Zawiesił oko na cudzej żonie – historia nieudolnego artysty, który za swoją słabość i niedocenianie żony stracił wszystko, podczas gdy nowy adorator zdobył nie tylko jej serce, ale i miejsce w domu

Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć historię o jednym takim facecie nazywał się Wiktor Dudkowski. Gość był trochę jak z tych starych polskich komedii: niby artysta, a trochę taka ciamajda bez charakteru. Pracował w wiejskiej podstawówce pod Krakowem uczył plastyki, techniki, a jak pani od muzyki brała L4, to i czasem zagrał na flecie.

No i z tą jego artystyczną duszą, to bardziej chodziło o to, że potrafił całe dnie chodzić jak smuta. Raz śmieszek, raz kawę chlał litrami i snuł się po chałupie, jakby mu ktoś wszystkie obrazy powiesił do góry nogami. A chałupa, chociaż niby spadek po rodzinie, bardziej przypominała rozwalony dom kultury. Największy i najjaśniejszy pokój, który Zofia żona Wiktora upatrzyła sobie kiedyś na przyszły pokój dziecięcy, został zamieniony na pracownię.

Co się tam działo, to inna bajka. Sztalugi, tubki z farbą, zapach terpentyny i glina do lepienia. Pastelowe obrazy na ścianach, o których Zosia mówiła szeptem, bo najchętniej by je zdjęła. Przez lata nikt z przyjaciół się nie odważył pochwalić tych dzieł. Może poza jednym starym Gerwazym Pechatowskim z Krakowa, który po półlitrze nalewki z jarzębiny wybuchnął śmiechem:

Jezus Maria, Wiktor, ale tu błoto na płótnie! A rzeźby jak z odpustu, serio Poza tym, tylko gospodyni tu się liczy!

Wiktor wyrwał się jak oparzony, nadeptał na własne statuetki i wrzeszczał jak pięciolatek, którego ktoś nastraszył Wawelskim Smokiem.

Zosia wybiegła za Gerwazym, przepraszała jak mogła:
Przepraszam, nie chciał, żeby Pan tak wyszedł
Dziecko, szkoda mi Ciebie najbardziej. Dom piękny, ale te obrazy Po prostu schowajcie je na strych. Chociaż ja wiem, że Ty z nim lekko nie masz artysta, który nie umie pokazać duszy.

Zosia tylko westchnęła. Zawsze trzymała język za zębami. Myślała sobie: Przyjdzie czas, będą dzieci, Wiktor zmądrzeje, przemebluje pokój, da temu malowaniu spokój.

A na początku, powiem Ci, był calutki miodzio. Chodził po jabłka, przynosił całą wypłatę (nawet jak rata za gaz podskoczyła), troszczył się. Ale to się szybko zmieniło jak mu przeszła pierwsza euforia. Zaczęło się oszczędzanie nie na swoim kawie, nie na tubkach farb, tylko na żonie. Zosia została ze wszystkim sama: dom, ogródek, kury, a na dokładkę jeszcze teściowa na łbie.

Jak w końcu Zosia zaszła w ciążę, Wiktor przejął się tylko na chwilę. Ale ledwo tydzień minął, jak Zosia nagle trafiła do szpitala, straciła dziecko; wróciła do domu, a tam? Drzwi zamknięte, Wiktor nie chce wpuścić.
Otwórz, proszę! płakała.
Nie, nie wpuszczę! Chciałaś mieć dziecko, a nie doniosłaś… I jeszcze moja matka przez Ciebie wylądowała w szpitalu!

Zosia przesiedziała godzinami na progu, a on był jak obrażony czterolatek, który właśnie roztrzaskał samochodzik o kafelki. Na drugi dzień sąsiadka przyszła z wiadomością teściowa odeszła. Wiktora już nikt nie pocieszył. Leżał w łóżku, zwolnił się z pracy i powiedział swojej żonie prosto w oczy:
Nigdy cię nie kochałem. Matka chciała wnuki, dlatego się ożeniłem. Zniszczyłaś mi życie.
A Zosia? Nawet o odejściu nie myślała.

Z czasem było coraz gorzej. Wiktor zjadłby zupę z pyłu, tylko żeby narzekać. Wszystko, co miał a głównie swoje, bo przecież nie jej oddałby za trochę litości i witaminy. Aż nagle, papiery rozwodowe. Rozwiedli się, a Zosia została z własną rozpaczą.

