.

Ucałował ją w dłoń, pożegnał się i odszedł.

Janusz jeszcze długo dochodził do siebie, przez miesiąc wyładowywał się na własnych rzeźbach i obrazach, aż w końcu się uspokoił.

***

Mimo wszystko, Zofia nigdy nie sprzeciwiała się mężowi.

Myślała sobie, że przyjdzie czas będą dzieci, a ukochany porzuci swoje fanaberie.

Wtedy przerobi pracownię na pokój dziecięcy, a na razie niech się bawi martwymi naturami.

Na początku po ślubie Janusz jeszcze się starał, chodził po zakupy, przynosił wypłatę do domu, dbał o młodą żonę.

Ale to się szybko skończyło. Janusz ochłódł względem niej, przestał dawać pieniądze, cała opieka nad domem i nim spadła na Zofię. Do tego miała jeszcze ogródek, kurnik i teściową.

…Kiedy Zofia zaszła w ciążę, Janusz był zachwycony. Ale radość nie trwała długo nim minął tydzień, Zofia zachorowała, trafiła do szpitala i straciła dziecko.

Gdy Janusz się o tym dowiedział, natychmiast się zmienił rozbeczał się, stał się nerwowy, nakrzyczał na żonę i zamknął się w domu.

Zofia po powrocie wyglądała jak cień dawnej siebie. Ledwo doczłapała do domu.

Nikt jej nie przywitał, ale najgorsze było przed nią: Janusz zamknął dom na klucz i nie wpuszczał jej.

Janek, otwórz!

Nie otworzę jęknął zza drzwi Po co przyszłaś? Powinnaś była urodzić moje dziecko. Nie spełniłaś swojej misji! A dziś przez ciebie matka trafiła do szpitala z zawałem!

Po co ja się z tobą ożeniłem, przyniosłaś tylko pecha! Odejdź, nie chcę cię dłużej widzieć.

W oczach Zofii pociemniało, usiadła na schodku przy werandzie.

Co to, Janek Mnie też jest ciężko, ja też cierpię, otwórz drzwi!

Nie reagował, więc Zofia została na schodach aż do zmroku.

W końcu wejście skrzypnęło i wyszedł Janusz. Wychudzony, niewyspany, zamykał dom na zamek, ale nie mógł znaleźć klucza. Zresztą, on nigdy nic nie wiedział, gdzie co leży.

Postał chwilę w zadumie, po czym ruszył do furtki, nie patrząc na żonę.

Gdy zniknął za zakrętem, Zofia otworzyła drzwi i weszła do środka. Padła na łóżko.

Czekała na męża całą noc. Rano sąsiadka przyniosła straszną wiadomość: teściowa nie przeżyła zawału.

To dobiło Janusza. Zwolnił się z pracy, zaniemógł, przyznał się do Zofii:

Nigdy cię nie kochałem. I nie kocham. Ożeniłem się z tobą, bo matka chciała wnuków. Ale przez ciebie zniszczyłaś wszystko, co budowałem z mamą. Nigdy ci tego nie wybaczę.

Słowa raniły jak nóż, ale Zofia postanowiła, że nie zostawi męża.

Minął czas, ale nie było lepiej. Janusz nie wychodził z łóżka, pił wodę, nic nie jadł.

Choroba wrzodowa się zaostrzyła.

Stracił apetyt, ogarnęła go apatia, przestał w ogóle wstawać.

Potem ogłosił, że złożył pozew o rozwód. Sąd rozwiódł Dudkowskich.

Zofia wypłakała wiele łez.

Próbowała go pocieszać, przytulić, ale Janusz odpychał ją i cicho wymawiał, że zaraz jak wyzdrowieje, wyrzuci ją z domu. Zrujnowała mu życie.

***

Zofia nie miała dokąd odejść. Matka, która z radością wydała ją młodo za mąż, już dawno miała nowe życie wyjechała do wdowca nad Bałtykiem. Tam się związała, wróciła tylko na chwilę, by sprzedać dom. Zyskała trochę pieniędzy i zniknęła do nowego życia, zostawiając córkę bez kąta.

I tak Zofia została w pułapce.

***

W końcu skończyły się w domu wszelkie zapasy. Zofia z trudem wygrzebała z szafki resztkę kaszy, ugotowała ostatnie jajko i zaczęła karmić Janusza papką i żółtkiem.

Tak to się toczyło: zamiast karmić dziecko (które zapewne dawno by już miała, gdyby nie targanie ciężkimi wiadrami i sama praca w ogrodzie), karmiła eksmęża, który nawet jej nie doceniał.

