Po siedemdziesiątce Zofia czuje się zupełnie niepotrzebna nikomu. Nawet jej własny syn i córka nie zadzwonili dzisiaj z życzeniami na urodziny.
Zofia siedzi na ławce w ogrodzie przy domu opieki, łzy nieprzerwanie spływają jej po policzkach. Dziś kończy siedemdziesiąt lat, a jedyną osobą, która złożyła jej życzenia, jest współlokatorka Jadzia, która wręczyła jej drobny upominek własnoręcznie wykonaną zakładkę do książki. Pielęgniarka Kasia podarowała jej soczystą antonówkę, mówiąc: Na zdrowie, Zosiu!. Ogólnie w tym ośrodku jest porządnie, ale większości personelu brakuje serca.
Wygląda na to, że wszyscy już przestali się łudzić, że staruszkowie trafiają tu z troski to przecież oczywiste, że dzieci oddają tu rodziców, gdy stają się kulą u nogi. Zofię przywiózł syn Tomasz, tłumacząc, że musi odpocząć i dojść do siebie, ale ona dobrze wie, że tylko przeszkadzała synowej, Małgorzacie.
Kiedyś była właścicielką mieszkania na warszawskim Żoliborzu, ale Tomasz namówił ją, żeby podpisała akt darowizny na jego rzecz. Jeszcze zanim zgodziła się na wszystko, zapewniał, że nic się nie zmieni Mamo, przecież będziesz tu mieszkała tak, jak dotąd. Wkrótce po tym cała rodzina Tomasza sprowadziła się do jej mieszkania, a Zofia rozpoczęła niekończącą się wojnę z synową.
Małgorzata miała Zofii zawsze coś do zarzucenia raz, że zupa ogórkowa niedobra, raz, że w łazience mokro, raz, że dom nie dość posprzątany. Tomasz początkowo stawał w obronie matki, lecz z czasem również zaczął się na nią wyżywać. Do Zofii coraz częściej docierały ich szeptane rozmowy za drzwiami.
Aż pewnego dnia Tomasz spojrzał jej w oczy i powiedział:
Mamo, może powinnaś trochę odpocząć, nabrać sił
Zofia już wszystko rozumiała.
Tomuś, chcesz mnie oddać do domu starców? spytała wprost.
Zarumienił się, spuścił wzrok.
Mamo, proszę cię, nie dramatyzuj. To dobre miejsce, takie sanatorium dla seniorów. Pojedziesz na miesiąc, odpoczniesz, nabierzesz sił, potem wrócisz.
Wyjechali. Tomasz szybko załatwił formalności i obiecał, że przyjedzie na odwiedziny. Zanim się obejrzała, minęły dwa lata.
Kiedy któregoś dnia zadzwoniła na dawny numer syna, słuchawkę odebrał obcy mężczyzna. Powiedział jej, że mieszkanie zostało sprzedane, a obecnego numeru Tomasza niestety nie zna. Zofia w pierwszych tygodniach po przeprowadzce do pensjonatu płakała niemal każdej nocy. Wiedziała, że już nigdy nie wróci pod tamten dach. Najbardziej bolało ją jednak to, że przed laty skrzywdziła swoją córkę, Katarzynę, poświęcając jej szczęście dla syna.
Zofia pochodziła z małej podlaskiej wsi. Mieli duży, stary dom, prowadzili razem z mężem gospodarstwo. Pewnego razu sąsiad, pan Stefan spod lasu, opowiadał jej mężowi, jak dobrze żyje się w Białymstoku praca w spółdzielni, dobre zarobki, mieszkania w blokach.
Myśl o przeprowadzce bardzo spodobała się jej mężowi, Stanisławowi. Skutecznie namówił Zofię, by zostawili wieś, sprzedali dom i dorobek całego życia, i wyjechali do miasta. Mieli szczęście przydzielono im dwupokojowe mieszkanie, meble co prawda kupowali latami, ale w końcu nawet zdobyli malucha. Stanisława zabił jednak tragiczny wypadek śmierć w szpitalu już następnego dnia.
Zofia została sama z Tomkiem i Kasią. Żeby ich utrzymać, sprzątała po nocach klatki schodowe, dorabiała gdzie się dało. Miała cichą nadzieję, że dzieci odwdzięczą się, gdy dorosną, ale rzeczywistość okazała się okrutna.
Tomasz wdał się w poważne kłopoty, a Zofia musiała pożyczać pieniądze (na polskie warunki niemałe, prawie dziesięć tysięcy złotych), by nie trafił do więzienia. Po kilku latach Katarzyna wyszła za mąż, urodziła wnuka Michała. Początkowo wszystko było dobrze, ale potem wnuczek zaczął poważnie chorować. Katarzyna rzuciła pracę, by się nim opiekować, a lekarze długo nie potrafili postawić diagnozy.
Diagnoza padła dopiero po roku: rzadka choroba, w Polsce leczy ją tylko jeden specjalistyczny szpital w Krakowie. Dostać się tam można tylko po wielu miesiącach czekania. Gdy Kasia walczyła o zdrowie syna, jej mąż ją zostawił. W szpitalu spotkała wdowca, ojca dziewczynki z tą samą chorobą. Zamieszkali razem. Po czterech latach nowy partner Katarzyny musiał poddać się ratującej życie operacji, kosztującej astronomiczne jak na realia Katarzyny pieniądze.
Zofia przez całe lata odkładała na własne konto chciała wspomóc syna przy kupnie kawalerki. Gdy Kasia poprosiła ją o pożyczkę, odmówiła, tłumacząc, że nie wyda swoich oszczędności na obcego człowieka. Córka obraziła się śmiertelnie i powiedziała: Nie mam już matki. Od tej pory minęło jedenaście lat bez słowa kontaktu.
Zofia wstaje z ławki i powłócząc nogami rusza w stronę wejścia do domu opieki. Aż tu nagle słyszy zza pleców:
Mamusiu!
Serce niemal wyskakuje jej z piersi. Odwraca się i widzi Katarzynę. W tej samej chwili nogi się pod nią uginają. Kasia biegnie, przytrzymuje ją.
Tak długo cię szukałam szepcze córka przez łzy. Tomek nie chciał mi dać żadnego adresu, podał dopiero, gdy zagroziłam mu sprawą w sądzie za bezprawną sprzedaż mieszkania.
Przepraszam, że nie przyszłam wcześniej. Najpierw byłam na ciebie potwornie zła, potem to odkładałam, a na koniec było mi już tylko wstyd. Kilka tygodni temu śniłaś mi się: błąkałaś się po lesie i płakałaś. Kiedy się obudziłam, od razu poczułam, że muszę przyjechać. Opowiedziałam o tym mężowi i on namówił mnie, żebym cię w końcu odszukała i zabrała do nas. Mamy dom nad morzem, jest tam miejsce dla ciebie. Proszę, wróć ze mną.
Zofia przytula Katarzynę z całych sił i płacze, lecz tym razem to są łzy radości.



