Urlop z bezczelną rodziną, czyli jak postawić sprawę jasno — Już dwa tygodnie wytrzymuję, Saszka! Dwa tygodnie w tym baraku, który oni nazywają „pensjonatem”. Po co my się w to wpakowaliśmy? — Bo mama prosiła. „Nince trzeba odpocząć, Ninka ma ciężkie życie”, — przedrzeźniał brat matkę. Sytuacja u ciotki Niny rzeczywiście nie do pozazdroszczenia, tylko że Lubie jakoś nie wychodziło jej współczuć. Zupełnie. Nina, siostra matki, zawsze była „biedną krewną”, która uważała, że wszyscy jej coś są winni. Walizka nie chciała się dopiąć. Luba z agresją wcisnęła kolano w klapę, próbując dociągnąć zamek, ale ten uparcie się rozjeżdżał, wypluwając na wierzch róg ręcznika plażowego. Za cienką dyktem, która w tym nędznym gościńcu uchodziła za ścianę, rozlegał się wrzask — to sześciolatek Timuś, syn ciotki Niny. — Nie będę jeść kaszy! Chcę nuggetsy! — wył tak, jakby go ze skóry obdzierali. Po chwili rozległ się ciężki klap, brzęk talerza i leniwy, przepalony głos Niny: — No masz, kochanie, zjedz łyżeczkę dla mamusi. Werka, podskocz do sklepu, kup mu nuggetsy, widzisz, dziecko się denerwuje. Ja nie mam sił, nogi mnie bolą. Luba zamarła, trzymając się kurczowo za zamek walizki. Werka! I mama poleci! Saszka, brat Luby, siedział na jedynym chybotliwym krześle w ich mikroskopijnym pokoiku i ze złością patrzył w telefon. Nawet nie próbował się pakować. Jego torba wciąż leżała w kącie. — Słyszysz to? — szepnęła Luba, wskazując ścianę. — Ona znowu pomiata mamą. „Werka, przynieś”, „Werka, podaj”. A mama zaraz poleci… — Nie podnoś ciśnienia, — mruknął Saszka, nie podnosząc wzroku. — Jutro do domu. — Dwa tygodnie toleruję to, Saszka! Dwa tygodnie w tym chlewiku, który nazywają hotelem. Po co my w ogóle na to się zgodziliśmy? — Bo mama błagała. „Ninka musi odpocząć, biedna Ninka miała ciężkie życie”, — znowu zadrwił brat. Luba usiadła na brzegu łóżka, sprężyny żałośnie zapiszczały. Rzeczywiście los ciotki Niny nie do pozazdroszczenia, tyle że Luba nie była w stanie jej współczuć. Wcale. Nina, siostra mamy, była od zawsze „biedną krewną”, której wszyscy niby coś winni. Najpierw straciła dziecko — tragedia, o której w rodzinie mówiło się szeptem. Potem mąż, który za bardzo lubił zaglądać do kieliszka, i parę lat temu spłonął z tej miłości. Ciotka samotnie wychowywała dwójkę dzieci od dwóch różnych facetów, a cała ta wesoła kompania mieszkała w mieszkaniu po babci. Razem z kolejnym mężczyzną marzeń — już ósmym z kolei. Do pracy Nina się nie garnęła, uważała, że jej powołaniem jest upiększać świat i cierpieć, a finansować jej styl życia powinni otoczenie. Przede wszystkim — mama Luby, Weronika, która, według siostry, „ma pieniędzy jak lodu”. Luba podeszła do okna. Widok był wspaniały: na śmietniki i ścianę sąsiedniego kurnika. Ten wyjazd to był pomysł mamy. „Pojedźmy całą rodziną, trzeba Ninie pomóc, niech sobie odpocznie”. Pomóc znaczyło, że Werka opłaciła niemal cały wyjazd, kupowała jedzenie i gotowała dla wszystkich, podczas gdy Nina z nową koleżanką — Larą, którą poznała przy basenie z powodu wspólnej miłości do lenistwa — leżały brzuchem do góry. — Pakuj się, — rzuciła do brata. — Wieczorem idziemy do restauracji. Kolacja pożegnalna. *** Restauracji oczywiście nie wybrali oni. Nina oznajmiła, że chce coś „eleganckiego”. Lokal był przy promenadzie. Stół zlepili z dwóch, żeby cała „hałastra” (jak myślała o nich Luba) się zmieściła. Nina, w błyszczącej sukni, już pękającej na