Pamiętam, że Jadwiga żyła, jakby w gładkiej pościeli, chodząc po szarej, wybrukowanej ulicy starej Warszawy, trzymała głowę nisko i nie wystawiała się, bo po co, jeśli nie ma nic, co mogłaby pochwalić? Wygląd miała przeciętny, ani piękna, ani brzydka.
Jej mąż, Wojciech, zawsze mawiał, że u Jadwigi wszystko jest zwyczajne. On nie dostrzegał w niej urody, już dawno przegapił tę szansę. Kiedyś Jadwiga była jedną z najpiękniejszych dziewcząt na Politechnice Warszawskiej szczupłą, uroczą, z kościaką, choć nieco szerszą niż typowa pani w akademiku. Jej babcia Ania pochodziła z małej wsi pod Krakowem, była twarda, nieco szorstka, wyhodowana w tradycji rolniczej, a jednak nie mogła się oprzeć nauce.
W krwi Jadwigi płynęły już geny inteligentnych rodziców inżynierowie, literaci, absolwenci uczelni wyższych. Dopracowali ją, nadali jej piękny nos, nieco zaokrąglone barki i nogi, które nie były stworzone do noszenia gumowych butów ani półbutów w stylu wsianki, lecz przyzwyczaiły się do miejskiego życia.
Tak więc Jadwiga wyszła od rodziców piękna, delikatna, niezwykle nieśmiała i cicha, co też miało swoje plusy. Babcia Ania potrafiła raz po raz rozgłaszać swoje uwagi tak, że uszy słyszałyby się jak trąby, a matka Olga, kiedyś podobna do niej, poślubiła się z ojcem Jadwigi, Fiodorem. Z czasem jednak Olga uciszyła się, przygryzła język. W pięknych, zadbanych kamienicach przy ul. Marszałkowskiej, otoczonych sąsiadaminaukowcami i akademikami, nie wolno było się wyłamywać za chwilę wyrzucą z mieszkania!
Olga ucichła, a Jadwiga stała się jeszcze cichsza.
Wychowujcie dziewczynę, żeby nie wypływała na wierzch! jęczała babcia Ania w starych, zardzewiałych galoszach, przyjeżdżając z podwórka, by odwiedzić wnuczkę. A ty, Łucja, już wyblakła. Coś z tego wyjdzie? Pusta równina, bylica i nic więcej! Którędy wiatr zdmuchnie, tam i wy się pochylicie! A dokąd znikła nasza rzesza, z Młynarskiej? Gdzie jest zięć, nie wiesz?
Fiodor wzruszał ramionami i unikał zapachu czosnku i wina Białe Lasy, chowając się w swoim gabinecie, dopóki Olga w kuchni podawała matce herbatę i opowiadała o swoim życiu. Babcia Ania nigdy się nie spieszyła. Najpierw opowiadała szczegółowo o wsi, sąsiadach, kto z kim się kłóci, potem przechodziła do tematu ogrodu i plonów własnych i sąsiednich. Na koniec, stukając zębami, wołała ukrytą za szklanym wstawką drzwi kuchennej wnuczkę.
Jadwiga wychodziła nieśmiało, z wahaniem patrząc na matkę, a ta odwracała się. Fiodor nie witał teściowej, choć jej kiszone ogórki wódką rozbrzmiewały w domu. Ogórki pozostały ogórkami, lecz Jadwiga miała ograniczyć kontakt z babcią. Mama nakazała Olgę wysłać Jadwigę do jej pokoju, ale z drugiej strony wspierała Olgę przy noworodku, kiedy trzyletnia Jadwiga zachorowała na zapalenie płuc, padła i nic nie jadła. Pani Ania Vlasowa przyjechała, zabrała dziecko w zimowe szale, w ciepłej kurtce, w samochodzie przewodniczącego.
Fiodor krzyczał potem, że nie powinien był pozwolić, ale Olga go uspokoiła. Po wyjeździe na wieś i przy dobrym wyżywieniu Jadwiga szybko wróciła do zdrowia, przytuliła się do matki i westchnęła: tęskniłam. Fiodor machnął ręką, otwierał i zamykał usta, patrząc na teściową spod pachy.
Babcia Ania miała w sobie siłę, pewność i twardość jak pięść, którą miała rozbić świadomość, rozświetlając to, o czym Olgę nie wolno było pomyśleć. To właśnie dlatego zięć jej nie lubił, bał się.
Dlaczego nie wita mnie zięć? Ja nawet na ślubzie dobre pieniądze dałam! Nie potrafię pięknie mówić, to nie wina, tylko nieszczęście! lamentowała babcia Ania, siedząc u córki w gościach, i podawała wnuczce wielką czekoladkę Alenka.
