Znów wyjęłaś ten serwis? Prosiłem przecież o ten z złotym paskiem, który dostaliśmy od mamy na rocznicę. Wygląda bardziej elegancko skrzywił się Janusz, patrząc na talerz, który Iwona właśnie postawiła na śnieżnobiałym obrusie.
Iwona na moment zamarła z pęczkiem pietruszki w dłoni. Miała ochotę odpowiedzieć, że serwisu z złotym paskiem nie wolno wkładać do zmywarki, a sterczeć nad zlewem o pierwszej w nocy, kiedy goście już dawno pójdą, nie zamierza. Ale się powstrzymała. Dziś były urodziny Janusza pięćdziesiątka, okrągła rocznica i Iwona nie chciała psuć atmosfery już na początku wieczoru.
Jasiu, tamten serwis jest na dwanaście osób, a nas tylko czwórka. Te są głębsze, lepiej się nadają na pieczeń odparła spokojnie, układając gałązki pietruszki na galarecie. Lepiej sprawdź, czy wódka się schłodziła. Zdzisiek z Marią zaraz będą.
Janusz mruknął coś pod nosem i poszedł sprawdzić do lodówki. Iwona spojrzała na jego plecy i westchnęła ciężko. Ostatnie dni żyła na wysokich obrotach praca w księgowości wyciągała z niej wszystkie siły, koniec kwartału, raporty, a do tego przygotowania do urodzin. Janusz stanowczo odmówił imprezy w restauracji. Nikt nie gotuje lepiej od ciebie, Iwono, po co przepłacać za to całe nadęcie?” argumentował.
Miło, gdy mąż docenia twoje gotowanie, ale za tymi pochwałami kryło się zwyczajne oszczędzanie i niechęć patrzenia na ceny w menu. Przez trzy wieczory po pracy Iwona marynowała mięso, gotowała warzywa, piekła blaty do Napoleonki i kręciła rolady z bakłażana, bez których jubilat nie wyobrażał sobie stołu. Nogi bolały, plecy wysiadały, o paznokciach nie było mowy musiała się ratować tylko bezbarwnym lakierem.
Nagle do drzwi zadzwonił dzwonek.
Już idę! krzyknął Janusz, przemieniając się z marudnego w uśmiechniętego gospodarza.
Do przedpokoju wpłynęła Maria innego słowa naprawdę nie było. Żona Zdziska, najlepszego kolegi Janusza, zawsze wyglądała jak z okładki magazynu smukła, zadbana, odziana w beżową sukienkę idealnie podkreślającą figurę. W dłoni trzymała małą torebkę z ekskluzywnego butiku. Zdzisiek maszerował za nią objuczony torbami z upominkami i flaszkami.
Iwonko kochana! Maria ucałowała gospodynię w policzek, zostawiając za sobą woń drogiego zapachu. Cudownie pachnie! Jak ty to robisz, znowu heroiczną akcję w kuchni? Ja bym nie dała rady. Od razu powiedziałam Zdziskowi: chcesz świętować, zabierasz mnie do restauracji. Przy palniku nie staję, mam manicure.
Iwona odruchowo schowała ręce za plecami.
Ktoś w końcu musi dbać o domową atmosferę uśmiechnęła się, pomagając Marii zdjąć płaszcz. Zapraszam, wszystko już na stole.
Biesiada zaczęła się tradycyjnie toast za zdrowie jubilata, prezentowe komentarze (Zdzisiek sprezentował wypasioną wędkę, o której Janusz marzył od miesięcy), żarty, śmiech. Iwona kursowała między kuchnią a salonem, wymieniała talerze, dorzucała przekąski, pilnowała, by kieliszki były pełne. Sama zdążyła zjeść tylko łyżkę sałatki jarzynowej i kawałek sera.
Janusz po pierwszym kieliszku rozluźnił się całkowicie. Oparł się oparciu fotela i spojrzał zachwycony na Marię, która z gracją, widelczykiem, degustowała rybę.