Muszę wyjść, przyjechał jarmark z sąsiedniej wsi. Może uda mi się kurę sprzedać albo wymienić na jedzenie.

Janusz, gapiący się w sufit, przełknął ślinę i spytał:

Po co sprzedawać? Ugotuj z niej rosół. Mam dosyć tej kaszy, chciałbym się napić normalnego rosołu.

Zofia, nerwowo skubiąc rąbek swojej jedynej sukienki tej, w której szła na studniówkę i potem za mąż odpowiedziała:

Ja nie potrafię uśmiercić Wolę ją wymienić albo sprzedać. Sąsiedzi wzięli już dwie kury, a ta jest bardzo zżyta ze mną.

Pstra prychnął Janusz Nazwy też nadajesz kurom? Ty to zawsze taka głupiutka…

Zofia spuściła wzrok.

Mówisz, że idziesz na jarmark? zainteresował się nagle Janusz Weź ze sobą kilka moich obrazów i figurek. Może ktoś kupi?

Zofia odwróciła wzrok, próbując wymigać się:

Ty tak o nie dbasz

Mówiłem, bierz! rozkazał.

Wzięła więc dwie gliniane ptasie gwizdki na wzór ludowej ceramiki i wielką świnkę-skarbonkę, z której mąż był dumny.

Wybiegła za próg, mając nadzieję, że Janusz nie zdąży dołożyć kolejnych dzieł, bo na same obrazy wstyd byłby jej nawet patrzeć, nie mówiąc o próbach sprzedaży.

***

Dzień był upalny. Mimo że Zofia miała na sobie lekką sukienkę, spływały po niej poty. Jej i tak już delikatna twarz błyszczała, a grzywka przyklejała się do czoła.

Tego dnia wieś miała święto.

Zofia nie pamiętała, kiedy ostatni raz wybrała się na taką imprezę. Rozglądała się z niedowierzaniem na barwnie ubranych ludzi, szeptających radośnie przy straganach.

Było na co popatrzeć: mnóstwo miodów, kolorowe jedwabne chustki, słodycze dla dzieci; szaszłyki dymiły, zapachy pieściły nozdrza, grała muzyka, wszędzie rozchodził się śmiech.

Zatrzymała się przy jednym ze stoisk. Przytuliła do siebie torbę, w której trzymała kurę, i pogłaskała zwierzę.

Ciężko jej było się z nią rozstać, była z nią szczególnie związana.

Kilka lat temu kupiła kurczaki wyrosły z nich kury i koguty. Jedna z nich uszkodziła łapkę, więc Zofia zabrała ją do domu, by ją podleczyć. Kurka okazała się ciekawska, zabawna skakała za panią i bawiła się z nią.

Z biegiem czasu Pstra stała się ulubienicą. Gdy tylko Zofia wchodziła do kurnika, kura od razu podbiegała, utykając.

A dziś podchodziła do tej całej jarmarcznej przygody z równym zaciekawieniem wyciągała dziób z torby, skubiąc palce Zofii.

***

Starsza sprzedawczyni spojrzała na Zofię:

Może biżuterię sobie wybierz, śliczna. Stal chirurgiczna, srebro, łańcuszki pozłacane.

Nie, dziękuję, chciałam sprzedać kurę dobrą nioskę. Świetne jajka daje odpowiedziała grzecznie Zofia.

Kurę i co ja mam z nią zrobić…

Nagle odezwał się młody mężczyzna, stojący przy stoisku:

Pokaż tę kurę.

Proszę.

Zofia delikatnie podała nioskę nieznajomemu.

Za ile sprzedajesz? Taniej chyba już się nie da…

Zofia poczuła jego uważny wzrok i jeszcze bardziej się zestresowała.

Trochę kuleje, ale poza tym to mocna, zdrowa kura.

Dobrze, kupię ją od ciebie. A te rzeczy to co?

Wskazał na gliniane wytwory w jej rękach.

To tylko figurki i gwizdki.

Młodzieniec obejrzał świnkę i uśmiechnął się dziwnie:

Proszę, rękodzieło.

Tak, ręczna robota. Sprzedam tanio, bardzo potrzebuję pieniędzy.

Kupię wszystko. Lubię osobliwości.

Sprzedawczyni biżuterii zaśmiała się drwiąco:

Po co ci to, Denisku? Zabawki ci się znudziły? Idź do brata na szaszłyki pomóż.

Zofia, biorąc pieniądze, przestraszyła się:

To pan ze stoiska z szaszłykami? W takim razie kury nie sprzedam!