szwach, siedziała na czele stołu, obok koleżanki Lary — dużej, głośnej baby z utlenionymi włosami. — Kelner! — wydarła się Nina, nawet nie patrząc w kartę. — Poproszę wszystko z najlepszym: szaszłyki, sałatki, i tego, czerwonego, dzbanek! Werka, mama Luby, siedziała po cichu na boku, zmęczona. Przez te dwa tygodnie ani chwili nie odpoczęła: to Timi wrzeszczy, to Ninie coś dolega, to Alince się nudzi. — Mamciu, zamów sobie rybę, przecież marzyłaś, — szepnęła Luba. — Daj spokój, za drogo, — machnęła ręką Werka. — Sałatką się najem. Niech Nina zje, zasłużyła, biedaczka. Luba aż się zagotowała. Akurat! Obok Timi, ten mały tyran, walił łyżką w talerz. — Karmić! — żądał, nie odrywając wzroku od ekranu. Nina, przerywając rozmowę z Larą, potulnie nabrała ziemniaków i wcisnęła mu w usta. — Kochanie moje, jedz i nabieraj sił. — Ma sześć lat, — nie wytrzymała Luba. — Sam nie umie jeść? Zapadła cisza. Nina wolno obróciła głowę. — Kto cię pytał, droga siostrzenico? — syknęła. — Najpierw swoje urodź, potem wychowuj. Mój synek ma delikatną duszę! Potrzebuje troski! — Potrzebuje granic, a nie tableta do obiadu, — odparła Luba. — Drzesz się za każdym razem, jakby mu nie pasowało. Wychowujecie małego tyrana. — Ojej! — wtrąciła się Lara, klaszcząc w dłonie. — Nina, zobacz ją! Psycholog się znalazł. Kurczaki uczą kury. Ty, dziewczyno, nie znasz życia, a już rad udzielasz dorosłym. — Luba, przestań, — wyszeptała mama, ciągnąc ją za rękaw. — Nie psuj wieczoru. Proszę… Wieczór ciągnął się w nieskończoność. Nina i Lara głośno plotkowały o facetach, obgadywały sąsiadów z pensjonatu i użalały się nad swoim losem. Alina wpatrzona w telefon co rusz rzucała pogardliwe spojrzenia na „starych”. Timuś co chwilę zaczynał wyć o deser, a wtedy zamawiano mu największy puchar lodów. Na koniec, gdy podano rachunek, Nina westchnęła teatralnie: — Ojej, portfel został w pokoju! Werka, zapłacisz? Oddam ci, jak wrócimy! „Nigdy nie oddasz”, pomyślała Luba, widząc jak mama bez oporu sięga po kartę. Ten scenariusz już był przećwiczony. *** Do pensjonatu wrócili po północy. Luba od razu poszła pod prysznic, żeby zmyć z siebie tę lepką atmosferę. Woda leciała raz lodowata, raz wrząca. Wychodząc, zatrzymała się przy uchylonych drzwiach kuchni. Słyszała głośne szepty. — …Widziałam tę pannicę? — skrzeczała Lara. — Siedzi, krzywi się. „Sam nie umie jeść”. A co ci do tego, smarkulo? Życia nie zna! Gdyby nie ty, Werka, krówki by goniła, a nie po restauracjach nos zwracała. Zadziera nosa, nic w życiu nie przeżyła, facetów brak, tylko dumę ma. Luba wstrzymała oddech. Serce waliło w gardle i uszach. Czekała. Czekała, aż mama wreszcie uderzy pięścią w stół. Że powie: „Zamknij się, Laro! O mojej córce tak nie mów!”. Że choćby wyjdzie. Ale usłyszała tylko ciężkie westchnienie Niny i jej użalający się głos: — Oj, święta prawda, Larunia. Twarda ona dziewczyna, twarda. Wyszła cała po ojcu, tam wszyscy jacyś… roszczeniowi. A moje inne. Alinka, choć z pazurem, ma dobre serce. A ta… patrzy na nas jak na śmieci. Kęs mi staje w gardle przy niej. — Przez ciebie, Werka, ją rozpuściłaś! — poparła Lara. — Dawno należało po tyłku dać. Teraz co? Siedzi jak królewna, matką pomiata. Moją by się nie odważyła — dawno bym wyrzuciła z domu, żeby zobaczyła życie. Luba oparła czoło o framugę. Mama milczała. Siedziała tam, z tymi „babami”, piła herbatę (albo coś mocniejszego, sądząc po zapachu) i słuchała, jak jej jedyna córka jest wyzywana od