Trzeba było się wcześniej przygotować na przyjście dziecka na świat!
Moje wyjście ze szpitala to była prawdziwa scena rodem z filmu. Mój mąż, Paweł, zamiast być przy mnie, utknął w pracy w biurze na Marszałkowskiej. Prosiłam go, żeby wziął urlop, chociaż na jeden dzień, ale jego przełożony kategorycznie odmówił. Błagałam Pawła, żeby wszystko przygotował na narodziny naszego synka przysięgał, że się tym zajmie. Gdybyśmy tylko zrobili to wcześniej posprzątali mieszkanie, zrobili pranie, kupili to, co niezbędne Ale oczywiście życie napisało inny scenariusz! żaliła się trzydziestoletnia Renata.
Paweł nie dotrzymał słowa?
Poszłam rodzić z pustymi rękami, niczego nie mieliśmy gotowego. Wróciłam z synkiem do mieszkania, w którym panował totalny chaos. Byłam zażenowana, gdy przyszła do nas mama i siostra. Kurz przykrywał półki tak grubą warstwą, że można było pisać palcem. Wózka brak, komody nie ma, nawet nie przyszło mu do głowy, żeby kupić bodziaki czy śpioszki dla dziecka. Dobrze, że przyjaciółki z pracy podrzuciły mi paczkę pieluch! opowiadała Renata, z rozgoryczeniem.
Renata wyszła za Pawła sześć lat temu. Przez lata odkładali decyzję o dziecku, chcieli ustabilizować sytuację finansową, wynająć większe mieszkanie w Warszawie, mieć choćby małe oszczędności. W końcu, gdy wydało się, że jest spokojniej, Renata zdecydowała się na ciążę.
Od razu powiedziałam szefowi, że jestem w ciąży. Wyrzucił mnie bez mrugnięcia okiem. Inni pewnie walczyliby o swoje prawa, ale ja potraktowałam to jak znak od losu. Skupiłam się na przygotowaniach do macierzyństwa, haftowałam, szydełkowałam, spacerowałam po Łazienkach Królewskich. Nie martwiłam się pieniędzmi Paweł właśnie awansował i dostał wyższą pensję w złotówkach tłumaczyła.
Ciąża mijała spokojnie, przyszła mama czytała poradniki, powoli kompletowała listę rzeczy dla synka.
Ale Paweł zabronił mi robić jakiekolwiek zakupy przed porodem. Uparł się twierdził, że to przesądy. Tłumaczył, że na wszystko przyjdzie czas po narodzinach. Moja siostra obiecała, że odda nam swoje łóżeczko i komodę po Filipku. Przygotowała też parę ubranek i zabawki. Prosiła, żebym przyszła odebrać, uprać, posprzątać. Ale nie wolno mi było nawet kiwnąć palcem westchnęła Renata, kryjąc łzy w policzku.
A kiedy zaczęły się skurcze i ruszyła do szpitala na Inflancką, Paweł wpadł w panikę. Dopiero wtedy uświadomił sobie, ile rzeczy brakuje, ile trzeba kupić i przygotować. Renata podczas porodu myślała tylko o tym, że zostawiła mokre pranie w pralce. Kiedy wróciła, czekał ją bęben pełen zagniecionej od tygodnia odzieży.
Gdyby nie pomoc od koleżanek, nie miałabym nawet czym przebrać synka. Paweł latał po całej Warszawie, zbierając używane rzeczy a to od kuzynki, a to od sąsiadki. Ale wszystko było brudne, zakurzone, część poplamiona. Musiałam wszystko prać i czekać, aż wyschnie. W tamtej chwili miałam ochotę wyrzucić wszystkich za drzwi rozpłakała się Renata.
Kilka dni nie robiła nic poza sprzątaniem bałaganu, piorąc i układając rzeczy dla synka. Minęły już dwa miesiące od przyjścia Jasia na świat, a Renata nie chce nikogo wpuszczać do domu.
Rodzina stwierdziła, że najwyższy czas na odwiedziny, organizują już uroczysty obiad, żebym mogła pochwalić się dzieckiem. Chyba ich wyobraźnia poniosła! Już wymyślają mi obowiązki, a ja nie wiem nawet, od czego zacząć Renata mówiła z wyraźnym zdenerwowaniem.
Matka Renaty wciąż nie rozumie, skąd ta frustracja i rozgoryczenie córki. Wsiada do tramwaju i przyjeżdża, chcąc doradzić i pomóc.
Trzeba było pomyśleć wcześniej! Przez dziewięć miesięcy siedziałaś w domu, mogłaś dopilnować mebli, poprosić Pawła, żeby wszystko wniósł i uporządkował. Pewnie gdybyś naciskała, zgodziłby się na zakupy. Kobieta o wszystko musi zadbać sama, bo na mężczyzn nie ma co liczyć komentowała babcia Jasia.
Jak myślicie, czy Renata ma prawo mieć żal do bliskich, czy powinna wziąć wszystko na swoje barki? Czy rzeczywiście te przygotowania powinny leżeć tylko w jej gestii? Jak byś postąpiła na jej miejscu?



