Hej, słuchaj, muszę Ci opowiedzieć, co się ostatnio przydarzyło u mnie i mojej przyjaciółki z Akademii Czarnej Magii w Warszawie.
Będziesz mieć wielką moc, ale pamiętaj za wszystko trzeba płacić. Dlatego czarownice nigdy nie mają szczęścia w miłości mawiała babcia Jaga, przekazując Magdzie (to ja) swoje czarnoksięskie sztuczki.
Te słowa wpoiły mi się w pamięć na dobre. I rzeczywiście, z facetami nie szło mi najlepiej. Gdy już jakiś potencjalny chłopak pojawił się w moim życiu, po krótkim obrocie wystrzelił go gdzieś w kosmos. Jedni lubili się pić, inni zachowywali się jakby byli królem świata, jeszcze inni dążyli do mnie tak, że miałam ochotę zamienić ich w zwierzęta, a niektórzy po prostu… byli po prostu po prostu po prostu… nieciekawi.
W końcu, po latach rozczarowań, podniosłam rękę i krzyknęłam: Nie ma szczęścia w miłości, niech tak będzie! Do diabła romans! I zamiast mężczyzny przygarnęłam czarnego, wystraszonego kota, nazwałam go Puszek.
Nagle dotarło do mnie gołoszczące zaproszenie od starej znajomej z Akademii, Elwiry. Na czarnym pergaminie, który przywiózł wrony, czerwonymi, kręconymi literami wypisane było:
Cześć, Magdo! My z dziewczynami postanowiłyśmy zrobić coś w stylu rodzinnego obiadu w piątek trzynastego. Szabany to jedno, ale nie jesteśmy tylko koleżankami od magii, jesteśmy też przyjaciółkami, a nasze rodziny prawie się nie znają. Musimy się więc spotkać razem z naszymi drugimi połówkami. Zapraszamy wszystkich do nas. Ja i Łukasz jesteśmy razem już pięć lat.
Kto to ten Łukasz? myślałam, próbując przypomnieć, co o życiu Elwiry wiem. Okazało się, że bardzo mało.
Dorota przyjdzie z Frankiem. Borys przywiezie Ernesta. A Marzanna nie pamiętam, czy z Markiem, czy z Maxem ( ciągle myli imiona). Tak więc przyjdźcie: Ty i Twój ukochany. A jeśli wciąż jesteś sama, nie szkodzi, my i tak będziemy Cię witać z otwartymi ramionami.
Nie szkodzi?! wykrzyknęłam. Otwartymi ramionami? Jasne, że będą otwarte, że jestem sama jak głupia!
Co takiego? Jak im się udało obejść to wieczne przekleństwo czarownic fatalne pecha w miłości? Bo Elwira ma Łukasza, a te trzy dziewczyny też już mają facetów. Czy ja jestem najgorsza? Czy może najzdolniejsza? Czy mój dar jest tak potężny, że nie dopuszcza miłości?
Myślałam, gdzie te czwórki znalazły swoich chłopaków, że się nie wstydzą pokazać ich w kręgu przyjaciół. A gdzie ja znajdę takiego? Nie myślałam o miłosnym zaklęciu w naszej szkole takie czary są nieprofesjonalne, jak leczenie oczodołu przez wkłuwanie igieł. My, pięć dumnych czarownic, przysięgłyśmy, że nie użyjemy żadnych czarów miłosnych, bo wtedy będę mieć twarz jak pryszczy.
Czas do spotkania się kurczył, a kolej przystojnych mężczyzn, chętnych do towarzyszenia mi na czarodziejskich pokazach, nie nadchodziła. Im więcej myślałam o tym spotkaniu, tym bardziej przekonywałam się, że muszę iść z kimś. Mogłabym przyjść samotna, udając, że mam niewiarygodną moc, a problemy w miłości to po prostu podatek za moc. Ale przyjemniej byłoby mieć przy sobie żywe męskie ramię i zobaczyć zdziwione miny przyjaciółek, które tak się wybrzydzają.
Trzy dni przed rodzinnym obiadem zacząłam panikować. W noc przed nim kompletnie zwariowałam, a kiedy do północy zostało pół dnia, straciłam zdolność logicznego myślenia, ale zyskałam zdolność szybkiego działania. Spojrzałam na pokój, a mój wzrok przykuł się do Puszka, który właśnie wygrzewał się na parapecie.
