Jagoda wchodzi do mojego mieszkania bez zaproszenia i rozkłada jej rzeczy w przedpokoju.
Czyje to są kozaki w przedpokoju? Z leopardowym nadrukiem? Gości nie mieliśmy mówi Irena, zatrzymując się w progu własnego mieszkania, trzymając w rękach ciężkie torby z zakupami.
Łukasz, jej mąż, wychodzi z salonu, winny się i drapie szyję. Wygląda jak nastolatek, który rozbił mamie ulubioną wazon i teraz szuka sposobu, żeby ukryć odpryski pod dywanem.
Irenko, nie martw się zaczyna, a wzdłuż kręgosłupa Ireny przebiega dreszcz. Zwykle po takich słowach następuje informacja o porysowanym zderzaku albo nagłej wizycie teściowej. Mamy małe zmartwienie Jagoda przyjechała.
W gości? pyta Irena, idąc do kuchni i wyładowując mleko i warzywa. Dziwnie, że bez telefonu. I dlaczego tyle kozaki? Są trzy pary.
No nie do końca w gości głos Łukasza przycichł, drżąc przy lodówce. Pokłóciła się z Witkiem. Na dobre. On ją wyrzucił, wyobrażasz? Powiedział, że pakuje się i odchodzi. A jej nie ma dokąd pójść. Mama nasza, wiesz, mieszka w jednopokojówce z tatą i kotem, tam się nie rozpakujesz. Dlatego poprosiła nas o nocleg. Na pierwsze tygodnie.
Irena powoli kładzie torbę z kaszą na stole i odwraca się do męża.
Na jakie pierwsze tygodnie, Łukaszu? I dlaczego dowiaduję się o tym dopiero, gdy leopardowe kozaki już okupują mój dywan?
Irenko, nie podnoś głosu. Dzwoniła w dzień, a ty byłaś na spotkaniu i nie odebrałaś. Płakała na dworze z walizkami. Co mam, siostrę na dworzec wysyłać? Zostanie tu tydzieńdwa, znajdzie mieszkanie albo pogodzi się z Witkiem i wyjedzie. Nie będzie nam przeszkadzać.
W tym momencie z łazienki otwierając drzwi stopą wyłania się Marzena. Ma na sobie biały, frotowany szlafrok Ireny ten sam, który nosiła tylko przy wyjątkowych okazjach po relaksującej kąpieli. Na głowie ma zwiniętą z ręcznika chustkę, a w ręku trzyma kanapkę z kiełbasą, odgryzając z niej wielkie kawałki.
O, Irka przyszedł! mamrocze z pełną buzią. Słuchaj, skończyła się twoja odżywka do włosów, ostatnią kroplę wycisnęłam. Kup jutro, bo moje włosy po stresie szaleją.
Irena spogląda na szlafrok, na okruchy padające na podłogę i na zarozumiałą, okrągłą twarz Marzeny i rozumie: cicha egzystencja się skończyła.
Zdejmij szlafrok mówi lodowatym tonem.
No co ty, żałujesz? Moje rzeczy w walizce są pomięte, nie chce mi się wyciągać wzrusza ramionami Marzena i zsuwa się na sofę w salonie, chwytając pilot od telewizora. Łukaszu, zrób herbatę z cytryną, bo mam gardło wysuszone od nerwów.
Wieczór mija w napiętej ciszy Ireny i nieprzerwanym monologu Marzeny. Opowiada, jak Witek to łajdak, jak nie docenił jej najlepszych lat i jak zamierza rozpocząć nowe życie. Nowe życie zaczyna od zjedzenia wszystkich kotletów, które Irena przygotowała na dwa dni, i zajęcia łazienki półtorej godziny, zamieniając ją w prawdziwą saunę.
Kiedy w końcu kładą się spać, Irena szczypie męża:
Łukaszu, to nie do przyjęcia. Dlaczego ona w moim szlafroku? Dlaczego dyktuje? Tydzień to maksimum. Słyszysz?
Irenko, wytrzymaj. Ma smutek, dramat osobisty. Zaraz się uspokoi i wszystko się ułoży. Bądź łagodniejsza, to moja siostra.
Następnego ranka Irena wcześnie wychodzi do pracy. Jest główną księgową, a w tym okresie raporty wirują jak szalone. Cały dzień marzy o powrocie do domu, prysznicu i spokojnym czytaniu książki.
Jednak marzenia łamią się, gdy otwiera drzwi kluczem.
W mieszkaniu dudni muzyka popowa, tak głośna, że drżą szyby. W przedpokoju unosi się zapach lakieru do paznokci i czegoś przypalonego.