Jadwiga skinęła głową w podziękowaniu, lecz nie zjadła czekolady, położyła ją na stole.
Co? Dziecko, gryź! Rozgryź i pożuj! namawiała gośćka, ale Olga powstrzymywała matkę.
Fiodor nie pozwala słodyczy przed kolacją. Nie jest to u nich tłumaczyła cicho. To u nich drażniło Anię i sprawiało, że Olga się czerwieniła. Niezręcznie i smutno, ale przynajmniej w domu był mężczyzna, i głowa! I tak nigdy nie została Olgą gospodynią, tylko kręciła się, milczała. Gdy goście przychodzili do męża, nakrywała stół i siedziała, uśmiechała się, skinęła głową. Nie miała nic do powiedzenia, zawsze w domu, przy domu, bez wielkich rozmów. Jadwiga brała z niej przykład, nie wystawała się.
Po pewnym czasie Ania Vlasowa nie wytrzymała przebywania u zięcia, wszystko ją drażniło, ściskało. Po kilku sprzeczkach przestała przychodzić i nie zapraszała już go. Czasami, gdy Fiodora nie było w domu, dzwoniła, słuchała długich sygnałów, powoli zsuwała głowę, a potem wstawała z podniesioną głową po usłyszeniu głosu Jadwigi.
Jak się masz, kochanie? Nie przyjeżdżasz, nie odwiedzasz szepnęła babcia Ania, wycierając łzę chusteczką. Płakała ostatnio często, z nerwów.
Wszystko w porządku, babciu. Studiuję na uniwersytecie, dziś wolne, mama była w przychodni, tata w pracy odruchowo odpowiedziała Jadwiga.
Dla niej wszystko było normalne. Świat rządził się własnymi prawami, tradycjami, rodziną, i choć wszystko wydawało się proste, była wdzięczna.
Ojciec głowa rodziny, mądry, wykształcony. Matka prosta, wciąż żuje pestki słonecznika, wypluwając je do małych kieszeni. To denerwuje tatę, który żąda kulturyzacji jedzenia, a matka nie potrafi lub nie chce. Wtedy ojciec wypędza ją na balkon.
Siadaj tam, jeśli nie rozumiesz, że to wstrętne! gestykuluje, wściekły, wskazując drzwi balkonu. Matka siedzi w szlafroku, z lokami na głowie, smutno wypluwa łuskę i wzdycha, patrząc na rozpostarte nogi, białe, kruche. Dziękuje Fiodorowi, że ją kocha, że wyciągnął z wsi, przyjął, wybaczył, wychowuje.
Olga uczęszczała do szkoły pedagogicznej, Fiodor zobaczył ją na tańcach w Parku Kultury, gdy dziewczęta przyjeżdżały na festyny. Zaiskrzyło, ale nie bez konsekwencji urodził się ich syn, Jacek. Musieli wziąć ślub. Rodzice Fiodora byli zdumieni wyborem syna, ale potem uznali, że połączenie intelektualnego miasta i rustykalnej wsi to szlachetny czyn. Fiodor wciągnął Olgę w świat kultury, oświetlił ją.
Jadwiga po szkole wybrała zawód nauczyciela, ale jak matka nie pracowała, tak i ona nie podjęła od razu pracy. Poślubiła Wojciecha. Mąż był prostszy od ojca, ale też z inteligentów. W czasach młodości popularne były nie oni, a młodzież w stylu modowiczów. Wojciech był raczej konserwatywny, nie nosił barwnych garniturów, czytał klasykę, filosofię, długie traktaty. Fiodor znał go z projektów, jako odpowiedzialnego, skromnego. Zatwierdził małżeństwo. Jadwiga też nie sprzeciwiała się.
Rozstali się, Jadwiga przeprowadziła się do męża, który mieszkał z rodzicami w trzypokojowym mieszkaniu. Wojciech miał starszą siostrę, ale ona wyjechała już dawno za granicę, np. do Francji. Rodzice Wojciecha byli już w podeszłym wieku, odsunęli się od spraw, teściowa przekazała władzę nad domem wnuczce i, zabierając kilka rzeczy, kazała synowi zabrać ją i ojca na wieś.
A wy się rozmnażacie, jak Bóg da. Do zobaczenia! podsumowała. Nie chcę przy was przebywać, nasza kuchnia nie wytrzyma dwóch pań.
I wyjechała.