Nie! powiedziałam sobie.
Potem: Tak!
Wyciągnęłam z pamięci starą formułę i, wypowiadając zaklęcie, przemieniłam kota w człowieka.
Wyszedł wysoki, umięśniony czarny!
Jesteś Afrykaninem? zdziwiłam się.
Nie, po prostu czarny. Co z tym? mruknął, liżąc łapę.
Nieważne A co z głosem? mój wysoki, liryczny głos nagle nie pasował do obrazu alfasamca, którego chciałam przedstawić.
Co? Puszek podniósł brew. Nie pamiętasz tego strasznego dnia? Tak, ten, kiedy nieśmiertelnie przeszłaś przez igły, białe ściany, lekarzaweterynarza, przebudzenie
No tak, a teraz nie biegasz po podwórkach, co? odpowiedziałam z westchnieniem.
Wszystko dla twojej wygody. Powiedz, czego ode mnie chcesz? Czy to test nowego zaklęcia?
Idziesz na bal, czyli właściwie na rodzinny obiad, a nie na bal, i musisz wyglądać jak zakochany kawaler. Zróbmy tak: będziesz milczeć, a ja będę mówić. Będziesz Alexem. Twoim zadaniem jest zrobić wrażenie na mnie. Rozumiesz?
Alex tylko poufał, liżąc się dalej. Zapytam:
Co zrobisz, gdy przyjdziemy?
Nie lubię czyichś mieszkań, więc pobiegnę do najdalszego pokoju, znajdę łóżko i się pod nie wślizgnę. Będę syczeć na każdego, kto mnie wyciągnie, a jeśli trzeba, użyję pazurów
Nie, nie, nie! Żadnych chowań, żadnych pazurów!
Alex spojrzał na mnie z pogardą, jakby się ze mnie śmiał.
A więc będę cię karmił wykwintną wątróbką i łososiem, jeśli spełnisz mój plan.
A co, jeśli nie znajdę toalety? zażartowałam. Zamienię to w buty.
Po kilku krótkich dyskusjach postanowiliśmy, że Alex będzie milczykiem, a ja będę głosem.
W dniu spotkania stanęliśmy przed drzwiami Elwiry. Delikatnie szeptałam do Alexa: Zrób wrażenie, ale nie gadaj.
On mruknął: Mogę mruczeć, to zawsze działa.
Nie mów nic, bo odetnę ci ogon! odpowiedziałam.
Dziewczyny przywitały nas z wysokim, przystojnym blondynem. Alex nagle wyglądał, jakby chciał zaszczekać, ale odwrócił się i uśmiechnął się niczym niewinny.
Wszyscy już byli zebrani. Franek Doroty wypoczęty brunet z bladą twarzą i idealnym ciałem wydał mi dziwne wrażenie, jakby coś było nie tak. Borys przywiózł Ernesta, który był jak skała: masywny, niezdarny, powolny. Marek (albo Max, bo Marzanna tak i nie mogła się zdecydować) był zwykłym gościem, patrzącym w swoją dziewczynę z miłością. Alex zachowywał się elegancko, raz chwytając zwisający pasek Borysa, a ja szybka ręką odebrałam mu zabawkę, grożąc brakiem łososia.
Wszystko szło gładko, Alex milczał, a przyjaciółki opowiadały o swoich związkach, planach i tak dalej. Ja z trudem wymyślałam romantyczną historię o czarnym kochanku, ale przynajmniej nie czułam się najgorsza. Po połowie wieczoru trochę się uspokoiłam i zrelaksowałam, aż nagle
Alex wstał od stołu.
Dokąd? syknęłam prosto w jego ucho.
Muszę iść odbił z takim samym sssaniem.
Gdzie są buty? Wiesz, w którą pokój?
Oczywiście, spokój.
Odszedł, a ja siedziałam jak na kolcach. Czy nie pomyli się łazienką z garderobą? Czy nie zacznie wyrzucać wszystko do toalety? Po pół godziny czekałam, a on wciąż nie wracał. Zobaczyłam, że Dorota poprawia krawat Frankowi, Borys namawia Ernesta, aby nie miał kamiennej twarzy, a Marzanna słucha kolejnego wyznania od MarkaMaxa. Elwira patrzyła gniewnie na Ludzika, który gryzł kość kurczaka.
W końcu zobaczyłam Puszka na kuchni, na stole.