najgorszych. Nagle Luba się wyprostowała. Drzwi otworzyły się z hukiem, uderzając w ścianę. W kuchni zapadła cisza. Siedziała tam cała trójka: Nina w tej swojej błyszczącej sukni już rozprutej pod pachą, Lara czerwona od emocji i mama… Mama, która od razu wciągnęła głowę w ramiona. — Więc jestem „pustą dziewuchą”, tak? — głos Luby ani drgnął. Był twardy jak granit. — A ty, ciociu Nino, taka dobra dusza? Nina oniemiała. Lara wolno wstała i zawisła nad stołem jak góra. — Podsłuchujesz, gówniaro? — prychnęła. — Uszu nie masz gdzie grzać? — Nie podsłuchuję, wy tak wrzeszczycie, że pół piętra słyszy, — Luba weszła, świdrując ciotkę wzrokiem. — Co, ciociu, kęs w gardle staje? A jak mama płaciła za twój obiad w restauracji, to nie stawał? — Niewdzięczna! — zaryczała ciotka, aż poczerwieniała. — Przecież my dla ciebie z całego serca, a ty nosem kręcisz! Na córkę ci się nie nadaję, że mi chleb wypominasz? A zadław się tymi swoimi pieniędzmi! — Nie pieniędzmi cię wypominam, tylko twoją bezczelnością! — Luba się zagotowała. — Całe życie siedzisz mamie na karku! Raz mąż, raz dziecko, raz wymyślone choroby! Mama haruje jak wół, żeby ci, „biedaczko”, kupić wczasy, a ty ją gnoisz i oczerniasz! Twoja córka — mała chamka, która przeklina i pomiata tobą, a ty mnie będziesz morałów uczyć? Twój syn — tyran, któremu nie umiesz odmówić! Ciotka zaniemówiła. — Luba! — zapiszczała Werka, podniosła się. — Natychmiast przestań! Idź do siebie! — Nie, mamo, nie pójdę, — Luba spojrzała na matkę z bólem. — Siedzisz tu i słuchasz, jak obca baba, którą znamy dwa dni, obrzuca mnie błotem. I milczysz? Pozwalasz jej na to? Lara odsunęła krzesło i ruszyła w stronę Luby, zaciskając pięści. — No chodź, zgniotę cię, gówniaro, nauczę szacunku… Zamachnęła się, ale Saszka chwycił jej rękę w locie. — Spróbuj tylko, — syknął. — Co wy, powariowaliście? Ciociu Nino, zbierajcie się. Wyjeżdżamy. — Jacy „my”? — wrzasnęła Nina, czując utratę kontroli. — Ja nigdzie nie jadę! Jeszcze dwa dni opłacone! Werka! Twoje dzieci zwariowały! Na ludzi się rzucają! I wtedy Werka w końcu przemówiła. Podbiegła do Luby, chwyciła za barki i zaczęła trząść. — Po co zaczęłaś?! — wykrzyczała, a łzy popłynęły jej po policzkach. — Po co wyszłaś? Siedziałaśby cicho! Ze wszystkim wyskoczyłaś! Rodzina jesteśmy! Nie wstyd ci robić awanturę?! Luba delikatnie, ale stanowczo odsunęła jej ręce. Coś w niej się złamało na zawsze. — Nie wstyd mi, mamo, — powiedziała cicho. — Tobie powinno być wstyd. Że pozwalasz na takie traktowanie nas przez nich… Obróciła się na pięcie i wyszła. Saszka poszedł za nią. W pokoju pakowali się w milczeniu. Za ścianą Nina szlochała, Lara jej przytakiwała, wyzywając Lubę i Saszka. A Alina, zbudzona hałasem, jęczała, że nie może spać. — Teraz nie da rady wyjechać, Saszka, — powiedział, zapiął torbę. — Autobus dopiero rano. Trzeba będzie poczekać na dworcu do świtu. — Mam to gdzieś, — Luba wrzuciła kosmetyki do reklamówki. — Wolę spać na dworcu, niż tu zostać choćby minutę. — A mama? Luba znieruchomiała z T-shirtem w dłoniach. — Mama dokonała wyboru. Została tam, w kuchni. Pocieszać siostrę. *** Luba nie rozmawia z matką, Saszka też — matki nigdy nie wybaczyli. Werka kilka razy dzwoniła, mówiła, że przebaczy, jeśli przeproszą Ninę, ale Luba i Saszka uznali, że za takie „wybaczenie” dziękują. Dość, wystarczy. Jeśli mamie pasuje zaglądać siostrze w usta — niech tak żyje. Im bez bezczelnej rodziny jest lepiej.

