Dziennik Wpis z 15 grudnia
Babcia Janina spędzała wieczór, siedząc przy oknie swojego mieszkania w Warszawie. Nie było tam szczególnego widoku szary blok naprzeciw, podświetlony raz na jakiś czas leniwą lampą, czasami przemykał któryś z sąsiadów lub pies sąsiadki. Wczesny, zimowy zmierzch otulał podwórko ciszą, którą przerywało tylko szuranie łopaty gospodyni Anieli odgarniającej śnieg.
Na parapecie leżały jej okulary, obok starej Nokii, której pęknięty ekran ledwo reagował. Czasem telefon krótką wibracją dawał znać, że w rodzinnej grupie pojawiła się nowa fotografia albo nagranie, dziś jednak milczał. W mieszkaniu panowała ta szczególna cisza, kiedy nawet tykanie zegara na ścianie wydaje się nazbyt wyraźne.
Wstałem i przeszedłem do kuchni. Zapaliłem lampę, której żółtawy blask rozlewał się po stole. Stygły na nim ruskie pierogi, przykryte talerzem. Ugotowała je wcześniej, na wypadek, gdyby ktoś zajrzał. Oczywiście nikt się nie pojawił.
Usiadłem i ukroiłem kawałek pieroga. Ciasto przez te kilka godzin zrobiło się gumowate. Zjeść można ale człowiekowi nie o to chodzi. Nalałam herbatę z wysłużonego emaliowanego czajnika, posłuchałem, jak cieknie do szklanki. Westchnąłem głośno, sam siebie zaskakując ciężarem tego westchnienia.
Czemu marudzę? pomyślałem. Przecież wszyscy zdrowi, dach nad głową jest. A jednak
Obok tych myśli wracały urywki ostatnich rozmów. Córka, Danuta, mówiła przez telefon z napięciem w głosie, jak struna:
Mamo, już nie mam siły z Henrykiem. On znowu…
A zięć, trochę z przekąsem:
Znowu ci się żali? Powiedz, nie wszystko w życiu jest jak się marzy.
I wnuk, Sebastian, kiedy pytam, co u niego, rzuca tylko krótkie spoko, no, dobra. Przecież kiedyś potrafił opowiadać godzinami o szkole, o kolegach. Teraz dorósł, jasne ale mimo wszystko zabolało.
W domu nie kłócą się przy mnie głośno, nie trzaskają drzwiami. Ale wyczuwa się, jakby coś stało między słowami. Niewidzialna ściana, niedopowiedzenia, urazy, których nikt nie chce nazwać. A ja między nimi, raz do córki, raz do zięcia, staram się nie mówić zbyt wiele, by nie urazić, nie podsycić. Nieraz łapię się na tym, że może to moja wina, może inaczej powinnam była wychowywać, podpowiadać, milczeć w odpowiednich momentach.
Upiłem łyk i poparzyłem sobie język. Nagle przypomniałem sobie czasy, gdy Sebastian jeszcze małym był i razem pisaliśmy list do Świętego Mikołaja. Króciutkimi literkami wypisywał: Proszę, przynieś mi klocki i żeby mama z tatą się nie kłócili. Śmiałam się wtedy i głaskałam go po głowie, zapewniając, że Mikołaj słyszy każde życzenie.
Trochę mi się zrobiło wstyd, że go tak okłamałam. Rodzice Sebastiana nie przestali się sprzeczać. Tylko nauczyli się robić to ciszej.
Odsunąłem szklankę, jakby miała mi wyrzucać te myśli. Wstałem, przeszedłem do pokoju i zapaliłem lampkę na biurku. Padła na notes w kratkę i szklankę z piórami.
Zatrzymałem się, patrząc na przedmioty. W głowie zakiełkowała niedorzeczna, dziecięca myśl: a co jeśli Może napisać list. Taki prawdziwy. Nie o prezent. Tylko o prośbę.
Roześmiałem się sam do siebie. Stary dziad postanowił pisać do baśniowego świętego Ale ręka już sunęła w stronę notesu.
Usiadłem, poprawiłem okulary na nosie, wziąłem długopis. Przewróciłem kilka zapisanych stron i wybrałem czystą. Chwilę się zawahałem, po czym zacząłem: Drogi Święty Mikołaju
Ręka mi drżała. Zrobiło mi się głupio, jakby ktoś patrzył mi przez ramię. Obejrzałem się po pustym pokoju nikt nie patrzył.