Irena podchodzi do kuchni. Na patelni czernieją kawałki, które kiedyś były kartoflami. Marzeny nie ma w kuchni jest w salonie. Znalazła się na podłodze, rozkładając na stoliku cały arsenał kosmetyków oczywiście Ireny. Maluje paznokcie u nóg krwistoczerwonym lakierem, kładąc stopę prosto na tapicerce kanapy.
Marzena! wyłącza muzykę. Co się tu dzieje?
Ojej, przestraszyłam! szczerzy się Marzena, a pędzel z lakierem rozpryskuje się po jasnym welurowym fotelu. Irka, co ty tu siedzisz? Teraz mam plamę.
Irena patrzy na czerwoną smugę na ulubionej kanapie i w oczach zaczyna się mrozić.
Wzięłaś moją kosmetyczkę?
Musiałam się ogarnąć. Wieczorem idę na randkę. Trzeba wyciągać wymiary, rozumiem. A kartofle nie spłonęły? Zupełnie zapomniałam.
Prawie spaliłaś kuchnię! I zdejmij nogi z kanapy! Masz własne lakiery, kremy?
Są w walizce macha Marzena. Tam szukać długo. Masz może normalne rajstopy? Moje mają pożółknięcia. Widziałam w komodzie paczkę Odzież Plus, czterdzieści dni. Pożyczyłabyś?
Nie odcina Irena. Nie pożyczę. I kosmetyki odłóż na miejsce i umyj patelnię.
Co za drobiazg grymasi Marzena. Leczby rajstopy dla krewnych. Powiem Łukaszowi, jaka jesteś skąpa.
Kiedy Łukasz wraca z pracy, Marzena wita go z przygnębioną miną.
Łukaszu, chyba położę się na dworcu na noc. Twoja żona mnie pożera, krzyczy, paznokcie rzuca. Czuję się tu zbędna, jak uboga krewną.
Łukasz, zmęczony po zmianie, patrzy na żonę z ubolewaniem.
Irenko, znowu się nie podzieliliśmy?
Ona zniszczyła kanapę, Łukaszu. I prawie spowodowała pożar. Zabiera moje rzeczy bez pytania.
Niech to będzie wypadek! krzyczy Marzena. A ona krzyczy, jakby była służącą!
Dobra, dziewczyny, nie kłóćcie się. Marz, kupię ci rajstopy, uspokój się. Iren, wypierzemy plamę, zadzwonimy po pranie chemiczne. Żyjmy w zgodzie.
W zgodzie nie udawało się. Dni mijały, a mieszkanie Ireny zamieniało się w chaos. Marzena nie sprzątała po sobie naczynia, zostawiając góry brudnych talerzy w zlewie i pod kanapą. W łazience wieszła swoją bieliznę na suszarce, mimo że była suszarka.
Irena próbowała rozmawiać, stawiać granice.
Marzena, u nas obowiązuje mycie naczyń od razu po posiłku.
Och, później, wleję je w wannę.
Nie włączaj telewizora na pełną głośność po jedenastej, wstajemy wcześnie.
Nie mogę w słuchawkach, boli uszy. Poza tym mam bezsenność od depresji.
Najgorsze było to, że Łukasz, jej łagodny i dobry mąż, pod wpływem siostry zaczyna się zmieniać. Marzena wlewała mu do głowy, kiedy Ireny nie było.
Ty, bracie, łobuzie mówiła, mieszając herbatę łyżeczką Ireny. Ona cię kręci jak chce. Pensję zabiera, przyjaciół nie wpuszcza. Witek mój jest kozłem, ale mężczyzną, który potrafi uderzyć pięścią w stół. Ty ech.
Łukasz zaczyna się sprzeczać.
Iro, po co nie ugotowałaś kolacji? Marzena jest cały dzień w domu, głodna, a w lodówce tylko wczorajsza zupa.
Marzena jest dorosła, ma ręce, mogłaby sama ugotować i nas nakarmić, bo nie pracuje kontruje Irena.
Ona gość! I ma stres!
Goście nie mieszkają miesiącami i nie dyktują gospodyni, co ma robić.
Trzy tygodnie mijają. Irena czuje się wyciśnięta jak cytryna. Nie chce wracać do domu. Zatrzymuje się w pracy, spaceruje po parku, tylko po to, by odłożyć spotkanie z kochanką zewnątrz.
Rozwiązanie następuje w piątek.
Irenie przyznają dzień wolny za nadgodziny, więc planuje generalne sprzątanie, dopóki Marzena nie będzie w domu ta mówi, że idzie na rozmowę kwalifikacyjną (choć Irena podejrzewa, że to w centrum handlowym).
Irena wraca do mieszkania o pierwszej po południu. Drzwi nie są zamknięte. Dziwnie. Cicho wchodzi do przedpokoju i widzi męskie buty. Ogromne, brudne, rozmiar 45.