Mario, jak zawsze zachwycająco rzucił na cały głos. Patrzę na ciebie i myślę: czarodziejka! Jesz, a nie tyjesz. I ta sukienka od razu widać, kobieta wie, jak o siebie zadbać.
Maria kokieteryjnie poprawiła lok.
Oj, Jasiu, daj spokój. Po prostu dyscyplina siłownia trzy razy w tygodniu, żadnych węglowodanów po szóstej. No i pielęgnacja. Ostatnio odkryłam taki krem do twarzy istne cudo.
Widziałaś, Iwona? Janusz podniósł palec jakby głosił prawdy objawione. Dyscyplina! Słyszysz, Iwona? Dyscyplina! A ty tylko: zmęczona, nie mam czasu. Maria też przecież pracuje, a wygląda jak nastolatka.
Iwona właśnie wnosiła ogromną pieczeń z śliwką, zatrzymała się w pół drogi. Pracowała jako główna księgowa w dużej firmie, prowadziła dom, działkę, jeszcze pomagała wnukom przy lekcjach, gdy synowa podrzucała dzieci. Maria pracowała w salonie kosmetycznym, grafik miała dwa na dwa, bez dzieci.
Jasiu, nie porównujmy odezwała się łagodnie, by nie robić awantury przy gościach. Każdy żyje w swoim tempie. Spróbuj pieczeni, zrobiłam ją według nowego przepisu ze śliwką.
Ale Janusza już poniosło. Alkohol rozwiązał język, wyszły dawne żale, a raczej męskie przechwałki.
E tam pieczeń! machnął ręką, nakładając sobie solidny kawał mięsa. Jedzenie jest jedzeniem. Liczy się estetyka… Zdzisiek, szczęściarz z ciebie! Wracasz do domu, a tam nie kucharka w kitlu, a nimfa. Miło popatrzeć, dusza się raduje. A u nas? Tylko te garnki, wieczny zapach smażonej cebuli. Mówię Iwonie: idź na siłownię, zapisz się gdzieś. A ona: plecy bolą, nadciśnienie. Wymówki zwykłe lenistwo!
Zdzisiek zrobił się spięty i próbował zmienić temat:
Jasiek, nie przesadzaj. Iwona to złota gospodyni, jej pieczeń palce lizać! Moja Marysia nie umie nawet porządnie grochu ugotować, ciągle tylko gotowce albo zamawiamy.
Właśnie! podchwyciła Maria, chcąc złagodzić sytuację, ale wyszło jeszcze gorzej. Gotować nie lubię, przyznaję. Wolę mieć czas dla siebie. Facet musi mieć na kogo patrzeć prawda, Jasiu?
Janusz uśmiechnął się szeroko, patrząc maślanie na żonę przyjaciela.
Święte słowa! Oczy kochają! A tu spojrzysz… wskazał na Iwonę, która usiadła naprzeciwko z rękami złożonymi na kolanach No, niby sukienka, fryzura, ale ciągle taki… zmęczony wygląd. Tak ciotkowato. Marysi oczy świecą, energia, życie. Ty za to tylko widzisz wyprzedaże w Biedronce.
Zapadło niezręczne milczenie. Zdzisiek zapatrzył się w talerz, Maria ściskała nerwowo serwetkę. Iwona poczuła, że właśnie dostała w twarz. Przypomniała sobie, jak wczoraj Janusz marudził, że nie ma uprasowanej koszuli, i jak prasowała mu tę błękitną, w której teraz siedział i ją poniewierał. Przypomniała, jak oszczędziła na kosmetyczce, by dokładać mu do tej cholernej wędki, co kolega dokupił do prezentu.
Jasiu, wystarczy powiedziała cicho, ale stanowczo. Przesadzasz.