No to pisałem dalej:
Wiem, że jesteś dla dzieci, a ja już stara jestem. Ale nie będę prosić o płaszcz, telewizor, czy inne rzeczy. Mam, co potrzebuję. Chciałabym poprosić o jedną rzecz: o zgodę w rodzinie. Żeby córka z zięciem nie kłócili się, żeby wnuk nie milczał jak obcy. Żebyśmy mogli siadać razem do stołu i nie bać się mówić. Wiem, że ludzie sami sobie winni, twoja w tym raczej rola mała. Ale może, jeśli możesz, pomóż choć trochę. Może nie powinnam, ale proszę. Żebyśmy się słyszeli.
Podpisałem: Babcia Janina.
Przeczytałem, co napisałem. Wydało mi się to dziecinne i koślawe. Ale nie przekreśliłem jakby naprawdę zrobiło się lżej, bo wyrzuciłem to z siebie, nie w pustkę.
Złożyłem kartkę na pół, potem jeszcze raz. Gdzie ją włożyć? Do skrzynki? Przez okno? Śmieszne…
Wstałem i sięgnąłem po torbę jutro i tak miałem iść na pocztę zapłacić czynsz. Wrzuć przy okazji do skrzynki pomyślałem. Teraz wszędzie takie wystawiają na listy do Mikołaja. Tak sobie ułatwiłem poczucie, że nie tylko ja.
Wsadziłem list do kieszonki torby, zgasiłem światło i położyłem się spać. Długo przewracałem się z boku na bok, wsłuchując w ciszę.
Rano wyszedłem wcześniej niż zwykle było ślisko, śnieg skrzypiał pod butami. Przed klatką sąsiadka Teresa z pieskiem Romanem dopytała o zdrowie. Wymieniliśmy kilka słów i poszedłem dalej, mocniej ściskając pasek torby.
Na poczcie tłum, kolejka do okienka z opłatami. Ustawiłem się na końcu, wyjąłem rachunki i list. Ale nie znalazłem żadnej skrzynki na listy do Mikołaja tylko zwykłe skrzynie pocztowe i gablotka z kartkami i znaczkami.
Zgłupiałem. No proszę, człowiek sobie wymyślił… Zamiast wyrzucić list do śmietnika, schowałem z powrotem do torby. Zapłaciłem rachunki i opuściłem pocztę.
Przy kiosku z zabawkami na wywieszce zauważyłem napis: Listy do Świętego Mikołaja. Ale ekspedientka właśnie zdejmowała pudło.
Już po, ostatni termin był wczoraj powiedziała, zauważywszy mój wzrok. Teraz już nigdzie nie zdążą.
Podziękowałem, choć nie było za co, i poszedłem do domu. List przeleżał w torbie, malutki, ciepły kamień, o którym trudno zapomnieć.
W domu odwiesiłem płaszcz, torbę postawiłem na stołek.
Telefon zawibrował w kieszeni. Wiadomość od córki: Mamo, wpadniemy w weekend, dobrze? Sebastian pytał o jakieś stare książki do szkoły.
Poczułem jak ściska mnie w środku a potem odpuszcza. Przyjadą czyli nie wszystko jeszcze tak złe. Odpisałem: Oczywiście, czekam na was.
Potem rozpakowałem zakupy i nastawiłem zupę. List wciąż tkwił w kieszeni torby.
W sobotę po południu na klatce rozległy się znajome kroki. Wyjrzałem przez wizyjerek córka z reklamówką, zięć z pudłem, Sebastian z plecakiem przewieszonym przez ramię. Wyrósł mi chłopak, szczupły, włosy spod czapki wyłażą.
Cześć, babciu przywitał się, wchodząc pierwszy, nieco niezdarnie całując mnie w policzek.
Chodźcie, zdejmujcie buty, mam dla was kapcie.
Od razu zrobiło się gwarno. Pachniało śniegiem i cukierkami, które córka niosła w torbie. Zięć marudził, że klatka znowu nieposprzątana, Sebastian zdejmował buty i ramię zahaczał o wieszak.
Mamo, my na chwilkę, jutro do jego rodziców trzeba rzuciła Danuta.
Jasne, jasne, wchodźcie do kuchni, zupa na was czeka.
Usiedliśmy przy stole zięć bliżej okna, córka przy nim, Sebastian naprzeciw mnie. Nalewaliśmy zupy w milczeniu, tylko sztućce stukotały o talerze. Rozmowa zeszła na korki, ceny, pracę. Słowa płynęły, ale pod spodem czuło się napięcie.
Sebastian, pytałeś coś do szkoły? przypomniała córka po obiedzie.
A, tak. Babcia, masz coś z historii? O wojnie? Nauczyciel mówił, że można coś poczytać.
Mam całą półkę takich książek, zaraz ci pokażę.
Przeszliśmy razem do pokoju. Sięgnąłem po oprawione tomy.
Tu masz o Powstaniu, tu o partyzantce, tu czyjeś wspomnienia… Co wolisz?