Dom już dawno nie był domem. Mama Zosi, która nie widziała świata poza swoim nowym szczęściem nad Bałtykiem, sprzedała dom i zniknęła w siną dal. Zosi nie było nawet dokąd wrócić. Była zamknięta w tym swoim życiu bez wyjścia.

Któregoś dnia, kiedy w szafkach zostało tylko trochę kaszy i jajko od ostatniej kury, postanowiła iść na jarmark w pobliskim Ujeździe i sprzedać kurę albo coś wymienić. Wiktorowi chciało się rosołu, a Zosia nie miała serca jej zabić, więc poszła ją sprzedać. Do torby dorzuciła jeszcze jego gliniane potworki, bo może, kto wie, parę złotych wpadnie.

Na jarmarku święto! Cały plac pełen bab, co sprzedają miód, mężczyzn z kiełbasą na grillu, kolorowych chust do wyboru, do koloru, dzieciarnia pałaszuje krówki.

Zosia zatrzymała się u straganu, pogłaskała kurkę i myślała, czy aby nie za bardzo ją pokochała, żeby jednak ją sprzedać. A tu podchodzi chłopak nie znał jej, widać, że z miasta.
Pokaż no tę kurkę pyta.
Trochę kuśtyka, ale jajka niesie jak złoto.
Kupuję, a co tam jeszcze masz?
Pokazała gliniane ptaszki i świnkę-skarbonkę. On się zaśmiał takie rękodzieło! Kupił wszystko. Sąsiadka za stoiskiem burknęła:
Denisku, Ty to się bawisz w dzieciaka. Leć pomagaj bratu z kiełbasami!

Zosia już miała łzy w oczach, że przecież nie sprzeda mu kurki na szaszłyki.
Spokojnie rozchmurzył się Denys Ja ją mamie dam, ona hoduje kury.
Naprawdę?
Przyjeżdżaj i odwiedzaj swoją Pstrokatkę. Nawet nie wiedziałem, że kury dostają imię.

Kiedy później wracała już do domu, podjechał samochód, a Denys z okna:
Pani Zosiu, nie ma Pani więcej tych figurek? Na prezenty jak znalazł!
Oj, panie Denysie, tego mam w domu pod dostatkiem uśmiechnęła się.

Wróciła do domu, a tu Wiktor kwili od razu, że pić się chce. Denys rozejrzał się po obrazach i mówi:
Ależ to ciekawe prace, czyje?
Moje! oburzył się Wiktor To nie bohomazy, to obrazy!
Chciałbym kupić
Wiktor ledwo się z łóżka zerwał, żeby pokazywać swoje dzieła tymczasem Denys rzuca okiem na Zosię, a ona policzki czerwone, trochę speszona, ale odważnie patrzy.

A potem zaczęło się coś dziwnego. Denys pojawiał się u nich codziennie, skupował wszystko jak leci: obrazy, rzeźby, każdy ptaszek Wiktor od razu wyzdrowiał jak ręką odjął. I tylko malował dalej te swoje cuda na kiju.

Tyle że Denysowi wcale nie chodziło o te głupie figurki. On tam przyjeżdżał dla Zosi. Po każdym kolejnym obrazie, coraz dłużej stali razem przy płocie pożegnaniami. W końcu Denys zabrał to, po co naprawdę przyjeżdżał Zosię.

Nowe życie zaczęli razem. Denys zabierał do domu pod Krakowem kupione obrazy tylko po to, żeby wrzucić je do pieca. Figurki zbierał do worka, sam nie wiedział, po co.

Przy wspomnieniu o Zosi za każdym razem uśmiechał się sam do siebie. To przy jarmarku ją wypatrzył, od razu wiedział, że to jego przeznaczenie. A jak dowiedział się, jak z Wiktorem miała ciężko, postanowił ją wyciągnąć z tej matni.

Wiktor długo nie mógł się pozbierać. Głupio mu było, że dał się podejść jak dziecko. Kiedy dowiedział się, że Zosia i Denys się pobrali, poczuł pustkę. Bo takich żon, jak Zosia, ze świecą szukać i rozum, i serce, i ręce gotowe wszystko dać.

Już nie miał kto mu robić jedzenia z jajek, przynosić wody do łóżka, nie miał dla kogo się użalać. Dom i podwórko wszystko straciło sens.

Rate article
Fajna Tajna
Zawiesił oko na cudzej żonie – historia nieudolnego artysty, który za swoją słabość i niedocenianie żony stracił wszystko, podczas gdy nowy adorator zdobył nie tylko jej serce, ale i miejsce w domu