Nie przesadzam! wybuchł Janusz. Mówię tylko prawdę! Przyjaciel poznaje się w biedzie, żona w porównaniu. Ja porównuję i wybacz, wypadłaś marnie. Czemu Zdzisiek może się żoną pochwalić, a ja się wstydzę? Patrz na siebie, Iwona! Rozlazłaś się, zmarszczki… A przecież jesteście rówieśniczkami!
Nie jesteśmy, Jasiu poprawiła go lodowatym tonem. Maria ma trzydzieści osiem lat, ja czterdzieści osiem. I nie taszczy siatek z zakupami na czwarte piętro, kiedy winda nie działa, bo ty leżysz na kanapie.
I znów zaczyna się wywrócił oczami Janusz. Ja pracuję! Ja pieniądze do domu przynoszę! Mam prawo wymagać, by żona pasowała do statusu! A ty… Kura domowa! Tylko sałatki kroisz. Nawet tej wigilijnej nie potrafisz zrobić dobrze u Marii próbowałem, lekka, puszysta. U ciebie majonezowa papa. Jak i ty.
To była ostatnia kropla. W Iwonie coś pękło. To bezgraniczne cierpliwość, na której opierało się ich małżeństwo przez dwadzieścia pięć lat, wyparowała, zostawiając chłodną pustkę i gniew.
Wstała powoli. Janusz, nie zauważając zmiany w jej twarzy, mówił dalej do Zdziśka:
No powiedz mi Zdzisiek, nie mam racji? Kobieta ma uskrzydlać! A ja wracam i mam tylko nudę: szlafrok, kapcie, rosół. Znużenie śmiertelne…
Iwona sięgnęła po głęboką salaterkę z Śledziem pod pierzynką. Świeża, mocno przełożona majonezem, z warstwą buraków i dekoracją. Ponad kilogram, nie mniej.
Obeszła stół, stanęła przy Januszu. W końcu przerwał wywód i spojrzał z prowokacją:
Czemu stoisz? Soli zabrakło? Żałujesz majonezu?
Nie, Jasiu odpowiedziała spokojnie. Wszystko jest. Ale wiesz, masz rację tylko sałatki kroić potrafię. Skoro tak ci brakuje lekkości i estetyki, to może właśnie ta sałatka jest ci najbardziej potrzebna.
Odwróciła naczynie.
Czas zwolnił. Zdzisiek otworzył usta w niemy sprzeciwie, Maria pisnęła, zasłaniając twarz dłonią. Bordowa masa z majonezem sunęła powoli, nieubłaganie, lądując prosto na kolana Janusza, na nowe, jasne spodnie, specjalnie na urodziny.
*Plask.*
Dźwięk był wilgotny i soczysty. Majonez rozlał się po nogawkach, buraki wsiąkły w materiał, śledź ozdobił rozporek.
Sekunda grobowej ciszy. Janusz patrzył na kolana, z niedowierzaniem. Sok z buraków rozlewał się, zamieniając spodnie w obraz szalonego malarza.
Coś ty narobiła?! ryknął, zrywając się. Sałatka spadła na podłogę, dywan, buty. Oszalałaś?! Przecież to nowe spodnie! Wariatka!
Iwona odłożyła puste naczynie na stół.
Smacznego, Jasiu. Pożywna, domowa. Bez chemii, wszystko własnoręcznie.
Ja ci pokażę! Janusz zamachnął się, ale Zdzisiek wstał i złapał go za ramię.
Uspokój się, Jasiu! Sam sprowokowałeś!
Ja sprowokowałem?! Ja?! wrzeszczał Janusz, trzęsąc się w majonezowych spodniach. Prawda bolała, to rzuciła mi papę na kolana! Sprzątaj! Natychmiast! Pełzaj i sprzątaj!
Maria blada jak ściana, przycisnęła się do oparcia. Wieczór stracił urok.
Iwona spojrzała z pogardą na miotającego się męża.
Sam sobie posprzątasz. Albo zamów ekipę sprzątającą. Stać cię, przecież jesteś panem. Ja idę. Zamierzam zająć się sobą. Jak mówiłeś inspirować się.