Mieszkanie, pełne ciemnych, ciężkich drewnianych ścian, sterty pościeli, prześcieradeł, ręczników, kawałków tkanin, metalowych okrągłych elementów, czterech zestawów porcelany, słabego oświetlenia, zasłonięte okna, by sąsiedzi nie widzieli, jak żyje się tu i gdzie Wojciech chowa pieniądze wszystko to wydawało się Jadwidze przytłaczające.
Miała zmienić zasłony, meble, odnowić parkiet jednak to było kosztowne i niepotrzebne. Wojciech żył dostatnio. Kiedyś matka gotowała mu kaszkę rano, teraz to Jadwiga. Kocha go, drapie się, młoda, pragnie pożądań cielesnych, chce mu się podobać.
W weekendy Wojciech wstawał wcześnie, smażył jajka w starych majtach, nie przeznaczał pieniędzy na nowe nie ma co. Jadwiga, przerażona, patrzyła na zegar, zastanawiając się, czy będzie w domu, czy nie. Najczęściej siedzieli w domu. Wojciech nie chodził do teatru, nie zabierał Jadwigi, bo musiał oszczędzać.
Ta skąpkość nie przychodziła od razu. Gdy się spotkali, Jadwiga myślała, że Wojciech to silny gospodarz, bo każda złotówka jest broniona. W domu zawsze to mężczyzna decydował, a żona przyjmowała. I tak żyła matka!
Wojciech był inteligentem, lecz nie szlacheckim, a z niższych warstw. Ojciec i matka nie mieli wysokiego wykształcenia, pracowali w prostych zawodach, ale cieszyli się z dziecka, chcieli, by nazwisko ich rozbrzmiało.
Wojciec miał wielkie ambicje pracował jako asystent badawczy, prawie w czterdziestce, miał w głowie pracę doktorską, której nie zdążył napisać, plany o przebudowie domu. I tak! On decydował, jego władza była pierwsza!
Co ci, dziki? pytała Ania Vlasowa, patrząc na nowiny o wnuczce Olence. Po co mu ona potrzebna? Normalnych mężczyzn jest mnóstwo!
Nie rozumiesz, mamo! Jadwiga podjęła dobrą decyzję. Mieszkanie w centrum Warszawy, zawód Wojciecha, jak mój Fiodor, ważny. Kobieta ma się dobrze ustawić, choć brzmi to nijako. A skąpstwo To rodzinna tradycja. Kiedyś każdą złotówkę liczyliśmy, tak jak ty.
Ania Vlasowa się obraziła. Rzadko trwoniła pieniądze, ale nigdy nie pozbawiała Olgę jedzenia i ubrań. Kupiła jej płaszcz drogi? Nie obchodziło! Pożyczyła od sąsiadów, oddała po groszku, nie straciło się nic. Ania sama podnosiła Olgę, bez męża. Nie zostawiła go, nie odszedł.
Gdy córka chciała pójść na studia, Ania Vlasowa zabrała ją do zakładu krawieckiego, gdzie uszyła najmodniejszą sukienkę taką, jaką Olga sobie wymarzyła. Tam dziewczyna poznała Fiodora.
Od tamtej rozmowy nie dzwonili i nie odwiedzali się.
Jadwiga i Wojciech żyli dalej. Żarcie męża szybko przeminęło, nudy go doskwiciły, był mu dziesięć lat starszy od Jadwigi, nie miał już miejsca na romantyczne uniesienia. Jadwiga przyjmowała to, co ma. Mąż mówił, że ją kocha, i to wystarczy. Rodzice chwalili wybór Jadwigi. Reszta to, co piszą w książkach: szmer, drżenie serca, motyle w brzuchu i, proszę Boga, intymność bez tego da się żyć.
Bez pieniędzy trudno, ale dało się przetrwać. Mąż wkrótce zauważył, że Jadwiga też wpłaca część wynagrodzenia do wspólnej skarbonki, dzieci ciągnęły go, nalegał, by Jadwiga pracowała, podnosiła kompetencje, a więc i pensję. Dała wszystko, a on, jak surowy pan, dorzucał trochę, by skarbonka nie była pusta.
Jadwiga podjęła pracę w szkole, kochała dzieci, zmęczona, wieczorami przychodziła wyczerpana, ledwo stąpała po kuchni, a mąż leżał w pokoju, czytał i czekał na kolację.
Jadwiga podawała jedzenie, marząc, by wieczór szybko minął, a potem mogła położyć się spać. Wojciech naładował kieliszek wódki z ustanku i filozofował. Czytał o tym, jak rządW końcu podniósł szklankę, spojrzał w oczy Jadwigi i stwierdził, że jedynym prawdziwym rządem w ich domu jest wzajemny szacunek i codzienna troska.



