Ona nie była sama. Prosta opowieść o babci Wali, kocie Fili i psie Gawryku w zimowy poranek na warszawskim osiedlu

Nie była samotna. Zwykła historia

Poranek zimowy zaczął się leniwie słońce nawet nie myślało wyjrzeć zza chmur, a pod blokiem słychać było chrzęst szufli, bo pan Mietek ze szwagrem znów walczyli z zaspami na podwórku.

Drzwi klatki schodowej co chwila trzaskały, wypuszczając zabieganych mieszkańców na przystanek tramwajowy, bo w poniedziałek jak wiadomo na autobus zawsze się spóźniasz.

Kot Felek (kto wie, może w zeszłym wcieleniu był Feliks, magister finansów) siedział dumnie na parapecie na szóstym piętrze i obserwował całą Krupniczą, jakby był prezesem całego osiedla.

Za poprzedniego życia niemal pewne Felek robił karierę w banku, liczył złotówki i przelewał z konta na konto, właściwie zapominając o reszcie świata.

Teraz jednak prawdziwie pojął, że nic nie znaczy majątek, jeśli nie masz przy sobie czyjegoś ciepła, dobrego spojrzenia i kawałka własnego kąta. Reszta to dodatek, jak ogórek do schabowego.

Felek zerknął za siebie: na wysiedzianej kanapie przykrytej siatkowym kocem spała babcia Weronika, jego wybawczyni i osobista kucharka.

Zeskoczył z parapetu, cicho wskoczył do niej na poduszkę i przytulił się miękkim futrem do jej głowy. To było coś jak domowy termofor lepsze niż apteczne tabletki.

Felek dobrze wiedział, że babcię Weronikę co rano bolała głowa, i robił wszystko, co tylko mógł a że mógł się tylko wtulić, to robił to najlepiej w bloku.

Feluś, prawdziwy z ciebie doktor obudziła się babcia, gdy poczuła na karku miękkie futro. Znowu ten ból zabrałeś, no jak ty to robisz, czarodzieju? Dziękuję ci, złociutki!

Felek tylko machnął łapką z niejaką dezynwolturą, jakby chciał powiedzieć, że dla niego to drobiazg a na dodatek mógłby dużo więcej, gdyby tylko się uparł.

Ale zanim Felek zdążył wymyślić, co jeszcze potrafi, z przedpokoju doleciało ciche burczenie z nutką zazdrości. To pies Bonifacy, zwany Boniem, postanowił przypomnieć, kto tu rządzi.

Bonio był przyjacielem babci Weroniki odkąd ktoś go porzucił pod sklepem Biedronka sześć lat temu, i od tej pory był jej cieniem i alarmem. Każdy obcy na klatce był traktowany groźnym warczeniem, bo babcia Weronika musi być bezpieczna, jak w banku.

W sumie Bonio był przekonany, że jest tu szefem wszystkich szefów a Felek miał czasem podejrzenia, że ten pies, jeśli nie był kiedyś komendantem albo majstrem na budowie, to na pewno coś w tych klimatach.

“No, no myślał Felek krzykliwy jak kierownik magazynu, ale niech mu będzie, czasem lepiej mieć takiego gromkiego stróża.”

O, moje kochane dzieciaki, co ja bym bez was zrobiła! z westchnieniem babcia Weronika podniosła się z kanapy, stękając niczym stare sprężyny. Zaraz was nakarmię, a potem idziemy się przewietrzyć na spacer.

A jak mi na dniach wpłacą emeryturę, to kupimy porządną kurkę!

Hasło kura wywołało ogólne poruszenie.

Kot zaczął ugniatać kanapę z zapałem, mrucząc na cały pokój i wcierając swój łeb w zgiętą artretyczną dłoń babci, jakby chciał udowodnić, że to właśnie on rozumie największe sekrety świata.

Aj, ty łepetyno, rozumiesz każde słowo, psotniku! rozczuliła się babcia, drapiąc Felka za uszami. Pies Bonio szczeknął znacząco, stając na tylnych łapach i pchając się z mokrym nosem do kolan.

“Ech, takie to żywe duszyczki, ogrzewają dom i serce, a samotność gdzieś znika” pomyślała z uśmiechem babcia Weronika.

“Gdy kiedyś odejdę, kto wie, co dalej. Ale gdyby była taka opcja, chciałabym wrócić jako kotka. Trafić do dobrych ludzi, bo psi żywot to nie dla mnie nie mam głowy do szczekania. Ale kotką bym była wspaniałą: przytulną, mruczącą, dla ludzi dobrych.”

Phi! zganiła się babcia, otrzepując z głowy dziwaczne myśli. No, co ta starość z człowiekiem robi…

Nie wiedziała, że Felek spojrzał wymownie na Bonia i wyraźnie się uśmiechnął pod wąsem.

Proszę, chciałaby jeszcze zostać kotką, a nie psem? O, to by było coś!

Felek już umiał czytać ludzkie myśli całkiem solidny bonus, jak na kota z blokowiska.

No proszę, do czego to doszłoNagle Felek przeciągnął się dostojnie i zeskoczył z kanapy, podreptał do okna i jednym susem wskoczył na parapet, skąd spojrzał na szare ulice, które stopniowo zaczynały tętnić życiem. Mruknął głęboko, jakby przesyłał całemu światu wiadomość, że szczęście kryje się w drobiazgach, w puszystym futrze, ciepłej dłoni i talerzu parującego rosołu, który właśnie stawiała babcia na kuchennym stole.

Bonifacy też już nie warczał zerkając na Felka ukradkiem, ułożył się przy nogach babci i westchnął ciężko, pozwalając sobie na chwilę zapomnienia, że w sercu jest miękki jak świeży chleb. Babcia Weronika, osłuchując poranne mruczenie i pochrząkiwanie, wyciągnęła rękę i pogłaskała ich obu po kolei, czując gdzieś głęboko, że jej zwyczajne życie jest pełne nie gwarnych przygód, lecz bezcennych zwykłości.

Za oknem chmury rozstępowały się powoli, a słońce nieśmiało przeniknęło do kuchni, zalewając stół ciepłym światłem. Dobrze im było razem na przekór zimie, samotności i szarudze świata.

Felek zamrugał powoli, patrząc na babcię, jakby chciał powiedzieć: Spokojnie, nic się nie martw, jesteśmy tutaj. I zupełnie jakby to rozumiała, Weronika uśmiechnęła się do swoich futrzastych dzieci.

Życie jest przecież jak poniedziałek nigdy nie zaczyna się idealnie, ale wystarczy dobry mruczek, wierny pies i ciepła herbata, by trwać, kochać i wiedzieć, że nigdy się naprawdę nie jest samemu.

Rate article
Fajna Tajna
Ona nie była sama. Prosta opowieść o babci Wali, kocie Fili i psie Gawryku w zimowy poranek na warszawskim osiedlu