11 listopada, niedziela
Tyle lat już żyję tutaj, w naszej małej, podkarpackiej wsi, że myślałam, że nic mnie nie zdziwi, ale od paru lat sąsiadka, Halina, przerosła wszelkie granice. Kiedyś byłyśmy bliskimi koleżankami, jeszcze ze szkolnej ławy. Nawet w trójkę się trzymaliśmy ja, Halina i nasz kumpel z dzieciństwa, Piotrek, zwany Mopciarzem. Przezwisko dostał, bo kiedy był młody, śmigał po okolicy swoim motorynkiem, co, jak o tym myślę, rozczula mnie po dziś dzień. Teraz motorynka pokryta kurzem w szopie, a z Piotrka został tylko przydomek.
Dziś z Piotrkiem czasem popijemy razem herbatę oboje wdowcy, już po sześćdziesiątce, dzieci i wnuki swoje światy mają. Ale za to Halina Och, Halina! Kiedyś serdeczna, teraz zła jak osa. Przekształciła się po śmierci męża. Zrobiła się zawistna, czepialska, zgryźliwa. Często łapię się na tym, że gdy rozmawiamy, jej spojrzenie pełne jest niechęci jakby żal, że nie podzieliłam jej losu.
I z tą zazdrością o Piotrka pojawiają się nieustanne awantury. Dziś znowu zaczęła:
Moich kropelkowych szkiełek nie tykaj! krzyczała przez płot. Lepiej pilnuj swoich oczu! Myślisz, że nie widzę, jak patrzysz na mojego Piotra?
To ty zazdrosna jesteś? odpowiedziałam ze zdumieniem. No, no, Halinko, na kogo wyciągnęłaś wargi! Kupię ci praskę do zwijania ust na Gwiazdkę!
Sobie zostaw! odburknęła. Chyba już żadna praska ci nie pomoże. Myślisz, że ja nic nie widzę?
Ach, ile można! A przecież za mną wiosna już dawno minęła siedemdziesiątka tuż, tuż miałabym się o mężczyznę dopominać? Zresztą, do Boga się modlę co ranka przy moim ukochanym, starym ikonostasie, choć do kościoła już rzadko chodzę, zdrowie nie pozwala. Ale coś musi być nad nami, co to to nie.
Wnuki? Jeszcze jedna udręka moje wiecznie leniwe, tylko telefonami się bawią. Ale dzieci niech swoje dzieci wychowują ja swój obowiązek spełniłam.
Ale Halina mnie prześladuje z coraz to nowszą pretensją. Najpierw to była sprawa z tojtojem że śmierdzi. Toż, przecież trzydzieści lat tam stoi i nagle zaczęło przeszkadzać? Poszłam do dzieci syn z córką dorzucili się i zamontowali mi ubikację w domu. Piotrek pomógł zakopać dawny dół, a ja z ulgą myślałam, że to już koniec. Gdzie tam!
Już na następny tydzień była akcja z gruszą rzekomo moje wnuki obdarły jej drzewo z owoców, bo gałęzie przechylały się nad moją działką. Chciałam załagodzić sprawę:
Myśleli, że to nasze! tłumaczyłam, bo jak dla mnie, owoce wciąż tam wisiały.
Kury twoje u mnie ryją w grządkach! wrzeszczała wtedy.
Kura to głupie stworzenie, wiadomo odpowiadała najeżona. Ale wnuki wychowywać trzeba, babcia!
I znowu wszystko kończyło się na Piotrku. Dla niej był już tylko lakoniczny: Dzień dobry, dla mnie uśmiech, kawa, żarty. Nie mogła tego ścierpieć.
Z czasem jej ataki robiły się coraz bardziej absurdalne raz o kwiaty, innym razem o kawałek płotu. Kury rzeczywiście zaczęły u mnie buszować. Mówiłam, że jak złapię dwie, upiekę na niedzielę, ale szkoda mi ptaków zresztą Halina pewnie by się zemściła.
Piotrek, mój niezastąpiony przyjaciel z pomysłami, wynalazł coś z internetu każdej nocy rozkładałam gotowane jajka na grządkach, a rano zbierałam, udając, że to kurzy urobek. Halina patrzyła osłupiała, potem jej kury więcej się u mnie nie pokazały.
Ale na tym nie koniec. Teraz dym z mojej letniej kuchni przeszkadzał a przecież przez całe lato do jesieni tam zupę stawiam, coś upiekę. Wcześniej jej nie przeszkadzało! Zatruwałam jej powietrze, a ona wegetarianka i w dodatku cytowała jakieś przepisy z sejmu!
Aż w końcu poczułam się tak zmęczona, że przy herbacie zwierzyłam się Piotrkowi:
Może oddać ją na badania? Ona mnie wykańcza
No co ty, Jadwiga, zadławi się tobą zażartował Piotrek. Ale mam dla ciebie inną propozycję!
Dwa dni później, rankiem, słyszę nawoływanie: Jadzia, Jadzia, wychodź z chałupy!
Na podwórku Piotrek, śmiejący się jak dawniej, na działającym znów motorynku. Zabieram cię na przejażdżkę wołał. Zapakowałam się bez chwili wahania w końcu teraz to oficjalnie młoda emerytka, a państwo nas zachęca do aktywności! Pojechaliśmy przez wioskę, śmiejąc się z bzdurnych problemów.
Kilka tygodni później Piotrek zrobił mi niespodziankę oświadczył się! Tak po swojemu, w jego stylu odważnie, z humorem. Przeprowadziłam się do niego, znów stałam się Kozeryńską Panią.
A Halina została na swoim, sama, z wiecznie złym humorem. Zazdrościć miała czego a kłócić się z nikim już nie mogła. Może w końcu życie ją nauczy, że lepiej się pośmiać, niż żreć złośliwość dzień w dzień.
A ja? Moje życie to dziś prawdziwa piosenka! Czego chcieć więcej na starość?
No, może tylko, żeby więcej nie musieć przerabiać wychodka na domową toaletę Ale przynajmniej się na coś przydało.



