Na dworze dzisiaj huczało, tak jak zawsze wiosną, kiedy mieszkańcy w końcu poczuli, że słońce wreszcie daje nam prawdziwe ciepło. Szare zaspy śniegu, które jeszcze wczoraj zalegały przy Jagiellońskim bulwarze, odleciały pod wpływem roztopów, a teraz woda szczerzy się po brukowanych uliczkach, tworząc srebrne wstęgi, które płyną w dół, w stronę zaułka przy ulicy Zamoyskiego, a dalej wzdłuż drogi prowadzącej do małej kościołka pod wezwaniem św. Anny. I tam, przy kościele, dziś też było zgiełku.
Z jednego mikrobusu wyskoczyła grupa osób kobiety w pastelowych sukienkach i szalikach w odcieniach niebieskiego, zieleni i bieli. Szaliki wystawały im przy twarzach, a mężczyźni w eleganckich garniturach, przyozdobionych krawatami i wypolerowanymi butami, szli z podniesionymi podbródkami.
Z mniejszego auta wyszła dziewczyna, zamyślona i ostrożna.
Grażynka! Co ty tu sama? Trzeba poczekać, podam rękę! zawołał zza auta jej mąż, podbiegając.
Nie krzycz, Stasiek. Piotruś już zasnął. Lepiej nie hałasować. Boję się, że się przestraszy szepnęła niepewnie Grażyna. Nigdy nie chrzciła jeszcze dziecka. To był jej pierwszy raz jako mamy i teraz bała się, że mały Piotruś wyda z siebie krzyk, tak jak tydzień temu, kiedy kąpaliśmy go w wanience. Ten wyciek potrafił tak mocno potrząsnąć, że Stasiek wezwał lekarza.
Do pokoju weszła spokojna, nieco surowa pediatra, dr Marzena Witkowska, której twarz zdradzała doświadczenie. Przeszła prosto przez przedpokój, podeszła do matki trzymającej w ramionach wywracającego się malucha i westchnęła.
Połóżcie go nakazała.
Co? Nie słyszę zakręciła głową zdezorientowana Grażyna.
Dziecko, nie potrząsajcie go! odpowiedziała dr Marzena, podnosząc ton. Niech nie pomiesza się mu kości w głowie!
Boże! wyraziła przerażona Grażyna, spoglądając na męża.
Stasiek się uśmiechnął.
Ta Grażyna jeszcze dziecko, a już ma syna mruknął pod nosem. Jak go wychować, nie wiemy ani ja, ani ona.
Połóż go już w końcu! wtrąciła położna. Ależ co za mały twardziel! Taki słodki!
Stasiek podniósł się dumnie. To inna sprawa! powiedział, a jego teściowa zaczęła chwalić: Grażynka to już rodzinny ród, Romanków!
Stasiek zauważył, że ma podobny nos do noworodka. Naszydnik, oczywiście, podszedł do grającej dr Marzyny.
Główka pełna myśli dodała dr Witkowska. Tatusiu, zamknij okno, bo chłód nie sprzyja.
Stasiek zamknął szybę.
Doktorze, co się z nim stało? zapytała Grażyna, ledwo łapiąc oddech. Nigdy nie był taki.
A co ci miałby mężczyzna? dr Marzena odparła. Gdyby urodziłaś dziewczynkę, byłoby łatwiej! A tu chłopiec, i jeszcze taki mały twardziel! roześmiała się, jednocześnie przeglądając malucha, rozciągając mu drobne nóżki i ręce w różne pozycje.
Kolki podsumowała w końcu. Nie martw się, będziemy podawać mleczko. Nie potrząsaj go tak! Chłopiec jest zdrowy i silny. Może spróbujmy dać mu smoczka?
Jesteśmy zdecydowanie przeciwko smoczkom! wtrącił się Stasiek. To nie ma sensu.
Przeciw? zapytała dr Marzena z obojętnością. Grażyno, oddaj dziecko ojcu i idźmy do kuchni, przygotujmy herbatę. dodała, podając ręcznik.
Grażyna westchnęła, położyła Piotrusia w ramionach męża i położyła się przy oknie.
Dobrze, kochanie, wypijmy trochę herbaty, bo zimno tutaj zaśmiała się dr Marzena, wyciągając filiżankę.
Grażyna postawiła dwa kubeczki na stole. Nie wiedziała, że położne w szpitalu działają tak dokładnie.
Co to za tak dokładnie? zapytała dr.
Młoda mama drgnęła ramieniem. Nie uczono nas, jak się zachować, po prostu wzruszyła się. Bycie lekarzem to umiejętność leczenia wszystkiego, nie boję się tego.
A co cię nauczą? dr Marzena odparła. Książki, internet wszystko w zasięgu ręki. Twoje dziecko jest zadbane, termometr w wannie, fartuszek czysty. Pij herbatę, póki masz czas!
Nie trzeba krzyczeć wyszeptała Grażyna i rozpłakała się.
Co się stało? przestraszyła się dr Marzena.