Na wakacjach z bezczelną rodziną wszystko staje się jasne

Już drugi tydzień wytrzymuję, Szymek! Dwa tygodnie w tej ruderze, którą nazywają pensjonatem.
Po co my się w ogóle zgodziliśmy?
Bo mama prosiła. Bożenie trzeba wypocząć, Bożenka tyle przeszła zakpił brat, imitując ton mamy.
Rzeczywiście, los ciotki Bożeny nie oszczędzał, tylko że żal jej było Lidce zupełnie obcy.
Bożena, młodsza siostra matki, od zawsze była tą biedną krewną, której wszyscy są wszystko winni.
Walizka nie chciała się zamknąć. Lidia z furią przyciskała wieko kolanem, próbując zmusić zamek do współpracy, ale on złośliwie rozjeżdżał się dalej, plując na zewnątrz rogiem plażowego ręcznika.

Za cienką sklejką, udającą tutaj ścianę, rozlegało się piskliwe zawodzenie to był Adaś, sześcioletni synek ciotki Bożeny.

Nie będę tej kaszy! Chcę nuggetsów! brzmiał, jakby go zarzynano.

Potem trzask, brzdęk talerza i leniwy, przepalony głos samej Bożeny:
No jedz, misiek, łyżeczkę za mamusię.
Weronika, idź do sklepu, kup mu te nuggetsy, widzisz, jak dziecko cierpi.
Już nie mam siły na nogach.

Lidka zamarła, ściskając za zamek walizki. Weronika! Mama natychmiast pobiegnie.

Szymek, brat Lidki, siedział na chyboczącym się stołku w ich malutkiej klitce i ponuro wpatrywał się w telefon.
Nie zamierzał nawet się pakować. Jego torba stała w kącie w nieładzie.

Słyszysz to? wyszeptała Lidia, kiwając głową w stronę ściany. Znowu pogania mamę.
Werka, podaj, Werka, przynieś. A mama od razu zrywa się i leci.
Nie denerwuj się mruknął Szymek bez odrywania wzroku od ekranu. Jutro do domu.

Powtarzam: dwa tygodnie w tej ruderze, którą nazywają pensjonatem.
Po co my się w ogóle zgodziliśmy?
Bo mama prosiła. Bożenka potrzebuje odpocząć, los ją nie rozpieszczał sparodiował znowu brat.

Lidka usiadła na krańcu łóżka; sprężyny jęknęły żałośnie.
Los autentycznie nie był łaskawy dla Bożeny, ale pity jej Lidka nie potrafiła.
Bożena, siostra matki od strony matki, od zawsze była biedną krewną, na którą miała łożyć cała rodzina.
Pierwsze dziecko zmarło niemal zaraz po narodzeniu tragedia, o której mówiono tylko szeptem.
Później mąż, co za kołnierz nie wylewał i w końcu od tej miłości się sfajczył.
Ciotka wychowywała dwójkę dzieci z różnych związków, a cała ta wesoła kompania mieszkała z babcią.
No i jeszcze aktualny ideał, już ósmy z kolei.
Bożena nigdy nie lubiła pracy uważała, że jej powołaniem jest upiększać świat i cierpieć, a koszty tej twórczości powinna ponosić reszta społeczeństwa.
Przede wszystkim mama Lidii, Weronika, u której według siostry złotówek pod dostatkiem, aż kura nie zdąży ziarna dziobać.

Lidka podeszła do okna.
Widok? Wyjątkowy! Na śmietnik i ścianę kurnika sąsiada.
Cały urlop to był pomysł mamy. Jedźmy razem, rodzinnie, Bożence się przyda wsparcie, musi się odetchnąć.
Wsparcie znaczyło tyle, że Werka pokryła większość kosztów wycieczki, kupowała żywność i gotowała dla całej gromady, podczas gdy Bożena z nową przyjaciółką pewną Jolką, z którą zaprzyjaźniła się od razu nad basenem na tle wspólnej miłości do lenistwa leżały plackiem.

Pakuj się rzuciła Lidka bratu. Wieczorem idziemy do restauracji. Pożegnalna kolacja.

***

Restaurację oczywiście wybrały one, nie my.
Bożena zabrała głos, że chce zjeść coś drogiego.
Lokal był przy bulwarze. Połączono dwa stoliki, by zmieścić całą menażerię, jak myślała o nich Lidia.
Bożena, w błyszczącej sukience, aż podkreślającej boczki, siedziała na czele razem z ową Jolką kobietą pucołowatą i głośną, z włosami utlenionymi na żółć.
Kelner! ryknęła Bożena, zerkając ledwie na kartę. Najlepszego! Sznycle, sałaty, i pół litra tego czerwonego!
Weronika, mama, skulona na brzegu stołu, nieśmiało się uśmiechała. Była zmęczona do granic.
W ciągu dwóch tygodni nie odpoczęła ani minuty: Adaś histeryzował, Bożenie ciągle coś dolegało, a Alina się nudziła.
Mamoooo, zamów sobie rybę, chciałaś przecież wyszeptała Lidka, pochylając się blisko.
Daj spokój, przecież drogo machnęła ręką Weronika. Sałatka wystarczy. Niech Bożenka się najada, ona przecież tyle przeżyła.
Cichy gniew wykrzywił Lidkę. Taak, przeżyła… Oczywiście!
Obok Adaś, mały sześcioletni władca, walił łyżką w talerz.
Karmić! rozkazał, otwierając buzię, oczy przyklejone do tabletu.
I Bożena, przerwała rozmowę i sru ziemniaczaną papkę wprost w usta synka.
No, słodziaku, jedz, będziesz silny.
On ma już sześć lat nie wytrzymała Lidka. Sam nie umie jeść?
Stół zaległ ciszą. Bożena wolno odwróciła głowę.
A kto pytał, kochana bratanico? syknęła. Urodź swoje, to będziesz wychowywać.
Mój synek to artystyczna dusza. Potrzebuje czułości!
Jemu potrzeba granic, nie tableta przy obiedzie odbiła piłeczkę Lidka. Jak coś mu się nie spodoba, wyje jak ścierwo. Hodujecie roszczeniowca.
Matko jedyna! zagrzmiała Jolka, tłukąc dłońmi w powietrze. Bożenka, patrz na nią! Wielka psycholożka się znalazła.
Jajco uczy kurę! Ty, mała, życia nie znasz, a tu się wymądrzasz!
Lidka, proszę, już nic nie mów szepnęła nerwowo mama, szarpiąc ją za rękaw. Nie psuj wieczoru, proszę cię.
Wieczór dłużył się bez końca. Bożena i Jolka głośno przerzucały się narzekaniami na mężczyzn, obmawiały sąsiadów z pensjonatu, opowiadały o ciężkim losie kobiet.
Ala, córka Bożeny, tonęła w telefonie, rzucając od czasu do czasu złośliwe spojrzenia staruszkom. Adaś co chwilę podnosił zawodzenie o deser; dostawał największego loda w karcie.
Kiedy przynieśli rachunek, Bożena teatralnie jęknęła:
Oj, portfel mi został w pokoju! Weronika, zapłać, co? Oddam jak tylko wrócimy.
Co nigdy nie nadejdzie, pomyślała Lidka, patrząc, jak mama bez słowa wyciąga kartę.
Scenariusz sprawdzony do bólu.