Wyszła z pokoju. W przedpokoju spokojnie założyła płaszcz, wzięła torebkę. Dochodziły krzyki Janusza i mamrotanie Zdziśka.
Iwona, dokąd idziesz? Maria wybiegła na korytarz, trzepocząc rzęsami. Iwona, nie odchodź, on pijany, nie chciał…
Chciał, Mario odparła, patrząc na rywalkę bez złości, tylko z politowaniem. Zawsze tak myślał, tylko na trzeźwo milczał. Dziękuję ci. Otworzyłaś mi oczy.
Wyszła w chłodną jesienną noc. Nie miała dokąd pójść, ale wracać tam nie zamierzała. Usiadła na ławce przy wejściu, wyciągnęła telefon i zamówiła taksówkę. Do mamy postanowiła. Mama nie żyła już dwa lata, ale mieszkanie stało puste, nie mogła się odważyć go wynająć. Teraz się przydało.
Janusz dzwonił potem kilkanaście razy wieczorem. Najpierw, żeby wykrzyczeć, potem kiedy wytrzeźwiał. Iwona nie odbierała. W nocnym sklepie kupiła wino i czekoladę, pojechała do mieszkania po mamie, gdzie pachniało kurzem i starymi książkami, i pierwszy raz od lat po prostu legła na kanapie, nie myśląc o praniu czy śniadaniu.
Następne dwa tygodnie stały się dla Janusza piekłem.
Iwona nie wróciła na drugi dzień. Ani trzeci. Mieszkała u mamy, chodziła do pracy i wieczorami… Zapisała się na masaż. Ten sam, na który szkoda jej było pieniędzy przez trzy lata.
Janusz został sam w mieszkaniu, w którym jedzenie nie pojawiało się w lodówce samo, a skarpety nie wpadały do pralki i nie wskakiwały czyste do szuflady.
Trzy dni trzymał fason jadł pierogi ze sklepu i chodził w jeansach (spodni sam nie wyprał, pralnia nie dawała gwarancji). W rozmowach z Zdziśkiem narzekał na Iwonę:
Wróci, zobaczysz. Gdzie pójdzie, kto ją zechce w pięćdziesiątce? Wypłacze się i wróci. A ja się jeszcze zastanowię, czy wybaczać.
Czwartego dnia skończyły się czyste koszule. Prasować nie umiał i nie znosił. Piątego dnia po pierogach z marketu rozbolał go żołądek. Szóstego w łazience zabrakło papieru, a nie kupił.
Mieszkanie zarastało brudem. Plama na dywanie, którą przetarł mokrą ścierką, zaczęła cuchnąć kwaśnym majonezem i rybą. Urok domowego ciepła, który brał za coś oczywistego, rozpadł się w oczach.
A Iwona… Iwona rozkwitła. Przestała taszczyć siaty gotowała tylko dla siebie, a jadła mało. Zaczęła spać porządnie. Koleżanki w pracy zauważyły:
Iwona, zakochałaś się? Oczy takie żywe!
Zakochałam się, dziewczyny odpowiadała. W sobie. W końcu w sobie.
Po dwóch tygodniach Janusz czaił się pod jej pracą. Wyglądał marnie: pognieciona koszula, zarost, zmęczone oczy. W rękach trzy goździki w folii.
Iwona… zaczął niepewnie.
Spojrzała na niego spokojnie, bez pośpiechu.
Czego chcesz, Jasiu?
Iwona, dosyć już tej zabawy. Wracaj. Trzeba kwiatki podlać. I kot znudzony.
Kota nie mieli.
Nie wrócę, Jasiek powiedziała. Złożyłam pozew. Niedługo dostaniesz wezwanie.
Janusz zdębiał.
Pozew? Rozwód?! Przecież to z powodu jakiejś sałatki?! Kilku słów? Przeżyliśmy razem dwadzieścia pięć lat!