Wyciągnęła rękę po Pstrą, ale Denys był szybszy.

Oddajcie pieniądze! Nie wolno jej na szaszłyki! To nie kurczak rzeźny!

Spokojnie. Dam ją mamie, ona trzyma kury. Nie schrupie jej. Możesz odwiedzać swoją Pstrą. Nie wiedziałem, że kury mają imiona.

***

Zofia wracała już do domu, gdy nagle podjechało auto za kierownicą Denys.

Chwileczkę, chciałem tylko zapytać macie jeszcze figurki z gliny? Kupiłbym, na prezenty drobiazgi czasem są dobre.

Oślepiona słońcem, uśmiechnęła się:

Nie ma problemu! U nas w domu całe mnóstwo takich rzeczy!

***

Janusz, leżący w łóżku, usłyszał głosy i jęknął:

Kto tam, Zosiu? Przynieś mi wody!

Gość na progu rzucił okiem na leżącego Janusza, a potem wbił wzrok w obrazy na ścianach.

Niezwykłe, szepnął. Kto to malował? Pani?

Ja! poderwał się w łóżku Janusz. Nie malował! Malarze to dzieci na chodniku. Prawdziwi artyści tworzą!

Chory podniósł się, oparł na jednej ręce i nie spuszczał oka z gościa.

A co panu do moich obrazów? spytał nieprzyjemnie.

Spodobały mi się, kupiłbym. A te rzeźby? Czyje?

Też moje! krzyknął Janusz, odpychając Zofię, która podawała mu wodę. To ja lepiłem! Wszystko moje!

Odrzucił kołdrę, podniósł się z trudem i pokuśtykał do gościa.

Ma pan oryginalne ujęcie, ocenił nieznajomy, zerkając na Zofię.

Podczas gdy Janusz zachwalał swoje dzieła, gość zerkał na Zofię, zauważając jej rumiane policzki i onieśmielenie.

Epilog

Zofia była bardzo zdziwiona cudownym ozdrowieniem eksmęża.

Okazało się, że Janusz wcale nie był aż tak chory!

Wystarczyło, że pojawił się ktoś, kto zainteresował się jego sztuką, a wszystkie dolegliwości zniknęły.

Tajemniczy gość, Denys, codziennie przyjeżdżał kupować to obrazy, to rzeźby.

Kiedy obrazy się skończyły, zaczął skupować figurki.

Janusz, widząc popyt na swoje wytwory, zabrał się do pracy z nową energią.

Nie wiedział, że tak naprawdę Denysa interesowała tylko Zofia już była żona.

Za każdym razem, gdy wychodził z kolejnym dziełem, Denys długo rozmawiał przy furtce z Zofią.

Z czasem narodziła się między nimi sympatia.

A później… miłość.

W końcu historia znalazła swój finał: Denys zabrał z domu Dudkowskiego to, po co rzeczywiście przychodził jego byłą żonę.

Właśnie o nią mu chodziło.

Po powrotach z rodzinnej wioski Denys wrzucał kupione obrazy do pieca, a gliniane straszydła składał w workach.

Miał przed oczami twarz Zofii.

Upatrzył ją już pierwszego dnia, gdy pojawiła się z kurką i torbą na ramieniu na jarmarku.

Od razu wiedział, że to jego los.

Dowiedział się też, że dziewczynie nie układa się życie z dziwacznym bufonem, który uważa się za wielkiego artystę.

Bardzo źle, a nie miała dokąd odejść.

Przyjeżdżał więc codziennie, skupując kolejne obrazy, by tylko ją zobaczyć. W końcu Zofia zrozumiała wszystko.

***

Janusz nie spodziewał się takiego obrotu spraw.

Denys, wykupujący jego prace, przestał przyjeżdżać, kiedy zabrał Zofię.

Janusz słyszał, że para pobrała się, a on poczuł gorycz, że tak łatwo się dał wykiwać.

Dopiero po czasie dotarło do niego, co stracił.

Dobre żony nie tak łatwo znaleźć, a Zofia była właśnie taką.

Nie od razu się pogodził, że zaprzepaścił największy skarb żonę.

Kto mu teraz ugotuje jajeczną papkę, kto poda szklankę wody? Na kogo zwali dom i obowiązki?

Został sam.

Rate article
Fajna Tajna
Upatrzył sobie cudzą żonę: Opowieść o nieszczęśliwym artyście, cichym życiu na polskiej wsi i kobiecie, która znalazła szczęście u boku innego