***
Wrócili do pensjonatu grubo po północy. Lidka od razu wskoczyła do prysznica, żeby zmyć z siebie tę lepką, duszną atmosferę wieczoru.
Woda lała się słabym ciurkiem, raz zimna jak Wisła w listopadzie, raz gorąca jak wrzątek z czajnika.
Wychodząc z łazienki, już chciała skręcić do pokoju, ale zatrzymała się tuż przy uchylonych drzwiach kuchni. Z środka dobiegł szemrzący szept.
No widziałaś tę lalę? popiskiwała Jolka. Siedzi i krzywi gębę.
On nie umie jeść.
A co ci do tego, gówniaro? Życia nie znasz!
Jakby nie ty, Werka, to twój doktorant kurzyłby krowy za obory zamiast się po restauracjach panoszyć!
Wysoka, pusta panna. Faceta nie ma, oleju nie ma, tylko zadarta głowa.
Lidka wstrzymała oddech.
Serce waliło pod gardłem, tętniąc aż w uszach. Stała i czekała. Bo oto zaraz mama walnie pięścią w stół.
Że powie: Zamknij się, Jolka, nie waż się tak o mojej córce gadać. Że choćby wyjdzie z kuchni.
Słychać jednak tylko westchnienie Bożeny i jej łamliwy głos:
Oj, nic nie mów, Jol. Męcząca ona jest. Cała po ojcowej stronie. Tam wszyscy tacy wybredni…
Nie to co moje. Ala przynajmniej dobra, szczera dusza.
A to… patrzy na nas jak na brud. Aż niedobrze mi przy niej jeść.
Wszystko przez ciebie, Werka! potakiwała Jolka. Trzeba było na czas po tyłku lać.
I co teraz? Siedzi królewna, matki nie szanuje.
Ja bym taką córkę dawno za drzwi wyrzuciła!
Lidka oparła czoło o framugę. Mama milczała.
Siedziała z nimi, popijała herbatę (albo co mocniejszego, biorąc pod uwagę wyraźną woń ze szczeliny) i słuchała, jak obce osoby mieszają jedyną córkę z błotem.
Lidka nagle się wyprostowała. Drzwi rozwarły się z hukiem, uderzając o ścianę.

W kuchni cisza. Trójka siedziała przy plastikowym stole, zastawionym resztkami posiłku i pustymi butelkami.
Bożena w błyszczącym stroju, już podartym pod pachą, Jolka czerwona, zziajana, i mama…
Mama od razu wtuliła głowę w barki.

To ja jestem pusta panna? głos Lidki ani nie drżał, ani nie łamał się. Był twardy jak żelazo.
A ty, ciociu Bożeno, u nas taka dobra dusza?
Bożena wciągnęła powietrze i wybałuszyła oczy. Jolka wolno wstała od stołu zamajaczyła jak Giewont.
Podsłuchujesz, gówniarzu? warknęła. Z uszami na korytarzu?
Nie podsłuchuję. Krzyczycie tak, że cały pensjonat słyszy Lidka weszła do środka, prosto w oczy patrząc ciotce. Co, ciociu Bożeno nie przełazi ci przez gardło?
A jak mama za ciebie płaciła w restauracji, to przełaziło?
Nie schodziło bokiem?
Jesteś niewdzięczna! wrzasnęła ciotka, pomarszczona z wściekłości. Przyszłam do ciebie z sercem na dłoni, a ty się wywyższasz!
Mogłabym być twoją matką, a ty mi wypominasz kromkę chleba?!
Udław się, masz pod dostatkiem pieniążków!
Nie pieniędzmi cię cisnę, tylko twoją zuchwałością! Lidkę zalała gorączka. Całe życie siedzisz na karku mojej mamie!
To mąż, to dzieci, to zmyślone choroby!
Mama zalatana za ciebie, żeby ci na wczasy starczyło, a ty ją za plecami mieszasz z błotem!
Twoja córka to rozwydrzona małolata, która przeklina na każdym kroku i nogi o ciebie wyciera, a ty mnie pouczasz?
Twój synek mały szantażysta, któremu nie umiesz odmówić!
Ciotka patrzyła na nią bez słowa.

