Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć o tym, co się stało na jednym weselu, kiedy nagle uciekła panna młoda. Po raz pierwszy w życiu trafiłam na taką sytuację i wciąż nie mogę uwierzyć, że to naprawdę się zdarzyło.
Było to w małym miasteczku pod Warszawą, w Urzędzie Stanu Cywilnego w Piasecznie. Nie zaproszono mnie, ale moja przyjaciółka Łucja miała iść ze swoim chłopakiem Tomkiem, który był krewnym pana młodego. Na dzień przed ceremonią Łucja wpadła do szpitala, więc Tomek musiał wybrać się sam. Łucja nie była zachwycona, bo wokół było mnóstwo niezamężnych dam i ona nie chciała zostawać sama.
Coś mi się wydaje, że ten chłopak wpadnie w jakieś tarapaty, że jakaś babcia go złapie i przyciągnie do siebie. A potem pożeni się z kimś innym albo nagle przyzna, że jest w ciąży! kombinowała Łucja. Nie wierzę Wam, panowie, nie dajcie się zwieść! dodała z pogardą.
Tomek był zestresowany, bo naprawdę chciał zobaczyć wesele. Kiedy zapytała mnie, czy się wybiorę, odpowiedziałam krótkim nie, nie proś. W głowie jednak już wiedziałam, że i tak pójdę przyjaciółka nie dała się tak łatwo odciągnąć.
Oskar, pan młody, miał 45 lat, był rozwiedziony i prowadził dwie drobne sklepiki, stację benzynową i jeszcze coś tam. Nie miał własnych dzieci, ale wychowywał syna ze swojej pierwszej żony, który dorósł i stał się typem daj mi, kup mi, podaruj mi. Oskar i syn rzadko rozmawiali, ale on podtrzymywał go pieniądzmi, trzymając się starej obietnicy.
Co do panny młodej, wiedzieliśmy tylko, że jest znacznie młodsza od Oskara. Pojawiła się piękna blondynka, choć włosy miała poczarowane na czarno, długo sięgające pasa. Wyglądała na dwadzieścia pięć lat, ale w rzeczywistości miałam wrażenie, że ma nieco więcej.
Ceremonia zaczęła się normalnie, ale nagle w drzwiach pojawił się przystojny, nieco dziewczęcy chłopak z uśmiechem, który przyglądał się wszystkim. Goście skupili się na przemówieniach, a panna młoda tylko wzrokowo krążyła po sali. W pewnym momencie spojrzała na tego nieznajomego i od razu zmieniła wyraz twarzy. Nastąpił mały chaos.
Chłopak wskazał na drzwi, a Świętosława (tak właśnie nazywała się panna młoda) odwróciła się i podążyła za nim. Wtedy padło: W życiu każdego człowieka zdarzają się dni, które zostają w pamięci na zawsze. Goście wybuchli okrzykami, a matka Świętosławy krzyknęła: Święto, dziewczyno, zatrzymaj się!.
Oskar zachował zimną krew i tylko się uśmiechnął. Ceremonia została przerwana, goście nie wiedzieli, co myśleć, a matka panny młodej płakała w holu. Jeden z gości podszedł i szepnął: Zjechała samochodem. Coś jest nie tak, nie odbiera telefonu. Nikt nie miał pojęcia, co się dzieje.
W sumie było nas około pięćdziesiąt, niektórzy przyjechali z daleka. Ktoś zapytał: Skąd teraz, Aniu? Czy jedziemy pociągiem, czy do knajpy?. Wysoką blondynkę w falującej fryzurze zrozpaczona matka jedynie westchnęła.
Najbardziej zaskoczył mnie Oskar. Spojrzał na zagubionych gości i powiedział: Panowie, chodźmy do knajpy! Wszystko już zamówione i opłacone. Jedźmy!. I tak wszyscy ruszyli, nie smuciąc się ani trochę. Oskar zachował się godnie, choć widać było, że jest zmartwiony. Pierścionki włożył do kieszeni.
Podczas kolacji dowiedzieliśmy się, że uciekła Świętosława z synem Oskara. To brzmiało jak scenariusz z serialu. Była z nim w związku, on ją zostawił po dwóch tygodniach i zniknął. Potem poznała Oskara, on się w niej zakochał i, mimo różnicy wieku, zaproponował małżeństwo. Matka Świętosławy wycierała łzy chusteczką i mówiła: Mamy szczęście, bo on jest poważny, ma dobre zarobki. Nie mogłyśmy przewidzieć takiego obrotu spraw. Nawet nie wiedziała, że jej przyszły mąż jest ojcem jej byłego kochanka. Czy on o tym wiedział? Nie wiadomo. Ojciec Oskara, którego zaproszenie przybyło w ostatniej chwili, rozpoznał w pannie młodej swoją dawną przyjaciółkę dopiero to wyjaśniło całą sytuację.
Tomek nie potrafił nawet tańczyć, a co gorsza ciągle dzwonił do Łucji w szpitalu, żałując, że nie mógł być przy tym ważnym momencie. Goście spokojnie jedli, pili i szeptali o świętej osobie. Oskar pozostał taki spokojny, jak wąż w ciepłej kąpieli, choć chyba po prostu udawał, że nic go nie rusza.
Po dwóch godzinach wszyscy prawie zapomnieli o całym zamieszaniu, jedynie jedna starsza ciocia, surowa i wojownicza, wciąż narzekała: Świętosławę trzeba ukarać za taką jazdę!. Prowadzącego zaproponowano, by odeszło wczesniej, ale młody facet od razu zapewnił, że wszystko znowu się ułoży i goście będą się świetnie bawić.
W końcu Świętosława po raz drugi pojawiła się przy drzwiach, a matka znów rzuciła się na nią. Ojciec przybiegł, jakby chciał ją przytulić i pouczyć. Oskar podbiegł tam, a ona, po chwili zadumy, uklękła przed nim i poprosiła o wybaczenie za ucieczkę. Potem podeszła do niego i powiedziała, że rozumie, dlaczego mu wybaczył, bo sam kiedyś popełnił błąd.
Oskar odpowiedział: Każdy zasługuje na drugą szansę. W życiu popełniamy błędy, ale nie powinniśmy się poddawać. Jeśli ktoś cię zdradzi, to inna historia, ale raz w życiu trzeba przebaczyć wszystko. I tak się stało w końcu naprawdę się pobrali. Dwa miesiące później w Urzędzie Stanu Cywilnego w Warszawie złożyli wniosek i oficjalnie zostali małżeństwem. Ten złodziej wesela zniknął, a plotki głoszą, że Oskar wciąż mu pomaga, choćby pieniędzmi.
A cóż? Oskar i Świętosława mają już niedawno bliźniaczki! Co do Tomka, to wspomina to wesele mówiąc: No cóż, przynajmniej mam co opowiadać!. I wiesz co? Nie chciałabym nikomu takiego wesela życzyć.
No i to wszystko, przyjaciółko. Mam nadzieję, że przynajmniej trochę rozjaśniłem tę całą historię. Trzymaj się!



