Dwa tygodnie na spakowanie walizek i znalezienie nowego dachu nad głową. Córki strzeliły focha
Marianna od wczesnych lat została wdową. Samotnie wychowywała dwie córki Małgorzatę i Jadwigę. Nigdy jednak nikt nie słyszał od niej słowa skargi. Wychowała dziewczyny na porządnych ludzi, obie skończyły studia, za które ciężko płaciła, pracując na dwa etaty.
I wtedy Małgorzata przyprowadziła do domu chłopaka. Przedstawiła go jako przyszłego męża, ale chłopak był z innego miasta i nie miał gdzie zamieszkać. Wkrótce pojawiło się dziecko i trzeba było oddać młodym jeden pokój, a Marianna wprowadziła się do Jadwigi.
Kobieta myślała, że to tylko przejściowa sytuacja młoda para dorobi się swojego mieszkania, a w domu znowu zapanuje spokój. Ale ani Małgorzata, ani jej mąż specjalnie się nie starali. Po co, skoro mieli wszystko pod nosem: dach nad głową, pełną lodówkę, a do tego Marianna gotowała dla wszystkich.
O wdzięczności nawet nie wspominając zaczęły się narastające spięcia. Jadwiga nie zamierzała sprzątać łazienki po szwagrze. Małgorzata powtarzała, że z małym dzieckiem nie ma nawet chwili dla siebie. Zięć z kolei uważał, że wynoszenie śmieci czy zmywanie naczyń to nie jest robota dla faceta, więc dniami i nocami ślęczał przy komputerze.
Z czasem dusiła się we własnym domu. Kiedy któregoś dnia zasugerowała Małgorzacie, żeby z mężem i córką poszukali mieszkania na wynajem, usłyszała: Zbieramy na wkład własny do kredytu hipotecznego. Skąd mamy wziąć pieniądze?. I tak zostali.
Miarka się przebrała, gdy pewnego wieczoru Jadwiga przyprowadziła chłopaka: Mamo, on pochodzi z Białegostoku, będzie się u nas zatrzymywał. Marianna zapytała trochę z niedowierzaniem A gdzie ma spać?. Córka, zupełnie spokojnie, odparła, że kuchnia nie jest najwygodniejsza, ale jakby mama się tam przeniosła, to oni mieliby własny pokój.
Tego już było za wiele. Marianna zrozumiała nagle, że nikt, zupełnie nikt, nie liczy się z jej zdaniem. Gdyby tylko mogli, pewnie podpisaliby papiery i wysłali ją do domu spokojnej starości.
Postawiła ultimatum: Macie dwa tygodnie, żeby znaleźć sobie nowe miejsce. Zbieracie manatki i koniec. Córki śmiertelnie się obraziły i zagroziły, że nie pozwolą Mariannie widywać wnuków. A na starość zostanie sama. Ale Marianna po raz pierwszy w życiu nie ustąpiła. Jeśli tak ma być, trudno, niech tak będzie. Przyszedł w końcu czas, żeby córeczki się usamodzielniły.
Dziś zbliżają się jej pięćdziesiąte urodziny. Nie ma pojęcia, czy jej dzieci wpadną z życzeniami. Czy sądzisz, że Marianna dobrze zrobiła, wypraszając córki z własnego mieszkania? Co ty byś zrobiła na jej miejscu?