Lidia! zapiszczała Weronika, zrywając się. Przestań natychmiast! Wracaj do pokoju!
Nie, mamo. Nie wrócę Lidka spojrzała mamie prosto w oczy, a w tym spojrzeniu było tyle bólu, że Weronika zaniemówiła. Siedzisz tu i słuchasz, jak ta kobieta, której nie znamy, miesza mnie z błotem.
I nic nie mówisz? Pozwalasz jej na to?
Jolka odepchnęła krzesło i rzuciła się w stronę Lidki z zaciśniętymi pięściami.
No, mała, zaraz cię nauczę szacunku
Podniosła łapę, ciężką od pierścionków. Lidka nawet nie zdążyła się przestraszyć, tylko instynktownie odskoczyła jednak cios nie padł. Szymek złapał ją za nadgarstek w powietrzu.
Spróbuj, powiedział cicho. Dość tego.
Ciociu Bożeno, pakujcie się. My wyjeżdżamy.
Co my?! zapiszczała Bożena. Ja nigdzie nie jadę! Zostały nam jeszcze dwa dni wczasów opłacone!
Weronika, twoje dzieci postradały zmysły! Rzucają się na ludzi!
Wtedy Weronika wreszcie zabrała głos. Podbiegła do Lidki, chwyciła ją za ramiona i zaczęła szarpać.
Po co zaczęłaś?! krzyk wyrwał się z jej gardła, a łzy popłynęły jej po policzkach. Po co się wychylałaś?! Byłby spokój! Przecież rodzina! Jak możesz robić takie sceny?!
Lidka spokojnie, lecz stanowczo zdjęła ręce mamy z ramion. Coś się w niej na zawsze zerwało.
Nie wstyd mi, mamo odezwała się miękkim głosem. Powinnaś się wstydzić ty. Że pozwalasz im tak nas traktować
Odwróciła się i wyszła. Szymek podążył za nią.

Pakowali się w ciszy. Za błękitną sklejką Bożena lamentowała na cały dom, opowiadając o swojej tragicznej doliczce, a Jolka przytakiwała, nazywając Lidkę i Szymka wyrodnymi.
Ala, przebudzona hałasem, burczała, że nie dają jej spać.
Nie damy rady wyjechać teraz mruknął Szymek, dopinając torbę. Autobus dopiero rano. Trzeba przeczekać do świtu na dworcu.
Wszystko jedno Lidka zgarniała kosmetyki do reklamówki. Lepiej na dworcu niż tu. Ani chwili dłużej w tej norze.
A mama?
Lidka zastygła z koszulką w dłoni.
Mama wybrała. Została tam z siostrą.

***
Lidka z matką nie rozmawia, Szymek zresztą też. Tego wyjazdu Weronice nie wybaczyli.
Weronika dzwoniła, powtarzała, że dzieci mogą wrócić, jeśli przeproszą Bożenkę ale ani Lidia, ani Szymek nie potrzebują takiej łaski.
Dość już mieli.
Jeśli Werka chce dalej zaglądać w usta siostrze jej sprawa. A im się żyje dobrze. Bez bezczelnej rodziny.