Coś, żeby nie było nudne.
Patrzył na książki z zainteresowaniem, i choć był cichy, widziałem w nim tego samego chłopczyka sprzed lat.
Weź tę, bardzo dobrze się czyta. Sama się dawniej zaczytywałam.
Sebastian włożył książkę do plecaka.
Dzięki, babcia.
Jeszcze chwilę pogawędziliśmy o szkole, o nauczycielu historii, który ma świra, ale spoko. Słuchałem, zadawałem pytania. Dobrze mi było, że tak rozmawiamy.
Po chwili Danuta zajrzała:
Sebastian, zbieraj się, za pół godziny wyjeżdżamy.
Pożegnanie znów odbyło się w tłoku. Kurtki, szaliki, przypomnienia zadzwoń, nie zapomnij. Odprowadziłem ich do wyjścia. Cisza wróciła niemal natychmiast. Sprzątałem kuchnię, kiedy nagle przypomniałem sobie o liście w torbie. Wsunąłem rękę do kieszeni, przez chwilę chciałem zniszczyć tę kartkę, ale w końcu schowałem ją głębiej i zapiąłem zamek.
Nie wiedziałem, że Sebastian, zdejmując plecak, przypadkiem wypatrzył biały róg papieru. Odłożył torbę, zobaczył napis: Drogi Święty Mikołaju, i zamarł. Nie wyciągnął listu rodzice byli obok, wszyscy się spieszyli, ale ten napis utkwił mu w głowie.
Wieczorem, kiedy w domu otworzył plecak, przypomniał sobie o nim. Zaczął od śmiechu, potem zrobiło mu się dziwnie, wreszcie poczuł smutek. Dorosła kobieta… Listy do Mikołaja…
Kilka dni później po szkole napisał sms-a: Babcia, mogę dziś wpaść? Potrzebuję jeszcze książki. Odpisałem od razu: Jasne, czekam.
Wszedł do mnie po lekcjach, kurtkę rzucił na stołek. Torba leżała, wystawał róg kartki. Sebastian, udając, że poprawia sznurowadło, sięgnął, wyjął list, wsunął do kieszeni bluzy. Zaczerwienił się, ale nie mogłem mieć o to żalu. Zjedliśmy razem naleśniki. Rozmawialiśmy o szkole, świętach. Gdy wyszedł, list miał już u siebie.
W domu, zamknięty w pokoju, przeczytał list dwa razy. Najpierw się speszył, potem poczuł coś w rodzaju ukłucia. Żeby wnuk nie milczał jak obcy…
Przypomniał sobie, jak ostatnio zbywał moje pytania, jak często odpowiadał jednym słowem. Nie ze złości. Po prostu… Nie miał siły, ochoty, czasu. Ale ja czułem się przez to, jakby naprawdę był daleki.
Cały wieczór wahał się, czy powiedzieć mamie. Albo oddać list. Nic nie zrobił.
Następnego dnia opowiedział o tym kumplowi. Ten roześmiał się:
Moja babcia tylko o emeryturze gada, święty Mikołaj ją nie rusza!
To nie jest śmieszne odburknął Sebastian, sam siebie zaskakując.
Wieczorem przewijał rodzinnego whatsapp-a: fotka sałatki, żart o korkach, zaproszenie na firmową Wigilię. Nic poważnego. Napisał nawet: Mamo, może zrobimy Wigilię u babci?, ale zaraz skasował. Wyobraził sobie odpowiedź: Oszalałeś, przecież do dziadków z Mokotowa jedziemy!
Znów wyjął list. Przeczytał. I wtedy przyszedł mu pomysł nie Wigilia, po prostu wspólny obiad, bez okazji.
Zebrał się na odwagę i wszedł do mamy:
Mamo… może pojedziemy do babci całą rodziną? Tak po prostu, na obiad.
Przecież bywamy zdziwiła się.
Ale nie na chwilę. Tak naprawdę, spokojnie. Nawet mogę pomóc w kuchni.
Mama uśmiechnęła się z niedowierzaniem:
Ty? No proszę… Ale ojciec zmęczony, ja mam raport…
Możemy w weekend. Choć raz.
Westchnęła.
Pogadam z tatą. Ale nie obiecuję.
Wieczorem podsłuchał ich rozmowę w kuchni.
Sam zaproponował mówiła mama. Wyobrażasz sobie?
Co my tam będziemy robić? mruknął ojciec. Znowu rozmowy o zdrowiu i emeryturze…
Jest tam sama cicho odpowiedziała mama. I chyba Sebastianowi na niej zależy.
Po chwili ojciec burknął:
No dobrze. W sobotę pojedziemy.
Sebastian wygrał drobną bitwę.