Jestem zmęczona. Chcę spać. Piotruś dużo je, nie lubi mokrych pieluszek, a ja już nie mam sił szlochając, dodała: Dzień, miesiąc, rok, a nawet własne imię wydaje się zapomniane. Nie dam rady, rozumiesz? Muszę skończyć sesję, mam trzy egzaminy, a Stasiek i ja się uczymy. Nic nie chce mi się już.
Dr Marzena zamyśliła się, pokaszlując.
Gdzie są pomocnicy? Rodzina? zapytała, stukając palcem w tablet. To się włącza, ale nic nie wyświetla.
Są. Ale teściowie daleko, nie przyjedą. Moje rodzice byli przeciw naszemu małżeństwu, a potem westchnęła Grażyna. Wszyscy mówią, że nie powinniśmy mieć takiego małego chłopca.
Czy wina? Że jesteś mamą? Że los zesłał ci takiego małego? drwiła dr Marzena, uśmiechając się. Masz pięć kilogrów i sześćset gramów. Świetny prezent, co?
Grażyna przyjęła to z przymrużeniem oka.
No, więc muszę jeść i spać. Twój syn już dawno się wyczerpie, a ty musisz odpocząć. mrugała dr. Pamiętaj, nie stresuj się. Wszystko się ułoży, maluchu!
Po chwili Grażyna pożarła kotlet, wypiła herbatę z jabłkową konfiturą, którą Stasiek kupił w lokalnym sklepie, i położyła się na kanapie w kuchni, próbując się okryć kocem, ale już nie było siły. Zasnęła.
To było jeszcze wczoraj.
Teraz Grażyna w kremowej sukience i niskich szpilkach stała przed kościółkiem pod wezwaniem św. Anny, trzymając Piotrusia w ramionach. Dziś ma go ochrzcić i drży ze strachu.
Grażynka, chodźmy! mruczy Stasiek, przytulając synka. Mój słodki chłopczyku!
Wkrótce wejdą do kościoła, nastąpi sakrament, Piotruś szlochnie kilka razy, a potem otрe oczy błękitne, spojrzy w niebo i zdziwi się pięknem otaczających obrazów.
Wśród gości pojawi się chrzestna przyjaciółka Grażyny, jeszcze młoda, i powie: Piotruś to twardy orzech! po czym pochwali rodziców.
Dr Marzena Witkowska weszła spokojnie przez wrota, złożyła znaki krzyża. Obok stał mężczyzna w czapce z daszkiem i kurtce z kapturem, patrzący sceptycznie na złoty krzyż. Dr podeszła i poprosiła go o zdjęcie czapki, bo to nie miejsce na takie dodatki. Mężczyzna niechętnie zdjął czapkę, potargał włosy.
Dziękuję, proszę mruknął, patrząc na chrzczonych.
Dobre chrzty, piękna para, zdrowy maluch! pochwaliła dr. Nie będę już podchodziła do Grażyny, chyba i tak mi się nie przypomni.
Chrzty to po prostu rytuał. Dziecko się krzyczy! odparł mężczyzna.
Nic nie rozumiesz westchnęła dr.
Musimy go ochrzcić, czuję, że wtedy wszystko się ułoży, a Sławek wyzdrowieje! krzyknęła, desperacko.
W domu Stasiek i Grażyna mieli drugiego syna, Sławka, wielką radość. Stasiek, inżynier, uwielbiał wędkarstwo i planował wybrać go na koniu, ciąć drewno i tak dalej.
Pewnego dnia, w trakcie przyjęcia, zadzwonił telefon z oddziału noworodkowego. Sytuacja krytyczna mały Sławek mógł umrzeć w ciągu tygodnia. Stasiek nie rozumiał, jak tak mogło się stać, że zdrowy lekarz mógł mieć taką tragedię.
Rozmowa z przyjacielem Igorem Andrzejem była burzliwa: Kto winny? Kto jest winny? krzyczał Stasiek, uderzając w stół. Igor odparł: Spokojnie, przepiszemy leki, kupimy mleko, wszystko się uda. Po kilku minutach rozmowa ucichła.
Grażyna, wyczerpana, zamknęła oczy i powiedziała: Wina? Że jestem mamą? Że los przyniósł mi takiego małego chłopca? Nie, wina w samym brzuchu, bo przytyłam pięć kilogramów. zaśmiała się. Dr Marzena podsunęła jej notatkę: «Nie stresuj się. Wszystko będzie dobrze».
Grażyna szybko zjadła kotlet, wypiła herbatę z jabłkami, a potem zasnęła na kanapie, otulona kocem, który ledwo zdążył ją ogrzać.
Dziś więc stoimy przed kościołem, Grażyna z Piotrusiem w ramionach, Stasiek przy boku, a dr Marzena, z uśmiechem, wita nas. Słońce odbija się w strumieniach, powietrze jest czyste, a my wszyscy czekamy na ten wyjątkowy moment. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. powiedziała cicho, patrząc na swojego małego bohatera.



