Dzień dobry, mój drogi pamiętniku.
Czasem, gdy siedzę sam na kanapie w moim niewielkim mieszkaniu w Poznaniu, nachodzą mnie myśli o tym, jak jedna decyzja potrafi odmienić całe życie. Zawsze byłem człowiekiem, który nie lubił ryzyka czy zbyt wielu zmian, a mimo to moje życie wywróciło się do góry nogami przez moje własne wątpliwości.
Wszystko zaczęło się wtedy, gdy dowiedziałem się, że Zofia, moja dziewczyna, jest w ciąży. W naszej rodzinie tradycja była ważna, więc nie zastanawiałem się długo poprosiłem ją o rękę, a niedługo później odbył się kameralny ślub w kościele w naszej parafii. Po tym wszystkim musieliśmy przez jakiś czas mieszkać u moich rodziców, bo czasy nie były łatwe, a ceny mieszkań wciąż szybowały w złotówkach.
Po kilku miesiącach zostałem ojcem chłopca, którego nazwaliśmy Jakub. To był najpiękniejszy dzień mojego życia. Później, gdy sytuacja finansowa trochę się poprawiła, wzięliśmy kredyt hipoteczny i przeprowadziliśmy się do własnego kąta na obrzeżach miasta.
Niedługo później Zofia powiedziała mi, że spodziewa się drugiego dziecka. W ten sposób nasza rodzina powiększyła się o córkę, Marysię. Dzieci rosły jak na drożdżach, a ja z każdym rokiem coraz bardziej zauważałem, że oboje zupełnie nie przypominają ani mnie, ani Zofii. Oboje mieli rude włosy i piegi skąd u nas w rodzinie takie geny? Sam nie wiem. Ani w mojej, ani w rodzinie Zofii nikt takich cech nie miał.
W głowie zaczęły roić się wątpliwości. Może niesłusznie, może zaskoczyła mnie ta genetyczna loteria, ale nie dawało mi to spokoju. W końcu zdecydowałem się na test DNA. Przez dwa tygodnie chodziłem jak struty, wyobrażając sobie różne czarne scenariusze. W końcu zadzwonili z laboratorium i natychmiast pojechałem po wyniki.
Ulżyło mi, gdy przeczytałem, że jestem biologicznym ojcem Marysi i Jakuba. Uśmiechnąłem się pod nosem, wróciłem do domu i schowałem wyniki głęboko do szuflady, tak, żeby nikt nie znalazł. Teraz wiem, że trzeba było je od razu zniszczyć Ta chwila naiwności okazała się brzemienna w skutkach.
Kilka dni później Zofia weszła do salonu ze świstkiem papiera w ręku i rzuciła mi go w twarz. Zrobiła mi taką awanturę, jakiej jeszcze w życiu nie przeżyłem. Krzyczała, płakała, a żal i złość biły z każdego jej słowa. Dzisiaj rozumiem, dlaczego tak bardzo ją to zraniło, ale wtedy nie umiałem nic powiedzieć, bo sam w siebie byłem zawstydzony i rozczarowany.
Nie potrafiła mi wybaczyć i od tamtego czasu jestem sam. Mijają właśnie pięć lat odkąd widziałem swoje dzieci, bo Zofia nie pozwala mi się z nimi spotykać. Kiedy patrzę na świąteczne fotografie innych rodzin, łzy same cisną mi się do oczu.
Teraz wiem, że czasem zwykła niepewność i ciekawość zabiera człowiekowi to, co najcenniejsze. Mam nadzieję, że kiedyś Zofia mi wybaczy i pozwoli nadrobić stracony czas z Marysią i Jakubem. Proszę tylko los, żebym miał jeszcze szansę odzyskać rodzinę…



