Matka od czasu do czasu przyprowadzała nowych mężów Ola pamiętała trzech. Ale jakoś się nie przyzwyczajali, odchodzili. Matka płakała, przytulała ją, mówiła: Nic się nie martw, jeszcze nasza kolej nadejdzie. I szła do pracy.
Ostatni wytrzymał dwa tygodnie, ale gdy matka przestała kupować mu alkohol, zrobił się smutny i w końcu też odszedł, zabierając ze sobą kolczyki z jej szkatułki. Matka nie zgłosiła tego na policję. Powiedziała, że to jej wina.
Potem nastąpiło pięć lat spokoju. Ola już myślała, że będą żyć wreszcie w ciszy, ale nie na długo. Gdy skończyła piętnaście lat, matka zakochała się. Opowiadała Oli, jaki on wspaniały, jak bardzo ją kocha.
Ola nawet się cieszyła, że matka w końcu znalazła szczęście. Gdy mama pierwszy raz przyprowadziła Jacka do domu, spodobał się również Oli. Mężczyzna miał około czterdziestki, czyste, schludne ubranie. Przy kolacji wypił tylko jeden kieliszek. Rozmawiali o różnych rzeczach. Jacek żartował, całkiem zabawnie. Ola poszła wcześniej spać, zostawiając ich w kuchni. Myślała, że rano zobaczy go przy śniadaniu. Ale po godzinie usłyszała, jak zatrzasnęły się drzwi. Więc odszedł.
Następnego ranka matka znów go wychwalała. Mówiła, że pracuje w urzędzie, taki porządny, dba o jej reputację. Powiedział, że mogliby się do niego przeprowadzić po ślubie, ale na razie zostaną tu, dopóki Ola nie skończy szkoły. A w międzyczasie wyremontują jego mieszkanie.
Ola słuchała i nawet podziwiała matkę. Jakby odmłodniała. Miała trzydzieści sześć lat i ostatnio całkiem przestała o siebie dbać. Pogodziła się z myślą, że zawsze będzie sama.
Ślub wzięli tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego. Ola uczyła się, przygotowywała do egzaminów. Jacek pytał, czy nie potrzebuje pomocy. Dziękowała, mówiła, że sobie poradzi, a on szedł do swojego pokoju. Okazał się bardzo taktowny. Zawsze pukał, jeśli coś potrzebował.
Można powiedzieć, że się zaprzyjaźnili. Ola przestała się go obawiać, przy kolacji dzieliła się swoimi szkolnymi zmartwieniami. Jacek zawsze słuchał z uwagą, pytał o szczegóły.
A matka po prostu rozkwitła. Jacek ją rozpieszczał. Wkrótce w jej uszach pojawiły się nowe kolczyki, potem naszyjnik.
Rok minął błyskawicznie. Skończyli remont i mieli się wyprowadzać. Jacek zapytał Oli, czy nie chce z nimi jechać? Miejsce byłoby dla wszystkich. Ale Ola skończyła szkołę, uważała się za dorosłą i chciała samodzielności. Oczywiście, nie mogła się jeszcze utrzymać, ale Jacek powiedział, że to żaden problem. Umówili się, że Ola pójdzie do technikum. A potem on pomoże jej znaleźć dobrą pracę.
Przed wyjazdem Jacek powiedział:
Odwiedzaj nas często, my też będziemy wpadać. Jeśli czegoś potrzebujesz, po prostu pytaj. Jesteśmy rodziną.
Na pożegnanie dali jej piękny wisior na łańcuszku. Podobał się jej tak bardzo, że przez pierwsze dni niemal nie odchodziła od lustra.
Gdy go wybierali, matka zapytała Jacka:
Nie za wcześnie na taki prezent?
A on odparł:
A kto jej to kupi, jak nie my?
Matka się uśmiechnęła. W końcu dostała najlepszego męża.
Wyprowadzili się, a Ola rozpoczęła samodzielne życie. Najpierw było jej smutno, często jeździła do matki. Zawsze ją tam witano z radością. Z czasem przyzwyczaiła się i zaczęła odwiedzać ich rzadziej. Czasem matka przyjeżdżała przywoziła jedzenie lub trochę pieniędzy. Albo spotykali się przypadkiem na ulicy. Wszyscy zapracowani, każdy miał swoje sprawy.
Ola dostała się do szkoły. Podobało jej się studenckie życie. Na weekendy jeździła do matki i Jacka, opowiadała nowinki.
Pewnego dnia oznajmili jej, że Jacek jedzie w roczną służbową podróż. Oczywiście, matka pojedzie z nim. Ola nie miała się martwić, będą przesyłać pieniądze.
Odprowadziła ich na pociąg. Matka już miała płakać, ale Ola się zaśmiała:
MamOla przytuliła matkę mocno i pomyślała, że choć życie bywa okrutne, czasem niespodziewanie daje drugą szansę.