Rate article
Fajna Tajna
Urlop z bezczelną rodziną, czyli jak postawić sprawę jasno — Już dwa tygodnie wytrzymuję, Saszka! Dwa tygodnie w tym baraku, który oni nazywają „pensjonatem”. Po co my się w to wpakowaliśmy? — Bo mama prosiła. „Nince trzeba odpocząć, Ninka ma ciężkie życie”, — przedrzeźniał brat matkę. Sytuacja u ciotki Niny rzeczywiście nie do pozazdroszczenia, tylko że Lubie jakoś nie wychodziło jej współczuć. Zupełnie. Nina, siostra matki, zawsze była „biedną krewną”, która uważała, że wszyscy jej coś są winni. Walizka nie chciała się dopiąć. Luba z agresją wcisnęła kolano w klapę, próbując dociągnąć zamek, ale ten uparcie się rozjeżdżał, wypluwając na wierzch róg ręcznika plażowego. Za cienką dyktem, która w tym nędznym gościńcu uchodziła za ścianę, rozlegał się wrzask — to sześciolatek Timuś, syn ciotki Niny. — Nie będę jeść kaszy! Chcę nuggetsy! — wył tak, jakby go ze skóry obdzierali. Po chwili rozległ się ciężki klap, brzęk talerza i leniwy, przepalony głos Niny: — No masz, kochanie, zjedz łyżeczkę dla mamusi. Werka, podskocz do sklepu, kup mu nuggetsy, widzisz, dziecko się denerwuje. Ja nie mam sił, nogi mnie bolą. Luba zamarła, trzymając się kurczowo za zamek walizki. Werka! I mama poleci! Saszka, brat Luby, siedział na jedynym chybotliwym krześle w ich mikroskopijnym pokoiku i ze złością patrzył w telefon. Nawet nie próbował się pakować. Jego torba wciąż leżała w kącie. — Słyszysz to? — szepnęła Luba, wskazując ścianę. — Ona znowu pomiata mamą. „Werka, przynieś”, „Werka, podaj”. A mama zaraz poleci… — Nie podnoś ciśnienia, — mruknął Saszka, nie podnosząc wzroku. — Jutro do domu. — Dwa tygodnie toleruję to, Saszka! Dwa tygodnie w tym chlewiku, który nazywają hotelem. Po co my w ogóle na to się zgodziliśmy? — Bo mama błagała. „Ninka musi odpocząć, biedna Ninka miała ciężkie życie”, — znowu zadrwił brat. Luba usiadła na brzegu łóżka, sprężyny żałośnie zapiszczały. Rzeczywiście los ciotki Niny nie do pozazdroszczenia, tyle że Luba nie była w stanie jej współczuć. Wcale. Nina, siostra mamy, była od zawsze „biedną krewną”, której wszyscy niby coś winni. Najpierw straciła dziecko — tragedia, o której w rodzinie mówiło się szeptem. Potem mąż, który za bardzo lubił zaglądać do kieliszka, i parę lat temu spłonął z tej miłości. Ciotka samotnie wychowywała dwójkę dzieci od dwóch różnych facetów, a cała ta wesoła kompania mieszkała w mieszkaniu po babci. Razem z kolejnym mężczyzną marzeń — już ósmym z kolei. Do pracy Nina się nie garnęła, uważała, że jej powołaniem jest upiększać świat i cierpieć, a finansować jej styl życia powinni otoczenie. Przede wszystkim — mama Luby, Weronika, która, według siostry, „ma pieniędzy jak lodu”. Luba podeszła do okna. Widok był wspaniały: na śmietniki i ścianę sąsiedniego kurnika. Ten wyjazd to był pomysł mamy. „Pojedźmy całą rodziną, trzeba Ninie pomóc, niech sobie odpocznie”. Pomóc znaczyło, że Werka opłaciła niemal cały wyjazd, kupowała jedzenie i gotowała dla wszystkich, podczas gdy Nina z nową koleżanką — Larą, którą poznała przy basenie z powodu wspólnej miłości do lenistwa — leżały brzuchem do góry. — Pakuj się, — rzuciła do brata. — Wieczorem idziemy do restauracji. Kolacja pożegnalna. *** Restauracji oczywiście nie wybrali oni. Nina oznajmiła, że chce coś „eleganckiego”. Lokal był przy promenadzie. Stół zlepili z dwóch, żeby cała „hałastra” (jak myślała o nich Luba) się zmieściła. Nina, w błyszczącej sukni, już pękającej na szwach, siedziała na czele stołu, obok koleżanki Lary — dużej, głośnej baby z utlenionymi włosami. — Kelner! — wydarła się Nina, nawet nie patrząc w kartę. — Poproszę wszystko z najlepszym: szaszłyki, sałatki, i tego, czerwonego, dzbanek! Werka, mama Luby, siedziała po cichu na boku, zmęczona. Przez te dwa tygodnie ani chwili nie odpoczęła: to Timi wrzeszczy, to Ninie coś dolega, to Alince się nudzi. — Mamciu, zamów sobie rybę, przecież marzyłaś, — szepnęła Luba. — Daj spokój, za drogo, — machnęła ręką Werka. — Sałatką się najem. Niech Nina zje, zasłużyła, biedaczka. Luba aż się zagotowała. Akurat! Obok Timi, ten mały tyran, walił łyżką w talerz. — Karmić! — żądał, nie odrywając wzroku od ekranu. Nina, przerywając rozmowę z Larą, potulnie nabrała ziemniaków i wcisnęła mu w usta. — Kochanie moje, jedz i nabieraj sił. — Ma sześć lat, — nie wytrzymała Luba. — Sam nie umie