Opiekunka dla żony
Co proszę? Elżbieta była przekonana, że się przesłyszała. Mam się gdzieś wyprowadzić? Dlaczego? Po co?
Oj, tylko bez scen, dobrze? skrzywił się on. Co tu nie rozumieć? Nie ma już kogo pilnować. A gdzie pójdziesz, nie interesuje mnie to.
Edek, ale… Przecież mieliśmy się pobrać…
To tylko ty sobie wymyśliłaś. Ja niczego takiego nie zaplanowałem.
W wieku trzydziestu dwóch lat Elżbieta postanowiła całkiem odmienić swoje życie i opuścić rodzinne miasteczko. Co ją tam jeszcze trzymało? Słuchać ciągłych narzekań matki? Ta nie dawała jej spokoju po rozwodzie, zarzucała jej, że nie potrafiła zatrzymać przy sobie męża. A Wojtek… Słów szkoda. Alkoholik i ladaco! Jak ona się w ogóle dała namówić osiem lat temu na ślub z nim? Po rozwodzie odetchnęła. Lekko, jakby powietrze było świeższe. Ale z matką kłóciły się przez to nieustannie, a i o pieniądze wiecznie było nie dość.
Dlatego Elżbieta zdecydowała jedzie do Krakowa, tam z pewnością ją szczęście znajdzie! Przecież jej dobra koleżanka z podstawówki, Renata, już od pięciu lat mężatka, żyje w dostatku u boku wdowca. No i co z tego, że starszy od niej szesnaście lat, a uroda mu już mocno poszarzała? Ma własne mieszkanie i niezłe oszczędności.
Elżbieta nie była wcale od Renaty gorsza!
No, wreszcie ożyłaś! zachwyciła się Renata. Pakuj się szybko, na początek możesz zatrzymać się u nas, a z pracą coś się wymyśli.
A twój Janusz nie będzie miał nic przeciwko?
Żartujesz? Janusz zawsze robi, co mu powiem! Spokojnie, damy radę!
I rzeczywiście, Elżbieta nie zabawiła długo u koleżanki. Na początku pomieszkała ze dwa tygodnie, do pierwszej wypłaty, potem wynajęła pokój. Lecz los uśmiechnął się do niej szybciej, niż się spodziewała.
Taka kobieta powinna gdzie indziej pracować, a nie marznąć na straganie powiedział z troską stały klient, Edward Borkowski. Elżbieta wszystkich stałych już po imieniu znała. Zimno tu, głodno, a i po ludziach różnie…
A co robić? wzruszyła ramionami. Jakoś zarabiać trzeba.
Puściła do niego oko:
Chyba, że masz dla mnie jakąś propozycję?
Edward Borkowski nie wyglądał raczej na obiekt marzeń Elżbiety o dwadzieścia lat starszy, lekko nalany, z początkiem łysiny, spojrzenie przenikliwe, zimne. Zawsze precyzyjnie wybierał warzywa i płacił co do grosza. Dobrze ubrany, samochodem przyjeżdżał nie żaden menel czy pijak. Ale miał obrączkę, więc jako mężowi Elżbieta podziękowała w myślach.
Widzę, że jesteś porządną i sumienną kobietą Edward Borkowski od razu przestawił się na ty. Opiekowałaś się kiedyś kimś chorym?
Bywało. Sąsiadkę kiedyś doglądałam. Złapała udar, a córki za granicą nie było komu się zajmować. To ja się zgodziłam.
Doskonale! ucieszył się Edward, lecz zaraz przybrał żałosną minę. Moja żona, Teresa, też po udarze. Lekarze niewiele dają szans. Wziąłem ją do domu, ale nie mam czasu się nią opiekować. Pomożesz? Zapłacę, ile trzeba.
Elżbieta nie zastanawiała się długo przecież o wiele lepiej w ogrzewanym mieszkaniu wynosić nocnik niż marznąć dziesięć godzin na ryneczku i znosić kaprysy klientów! Dodatkowo, Edward zaproponował, żeby zamieszkała u nich, więc nie płaciła już za pokój.
Mają trzy pokoje osobne! Mógłbyś tam w piłkę grać! zachwycała się Elżbieta, relacjonując koleżance. Dzieci żadnych.
Matka Teresy też oryginał. Sześćdziesiąt osiem lat, ale maluje się, pazury czerwone. Ledwo nowego męża złapała, już cała jego. Świat domem się nie zajmuje.
Ta Teresa bardzo chora?
Oj, no… Leży jak kłoda, tylko pomrukuje. Raczej już nie wróci do siebie.
Renata spojrzała jej w twarz z dziwnym przekąsem:
A ty się z tego cieszysz, co?
Nie, jasne, że nie odwróciła wzrok Elżbieta ale jeśli kiedyś Edward zostanie sam…
Ty już rozum całkiem straciłaś? Chcesz śmierci komuś przez mieszkanie?
Ja nikomu nic złego nie życzę! Po prostu nie przegapię swojej szansy. Tobie łatwo mówić całe życie w czekoladzie!
Tak się pokłóciły, że Elżbieta przez pół roku nie odzywała się do Renaty, aż musiała jej się wygadać: z Edwardem wiążą ją już nie tylko sprawy zawodowe.