Zejdź! krzyknęłam szeptem. Zejdź ze stołu, co tu robisz?
Tu jest kiełbasa zamruczał Alex, podgryzając.
Tu też jest kiełbasa! W twoim talerzu! krzyknęłam.
Naprawdę? mruczał głośniej.
Zejdź natychmiast! Nie zawstydzaj mnie!
Puszek opierał się, ale w końcu spadł na podłogę, przewracając kilka talerzy i kieliszków, lądując nie na łapach, ale na kościak.
W tym momencie weszła Elwira.
Co się stało? Alex, czujesz się źle?
Tak! wykrzyknął, a ja chwyciłam za podpowiedź: Czuję się źle, bo się przestraszyłem!.
Elwira wyciągnęła z szafki małą buteleczkę, nalała łyżeczki i podała Alexowi z szklanką wody, mówiąc: Weź, uspokoi się.
Zanim zdążyłam się obejrzeć, Alex przepił wodę, wypił całą buteleczkę i wylał ją na podłogę.
Nie mogę wcale walerianę! zawołałam w ostatniej chwili.
Możesz! wykrzyknął z nowym, donośnym głosem. Teraz mogę wszystko!
I ruszył po domu, trąbiąc jedną z butelek piwa, którą podniósł ze stołu.
Co z nim? zdziwiła się Elwira.
Alergia alergia na walerianę wymamrotałam, biegnąc za szalejącym kotemczłowiekiem.
Nadążyłam do sypialni, gdzie Alex skakał po kanapie, wylądował na zasłonie, zerwał zasłonę i przewrócił się po dywanie. Kiedy próbowałam go złapać, podskoczył z figlarnym błyskiem w oczach i pobiegł w stronę spiżarni.
KOROBKA!!! rozległ się jego radosny okrzyk.
Wszyscy zebrali się wokół, a Alex wkładał się w karton po mikrofalówce, który pękał pod jego ciężarem.
To mój kot! zachichotała Dorota.
Zostało mi tylko zrobić klasyczny gest kapitana Picarda wziąć się w twarz.
To naprawdę alergia? zmarszczyła Elwira.
Dajcie spokój, wtrącił Alex, nie przerywając rozpakowywania się, ja jestem kot!
Cholera! pomyślałam, szukając zaklęcia, które pozwoliłoby mu zniknąć w ziemię.
Jak mogłaś! wykrzyknęła Dorota.
Kastrowany kot! dodał Alex, rozpadując się w roztrzaskanym kartonie.
Wtedy Borys, z goryczą w głosie, powiedział: Zdradziłyśmy naszą przyjaźń! i cisza wypełniła pokój, przerywana jedynie chichotem chłopaka Doroty. Jego bladą twarz rozjaśnił nagły wybuch śmiechu, a potem
Ups przyznała Dorota, też bladniejąc.
Elwira spytała drżącym głosem:
Co się stało?
Dorota, patrząc w powietrze, wymamrotała: Ożywiłam Franka Z zombie wszystko jest niepewne Głowa jest na jednym ciele, a tułowie po prostu niepasujące.
Elwira, w roli surowej nauczycielki, powiedziała: Zdradziłyście naszą przyjaźń! Nasze zaufanie! Jak mogłyście? Jesteśmy z Akademii i nigdy nie kłamiłyśmy!
Borys szeptem dodał: Ernest to golem
Wszyscy spojrzeli na Marzannę, oczekując dalszej historii.
Krótkie podsumowanie przyznała przyciągnęłam go swoim czarem.
Wszyscy westchnęli: Ach!.
Tak, złamałam przysięgę! Co miałam innego wyboru? Myślałam, że u Was wszystkie sprawy sercowe są w porządku. Ty, Elwira, opowiadałaś o swoim Łukaszu. Było mi naprawdę przykro
No właśnie, wszyscy wpadliśmy w to samo przytaknęła Magda.
Nieudaczniki! wycięła Elwira, odwracając się. Chodźmy, Łukaszu.
Łukasz stał i ryczał na zwijającego się w kartonie Afrykanina.
Łukaszu! krzyknęła gospodyni domu.
Ryk nasilił się.
Zrozumiawszy, że odW końcu wszyscy, zmęczeni i rozbawieni, położyli się razem na podłodze, a ja, wciąż trzymając Puszka na kolanach, podziękowałam losowi za ten niesamowicie chaotyczny, ale pełen przyjaźni wieczór.