Z sypialni dochodzi przytłumiony śmiech i muzyka.
Irena podchodzi do drzwi sypialni i otwiera je szeroko.
Na małżonkowej pościeli, prosto na kołdrze, leży Marzena w koronkowej koszuli nocnej (oczywiście Ireny, podarowanej przez Łukasza na rocznicę) i jakiś nieznany mężczyzna z tatuażem na ramieniu. Wokół stoją butelki piwa, pudełko po pizzy leży na stoliku nocnym, obok zdjęcie ich ślubu.
Ojej! wstaje facet, zasłaniając się kołdrą. Gospodyni przyszła.
Marzena, niewzruszona, sięga po poduszkę.
Irka? Co ty tak wcześnie? Oglądamy film. Poznaj Stasza.
Irena czuje, jak coś w środku pęka. Klik, jak przepalona żarówka. Gniew, który zbierała trzy tygodnie, zamienia się w lodowate spokój.
Wynoście mówi cicho.
Co? pyta Staszek.
Stąd. Wy dwaj. Macie dwie minuty, by się ubrać i opuścić mieszkanie. Inaczej dzwonię na policję.
Iro, czemu szalejesz? zaczyna Marzena, zsuwa się z łóżka. Po prostu odpoczywamy. Stasza pomogłem z CV
Powiedziałam: wynoście! głos Ireny przeskakuje w krzyk, który drży nawet tatuażowanego Stasza. Wpuściłaś obcego do mojej sypialni? Założyłaś moje bielisko? Jedziesz pizzę na mojej pościeli?
Co za babka! syczy Marzena, zakładając dżinsy. Zmyjesz, nie rozpadniesz się. Staszu, tu duszno.
Gdy drzwi za Staszem się zamkną, Marzena próbuje wrócić do salonu, jakby nic się nie stało.
Słuchaj, zrujnowałaś mój hype. Normalny facet…
Irena milczy, bierze duże worki na śmieci i wraca do pokoju, gdzie Marzena zajmuje kanapę.
Wstań.
Po co?
Pakuję twoje rzeczy. Wyjeżdżasz. Teraz.
Nie masz prawa! To też mieszkanie mojego brata! On mnie zaprosił! Nie wyjdę, dopóki Łukasz nie przyjdzie!
Irena nie dyskutuje. Otwiera szafę w przedpokoju, gdzie Marzena rozkłada swoje rzeczy, przesuwając ubrania właścicieli, i zaczyna metodycznie wkładać wszystko do worków: swetry, dżinsy, leopardową sukienkę, brudne skarpety, leżące pod fotelem.
Hej! Co robisz? To kaszmirowe! Nie zniszczysz! wykrzykuje Marzena, biegając wokół Ireny i próbując wyciągnąć rzeczy.
Irena ma siłę. Adrenalina dodaje jej energii. W pięć minut pakuje cały bałagan siostry w trzy ogromne czarne torby. Walizka Marzeny stoi otwarta w rogu do niej wpada kosmetyka, buty i ładowarki.
Jesteś chora! Psychopata! Zadzwonię Łukaszowi! chwyta telefon Marzena.
Irena cicho wyciąga torby i walizkę na klatkę schodową.
I ty wyjdź wskazuje na drzwi.
Nie pójdę!
Dobrze, wezwę policję. Powiem, że w mieszkaniu jest nieznany człowiek, który odmawia wyjścia i grozi. Gdzie się zameldowałaś? U mamy w Bialej Podlaskiej? Tam jedziesz.
Marzena, widząc zdecydowanie Ireny, rozumie, że żarty się skończyły. Wybiegła na korytarz, łapiąc swoją torbę.
Pożałujesz! Przyjdziesz przeprosić! Łukasz cię opuści, sukinio!
Irena zamyka drzwi przed nią, dwa razy zamyka zamek i nałoży łańcuch. Serce bije jak młot. Oparła się plecami o drzwi i usiadła na podłodze. W korytarzu słychać krzyki Marzeny, stukającej stopą w drzwi i krzyczącej na cały blok, że ją obrabowano i wyrzucili na mróz (choć na zewnątrz był ciepły wrzesień).
Irena dzwoni do męża.
Łukaszu mówi, starając się nie drżeć twoja siostra siedzi teraz w klatce z rzeczami.
Co?! Iro, co zrobiłaś? Dlaczego?
Wpuściła nieznajomego do naszej sypialni. Leżeli w naszym łóżku. ByŁukasz natychmiast wezwał policję, a po kilku godzinach Marzena została wyprowadzona, zostawiając mieszkanie w ciszy i przywracając nasz dom do spokoju.