Kochali się do nieprzytomności, ale przecież żony nie zostawi taki typ. Więc zostali konkubentami.
Czyli co? Tutaj się całujecie, a żona w pokoju obok kona? oburzała się Renata. Wiesz, że to wstrętne? I jesteś pewna, że on naprawdę taki bogaty?
Nigdy nie słyszę od ciebie dobrego słowa! fuknęła Elżbieta i urwała kontakt. Bo czy była winna? Może trochę, ale życie to nie kawiarnia.
Za Teresą troskliwie się opiekowała, a gdy z Edwardem zaczęła być coraz bliżej, przejęła całe gospodarstwo: gotowanie, pranie, sprzątanie żeby mężczyzna miał czysto i smacznie.
Uznała, że jest zadowolony ona również. Nawet przestała zauważać, że Edward przestał jej płacić za opiekę. Ale jakie wynagrodzenie, skoro już prawie są małżeństwem?
Gospodyni dawał jej na zakupy i drobiazgi, a Elżbieta tak gospodarowała, by jakoś się zmieścić. Cóż, pensję szef zmieniarnianej miał dużą, ale po ślubie wszystko się wyrówna.
Z czasem namiętność przygasła, coraz mniej chętnie Edward wracał do domu, lecz Elżbieta zwalała to na zmęczenie żoną.
Nie wiedziała, czym on się męczy, bo raz dziennie do chorej zajrzał i tyle, ale żal jej go było.
I choć śmierć Teresy była przewidywana, Elżbieta i tak zapłakała. Przez półtora roku troszczyła się o tę chorą kobietę nikt jej tego czasu nie odda. Pogrzebem zajęła się sama; Edward nie był w stanie z żalu. Dał trochę pieniędzy, ale wszystko załatwiła godnie. Nawet sąsiadki, co patrzyły krzywo na ich związek, przy pogrzebie kiwały głowami z uznaniem a już teściowa też była zadowolona.
Nikt nie spodziewał się, co stanie się potem.
Rozumiesz chyba, że już nie potrzebuję twojej pomocy. Masz tydzień, żeby się wyprowadzić powiedział Edward dziesiątego dnia po pogrzebie, bez krzty ciepła.
Słucham? Elżbiecie aż w uszach zaszumiało. Gdzie? Dlaczego? Po co?
Oszczędź mi tych wybuchów! skrzywił się jeszcze bardziej. Nie ma już chorej, nie ma dla kogo pracować. Co zrobisz, nie mój problem.
Edek, my mieliśmy się przecież pobrać…
Wymyśliłaś to sobie. Ja niczego takiego nie mówiłem.
Następnego ranka, po nieprzespanej nocy, Elżbieta próbowała jeszcze raz porozmawiać, ale Edward powtórzył wszystko słowo w słowo i poprosił, by się pospieszyła z wyprowadzką.
Moja narzeczona chce tu przed ślubem remont zrobić wypalił Edek.
Narzeczona? Kto to?
Nie twój interes.
Nie? W takim razie chcę pieniądze za swoją pracę! O, tak! I nie patrz na mnie tak.
Obiecałeś mi czterdzieści tysięcy złotych miesięcznie. Tyle dostałam tylko dwa razy. W sumie jesteś mi winien sześćset czterdzieści tysięcy.
Ale szybko liczysz! uśmiechnął się cynicznie.
A jeszcze za sprzątanie i gotowanie. No dobra, niech już będzie milion, a rozstaniemy się jak statki na morzu!
I co? Pójdziesz do sądu? Nie masz nawet umowy.
Powiem Grażynie (mamie Teresy), przecież to jej jest mieszkanie.
Uwierzy a wtedy i pracy możesz się pożegnać. Znaj sama swoją teściową.
Edward pobladł, lecz zaraz odzyskał spokój.
Kto ci uwierzy? Straszy mnie tu. Wynoś się choćby zaraz, nie chcę cię widzieć.
Daję ci trzy dni, kochany… Nie będzie miliona będzie awantura.
Zebrała rzeczy i poszła do hostelu. Trochę pieniędzy na życie zostało.
Czwartego dnia, mimo że nie doczekała się odpowiedzi, pojawiła się w mieszkaniu. Przypadkiem była tam też Grażyna.
Wystarczyło spojrzenie Edwarda, by wiedziała, że nic nie dostanie. Opowiedziała wszystko jego teściowej.
Bredzi coś! Nie wierz jej! krzyknął wdowiec.
Grażyna spojrzała na niego ostrym wzrokiem.
Słyszałam już pogłoski, ale nie chciałam wierzyć powiedziała cicho. Teraz wszystko jasne. Tobie także, zięciu? Jeszcze nie zapomniałeś, czyja to jest własność?
Edward zastygł.
Żeby cię tu nie było za trzy dni. A nawet wcześniej.
Grażyna ruszyła do drzwi, zatrzymała się przy Elżbiecie.
A ty co? Myślisz, że medal dostaniesz? Wyjdź stąd!
Elżbieta wybiegła, jakby spotkała biesy. O pieniądzach mogła zapomnieć. Pozostało wrócić na rynek tam zawsze znajdzie się praca…