jeść? Zapadła cisza. Nina wolno obróciła głowę. — Kto cię pytał, droga siostrzenico? — syknęła. — Najpierw swoje urodź, potem wychowuj. Mój synek ma delikatną duszę! Potrzebuje troski! — Potrzebuje granic, a nie tableta do obiadu, — odparła Luba. — Drzesz się za każdym razem, jakby mu nie pasowało. Wychowujecie małego tyrana. — Ojej! — wtrąciła się Lara, klaszcząc w dłonie. — Nina, zobacz ją! Psycholog się znalazł. Kurczaki uczą kury. Ty, dziewczyno, nie znasz życia, a już rad udzielasz dorosłym. — Luba, przestań, — wyszeptała mama, ciągnąc ją za rękaw. — Nie psuj wieczoru. Proszę… Wieczór ciągnął się w nieskończoność. Nina i Lara głośno plotkowały o facetach, obgadywały sąsiadów z pensjonatu i użalały się nad swoim losem. Alina wpatrzona w telefon co rusz rzucała pogardliwe spojrzenia na „starych”. Timuś co chwilę zaczynał wyć o deser, a wtedy zamawiano mu największy puchar lodów. Na koniec, gdy podano rachunek, Nina westchnęła teatralnie: — Ojej, portfel został w pokoju! Werka, zapłacisz? Oddam ci, jak wrócimy! „Nigdy nie oddasz”, pomyślała Luba, widząc jak mama bez oporu sięga po kartę. Ten scenariusz już był przećwiczony. *** Do pensjonatu wrócili po północy. Luba od razu poszła pod prysznic, żeby zmyć z siebie tę lepką atmosferę. Woda leciała raz lodowata, raz wrząca. Wychodząc, zatrzymała się przy uchylonych drzwiach kuchni. Słyszała głośne szepty. — …Widziałam tę pannicę? — skrzeczała Lara. — Siedzi, krzywi się. „Sam nie umie jeść”. A co ci do tego, smarkulo? Życia nie zna! Gdyby nie ty, Werka, krówki by goniła, a nie po restauracjach nos zwracała. Zadziera nosa, nic w życiu nie przeżyła, facetów brak, tylko dumę ma. Luba wstrzymała oddech. Serce waliło w gardle i uszach. Czekała. Czekała, aż mama wreszcie uderzy pięścią w stół. Że powie: „Zamknij się, Laro! O mojej córce tak nie mów!”. Że choćby wyjdzie. Ale usłyszała tylko ciężkie westchnienie Niny i jej użalający się głos: — Oj, święta prawda, Larunia. Twarda ona dziewczyna, twarda. Wyszła cała po ojcu, tam wszyscy jacyś… roszczeniowi. A moje inne. Alinka, choć z pazurem, ma dobre serce. A ta… patrzy na nas jak na śmieci. Kęs mi staje w gardle przy niej. — Przez ciebie, Werka, ją rozpuściłaś! — poparła Lara. — Dawno należało po tyłku dać. Teraz co? Siedzi jak królewna, matką pomiata. Moją by się nie odważyła — dawno bym wyrzuciła z domu, żeby zobaczyła życie. Luba oparła czoło o framugę. Mama milczała. Siedziała tam, z tymi „babami”, piła herbatę (albo coś mocniejszego, sądząc po zapachu) i słuchała, jak jej jedyna córka jest wyzywana od najgorszych. Nagle Luba się wyprostowała. Drzwi otworzyły się z hukiem, uderzając w ścianę. W kuchni zapadła cisza. Siedziała tam cała trójka: Nina w tej swojej błyszczącej sukni już rozprutej pod pachą, Lara czerwona od emocji i mama… Mama, która od razu wciągnęła głowę w ramiona. — Więc jestem „pustą dziewuchą”, tak? — głos Luby ani drgnął. Był twardy jak granit. — A ty, ciociu Nino, taka dobra dusza? Nina oniemiała. Lara wolno wstała i zawisła nad stołem jak góra. — Podsłuchujesz, gówniaro? — prychnęła. — Uszu nie masz gdzie grzać? — Nie podsłuchuję, wy tak wrzeszczycie, że pół piętra słyszy, — Luba weszła, świdrując ciotkę wzrokiem. — Co, ciociu, kęs w gardle staje? A jak mama płaciła za twój obiad w restauracji, to nie stawał? — Niewdzięczna! — zaryczała ciotka, aż poczerwieniała. — Przecież my dla ciebie z całego serca, a ty nosem kręcisz! Na córkę ci się nie nadaję, że mi chleb wypominasz? A zadław się tymi swoimi pieniędzmi! — Nie pieniędzmi cię wypominam, tylko twoją bezczelnością! — Luba się zagotowała. — Całe życie siedzisz mamie na karku! Raz mąż, raz dziecko, raz wymyślone choroby! Mama haruje jak wół, żeby ci, „biedaczko”, kupić wczasy, a ty ją gnoisz i oczerniasz! Twoja córka — mała chamka, która przeklina i pomiata tobą, a ty mnie będziesz morałów uczyć? Twój syn — tyran, któremu nie umiesz odmówić! Ciotka zaniemówiła. — Luba! — zapiszczała Werka, podniosła się. — Natychmiast przestań! Idź do siebie! — Nie, mamo, nie pójdę, — Luba spojrzała na matkę z bólem. — Siedzisz tu i słuchasz, jak obca baba, którą znamy dwa dni, obrzuca mnie błotem. I milczysz? Pozwalasz jej na to? Lara odsunęła krzesło i ruszyła w stronę Luby, zaciskając pięści. — No chodź, zgniotę cię, gówniaro, nauczę szacunku… Zamachnęła się, ale Saszka chwycił jej rękę w locie. — