Mam już serdecznie dość tych niekończących się wizyt co weekend!
Może i wy znacie taki typ osoby, która jest przekonana, że wszystko i wszyscy powinni się podporządkować jej zachciankom, zupełnie nie przejmując się tym, że inni ludzie mają swoje obowiązki i plany. Mój szwagier, Adam Kowalski, wraz z Małgorzatą, swoją żoną, ich dwójką dzieci Zosią i Kacprem i jej bratem Tomkiem, regularnie, jak w zegarku, zjawiają się u nas w piątek wieczorem, rozkładając swój cyrk aż do niedzieli.
Nikt z nich nawet nie zapyta, czy nam pasuje, czy nie mamy przypadkiem innych planów, czy zwyczajnie nie potrzebujemy spokoju po ciężkim tygodniu.
Ta sytuacja trwa już prawie cały rok i z każdym kolejnym weekendem coraz trudniej mi wykrzesać w sobie uprzejmość. Jasne, lubię przyjmować gości, ale wszystko ma swoje granice. Przez te niekończące się wizyty nie mam kiedy odpocząć, wyjść z mężem, Szymonem, do kina, czy po prostu poleżeć w ciszy z książką.
Zamiast relaksu, muszę znów gotować obiady, rozweselać towarzystwo krępującymi rozmówkami, rozkładać dla nich pościel, a później walczyć z górą prania. Ile razy już zadawałam sobie pytanie, czy ci ludzie naprawdę nie dostrzegają, że wpraszanie się bez zaproszenia to zwyczajny brak wychowania, nawet w rodzinie? Może gdyby przyjeżdżali sporadycznie, byłabym w stanie przejść nad tym do porządku dziennego, ale oni są tu praktycznie co tydzień!
Ani ja, ani Szymon, nigdy nie narzucamy się rodzinie może faktycznie czas wybrać się do nich tak, jak oni do nas? Niech poczują na własnej skórze, jak to jest. Prosiłam męża, żeby wreszcie z nimi porozmawiał, ale zawsze słyszałam to samo: No ale jak ja im to powiem? Przecież się obrażą!. Zaczynam podejrzewać, że jemu to wcale nie przeszkadza.
Skoro nie mogłam liczyć na jego wsparcie, zaczęłam działać sama.
W pierwszej kolejności przestałam gotować na weekendy. Goście musieli zadowolić się resztkami z tygodnia, a jak tylko wszystko się skończyło trudno, niech sami sobie poradzą. Ja naprawdę mogę nie jeść i nie umrę!
Pewnego dnia wszyscy, jak zwykle, zasiedli do stołu, oczekując ciepłego obiadu. Spojrzenia pełne wyrzutu sunęły po mnie po kolei, a ja bez mrugnięcia okiem oznajmiłam, że nic dzisiaj nie ma, jeśli są głodni, niech ugotują. Cisza. Wypili tylko herbatę i poszli spać.
Do tego przestałam sprzątać na ich wizyty. Pewnego razu Małgorzata z wyraźnym żalem zauważyła, że skarpetki Zosi także szarzeją. Odpowiedziałam spokojnie, że z braku czasu podłogi nie zostały umyte, ale mop i wiadro są w łazience, jakby chciała odmienić los białych skarpetek. Od tamtej pory zamilkła na ten temat.
Najważniejsze jednak zaczęłam dbać o siebie. Przestałam przekładać swoje plany pod ich wizyty. Jeśli miałam ochotę wyjść na spotkanie z przyjaciółką, po prostu to robiłam, zostawiając rodzinę Szymonowi. Gdy nie miałam planów, celowo zaczynałam porządki i ograniczałam wspólny czas do minimum.
Po któregoś takiego weekendu Adam zawołał od progu: To chyba nasz czas się już skończył, co? Dopiero wtedy dotarło do niego, że coś się zmieniło. Od tej pory te niespodzianki przestały być regułą, a nasze mieszkanie odwiedzali tylko wtedy, gdy wcześniej zapytali i zawsze bez zostawania na noc. I tak już zostało.
A wy? Mieliście kiedyś taką przygodę z rodziną z walizką? Jak udało wam się ją rozwiązać?