Nazajutrz zadzwonił do mnie:
Babciu, my w sobotę wpadamy. Przyjadę wcześniej, pomogę coś ugotować.
Zawahałem się z radości.
Jasne. Sałatka? Ziemniaki?
Mogę kroić zapewnił.
W sobotę stanął w drzwiach z torbami zakupów. Obierał ziemniaki, kroił warzywa. Upominałem go, by uważał na palce. Śmialiśmy się z jego niezgrabnych ruchów.
W kuchni pachniało pieczonym mięsem i cebulą. W radiu cicho grały kolędy. Za oknem pochmurno. W pewnej chwili zapytał:
Babciu… wierzysz w Świętego Mikołaja?
Zamieszałem łyżką i spojrzałem na niego uważnie.
Dawno temu, jak byłem dzieckiem. Teraz… może trochę inaczej odparłem.
Bo w szkole była dyskusja… Fajnie by było, gdyby istniał mruknął.
Trochę mi drżała ręka, kiedy odwracałem kotleta na patelni, ale nie powiedziałem nic więcej. On też już nie drążył.
Kiedy przyszli Danuta i Henryk, na stole czekała uczta. Usiedliśmy do obiadu. Początkowo sztywno, ostrożnie, jakby każdy wyczuwał niewidzialne miny. Ale rozmowa powoli się rozluźniała, śmiech wracał naturalnie. Wspominaliśmy zabawne historie z dzieciństwa Danuty, żartowaliśmy. Sebastian siedział cicho, lecz z życzliwym uśmiechem.
W pewnej chwili Danuta sama powiedziała:
Mamo, przepraszam, że tak rzadko do ciebie wpadamy. Wszystko to przez pośpiech i nerwy
Rozumiem odpowiedziałem, gładząc brzeg talerza. Wiem, że macie swoje życie, i nie mam żalu.
Ale Sebastian się wtrącił, nieśmiało:
Możemy przecież częściej. Bez świąt.
Ojciec spojrzał na niego, tym razem z uznaniem.
Racja. Fajnie było przyznał.
Postaramy się dodała Danuta.
Gdy się zbierali, znów było zamieszanie z kurtkami, torbami. Danuta zapowiedziała, że następnym razem też spróbują posiedzieć dłużej.
Kiedy zostaliśmy z Sebastianem sam na sam, zwróciłem uwagę na notes przy stole listu już tam nie było.
Babciu… jeśli czegoś chcesz, żebyśmy robili inaczej… to po prostu powiedz. Nie musisz pisać listów. Powiedz nam.
Patrzyłem w jego oczy, przez chwilę zdziwiony, potem z czułością.
Dobrze. Jeśli będzie trzeba powiem.
Wyszedł, zamknęli za sobą drzwi.
Usiadłem na kuchennym stołku wśród pustych talerzy. W powietrzu unosił się jeszcze zapach herbaty i mięsa. Czułem spokój. To nie była euforia, nie szczęście raczej łagodność, jakby w domu przewietrzyło.
Konflikty nie zniknęły wiedziałem o tym. Ale dzisiaj coś się zmieniło. Tak, jakbyśmy wszyscy, choć na moment, stali się sobie bliżsi.
Nie wiem, co stało się z listem. Może leży jeszcze w torbie, może Sebastian go przechowuje. Już nie jest to ważne.
Podszedłem do okna. Na podwórku dzieci lepiły śnieżnego bałwana, jeden chłopiec w czerwonej czapce śmiał się do rozpuku. Przylgnąłem czołem do szyby i uśmiechnąłem się delikatnie tak, jak człowiek rzadko uśmiecha się sam do siebie.
A Sebastian? W kieszeni kurtki w swoim mieszkaniu przechowuje mój list. Czasem wyjmuje, czyta fragment i znów odkłada. Nie jak prośbę do Świętego, lecz jako przypomnienie, że są rzeczy, których chce dla niego ktoś, kto czeka na telefon i gotuje rosół.
Nie wspomniał o liście rodzicom. Następnym razem, gdy mama powiedziała, że nie ma siły na wizytę, oznajmił spokojnie:
To ja sam pojadę.
I pojechał nie z okazji świąt. Po prostu. Nie było w tym żadnej magii tylko zwykły, ludzki gest zrobiony w stronę zgody, o którą ktoś kiedyś poprosił na kartce w kratkę.
Kiedy otworzyłem mu drzwi, nie pytałem o powód. Powiedziałem tylko:
Chodź, Saszku, zaraz będzie herbata.
I to wystarczyło, żeby w domu znów było cieplej.
Dziś wiem jedno: czasami wystarczy odważyć się powiedzieć głośno to, co się czuje. Zamiast czekać na cud, zrobić pierwszy krok samemu.



