Z lustra patrzyła na mnie piękna trzydziestopięcioletnia kobieta o smutnych oczach. Wciąż nie rozumiem, czego oczekują współcześni mężczyźni. Szkoda, że tego nie uczą na studiach. Po co w ogóle zdobywałam czerwony dyplom?
Zawsze marzyłam o rodzinie, kochającym mężu i dzieciach najlepiej trójce. Odkąd pamiętam wzorem byli dla mnie moi rodzice prawdziwy ideał małżeństwa. Strasznie się spieszyłam z zamążpójściem, jakby obawiała się, że przegapię własne szczęście.
Z moim mężem, Witkiem, poznałam się jeszcze na studiach. Przystojny, wysportowany, mądry od razu zwracał na siebie uwagę dziewczyn i łatwo zostawał duszą towarzystwa. Spotkaliśmy się na domówce u wspólnych znajomych i od razu między nami zaiskrzyło. Witek przyjechał na studia do Krakowa z innego miasta, a ja mieszkałam z rodzicami.
Po pół roku Witek oświadczył mi się. Zgodziłam się bez wahania. Ślub wzięliśmy zaraz po obronie dyplomów. Mąż zdawał się idealny troskliwy, wyrozumiały, zabawny. Dostał pracę jako inżynier w spółce gazowniczej, a ja zaczęłam karierę jako specjalistka w banku.
Minęło pół roku od ślubu, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Dla Witka nie była to dobra wiadomość.
Anka, jak to się stało? Przecież mówiłaś, że wszystko masz pod kontrolą!
Witek, nie wiem naprawdę nie wiem jak odpowiedziałam szczerze, zaskoczona tonem jego głosu. Ale czy to naprawdę takie ważne? Przecież i tak chcieliśmy mieć dziecko. Skoro tak wyszło, to może to znak od losu.
Daj spokój z tymi znakami! To nie los, tylko nieuwaga. Dopiero co zaczęliśmy pracę, powinniśmy myśleć o karierze, a nie o brudnych pieluchach.
Ledwo powstrzymywałam łzy. Reakcja męża zaskoczyła mnie kompletnie.
Anka Witek powiedział już łagodniej i objął mnie delikatnie ramieniem. Może byśmy… no wiesz Jeszcze mamy czas, nie musimy się spieszyć
Patrzyłam na niego zupełnie osłupiała.
Nawet nie próbuj! Jeśli ci nie odpowiada, nikt cię nie będzie zmuszał. Decyduj sam.
Wybiegłam z mieszkania. Długo błąkałam się po krakowskich ulicach, próbując poukładać to wszystko w głowie. Moje marzenie o dużej, szczęśliwej rodzinie pękało na kawałki.
Przez kilka dni nie rozmawialiśmy z Witkiem wcale. W końcu jednak przeprosił mnie, wyjaśnił, że przemyślał wszystko i cieszy się, że zostanie ojcem. Byłam wtedy naprawdę szczęśliwa. Po ośmiu miesiącach urodził się nasz syn, Anton.
Macierzyństwo sprawiało mi ogromną radość. Lubiłam zajmować się dzieckiem, dbać o dom i gotować dla męża jego ulubione dania. Gdy Antek skończył trzy lata, wróciłam do pracy, a syn poszedł do przedszkola.
Uszczęśliwiona, jakbym chodziła dwa metry nad ziemią, wierzyłam, że jestem najszczęśliwsza na świecie. Pośrednio potwierdzali to nasi liczni znajomi. Do naszego mieszkania w Krakowie często zaglądali przyjaciele ze studiów, często już z rodzinami. I pewnego razu usłyszałam rozmowę Witka z jego kumplami.
Witek, tobie się poszczęściło masz świetną żonę! Ładna, mądra, pracuje, w domu zawsze porządek i gotuje tak, że palce lizać!
Sam nie zaprzeczam, zgodził się następny. Moja tylko kasę wyciąga i wiecznie marudzi.
Ja tam jestem w porządku, to i żona mam cudną, zażartował Witek.
Koledzy wybuchli śmiechem. Ich żony miały jednak o wiele bardziej krytyczne zdanie i nie raz dzieliły się swoimi spostrzeżeniami ze mną…