Właśnie. Przez dwadzieścia pięć lat byłam twoją funkcją kucharką, sprzątaczką, prasowaczką. Nigdy człowiekiem. Chciałeś wróżki szukaj wróżki. Może Maria? Chociaż Zdzisiek cię udusi. Szukaj innej co będzie pachniała perfumami i skakała wokół. Tylko pamiętaj wróżki nie czyścią łazienki i nie gotują zupy.
Iwona, proszę! jęczał, łapiąc ją za rękaw. Ludzie się oglądali. Głupi byłem, gadałem bez pomyślunku! Diabeł mnie podkusił! Kupie ci futro! Albo ten karnet na siłownię!
Iwona parsknęła śmiechem, gorzkim, a wesołym.
Karnet na siłownię, żebym była jak Maria i nie wstydził się mnie pokazać? Nie, Jasiek. Już chodzę. Dla siebie. I futro sama sobie kupię, mam za co, jak przestanę dotować twoje zachcianki, wędki i delikatesy dla kolegów.
Ale ja? zająknął się. Co ze mną? Zginę! Nie wiem nawet jak włączyć pralkę, tam tyle guzików!
Instrukcja jest w internecie. Albo zatrudnij panią do sprzątania. Ja rezygnuję z funkcji twojej żony. Bez odprawy.
Wyrwała rękaw i poszła do metra. Plecy proste, krok lekki.
Janusz długo stał na chodniku, ściskając więdnące goździki. Przypomniał sobie tamten wieczór: pieczeń, ciepłe światło i ten moment, gdy sałatka powoli spływała mu po nogach.
Głupia szepnął, ale nie był pewny. Jaka głupia…
Chociaż, wróciwszy do pustego, śmierdzącego mieszkania, wśród góry brudnych naczyń, głupim poczuł się on. Wykręcił numer Zdziśka.
Zdzisiek, wpadnę do ciebie na obiad?
Sorry, stary głos przyjaciela był spięty. Pokłóciliśmy się z Marysią. Powiedziałem, że mogłaby raz pierogi ulepić, a ona się wydarła, że robię z niej kucharkę. U Janusza Iwona gotowała, i jak się skończyło? Sałatką na spodniach. Ja wolę nie.” Sam jem zupki chińskie.
Janusz rozłączył się, spojrzał na dywan. Plama przypominała kształtem serce. Brudne, rozdarte, buraczane serce.
Minęło pół roku.
Iwona i Janusz rozwiedli się spokojnie. Dzieci, już dorośli, próbowały ich godzić, ale widząc promienną matkę i wiecznie niezadowolonego ojca, stanęły po stronie Iwony.
Janusz nigdy nie nauczył się porządnie gotować. Schudł, poszarzał, nosił koszule prasowane w pralni drogo, ale musiał. Próbował spotykać się z kobietami, ale wszystkie były nie takie. Jedna nie potrafiła zrobić kotletów, druga codziennie żądała restauracji, trzecia od razu pytała o wypłatę i kręciła nosem.
A Iwona świętowała czterdzieste dziewiąte urodziny w urokliwej kawiarence z koleżankami. Miała nową sukienkę, nową fryzurę.
Iwona, żałujesz? spytała przyjaciółka. Tyle lat razem.
Żałuję odparła szczerze. Żałuję, że nie wylałam mu tej sałatki na głowę dziesięć lat wcześniej. Ile lat marnowałam, chcąc być idealna dla kogoś, kto nigdy tego nie doceniał.
Spojrzała przez okno. Tam na wiosennej ulicy szły pary szczęśliwe i mniej szczęśliwe. Ale ona już wiedziała: jej szczęście zależy nie od tego, jak cienko pokroi kiełbasę do sałatki i ile komplementów dostanie inna kobieta. Jej szczęście jest w jej własnych rękach. I te ręce nie pachną już cebulą. Pachną wolnością i dobrym kremem.
A sałatkę? Teraz kupuje ją w delikatesach. Sosem majonezowym jak najwięcej, kiedy sama ma na to ochotę.



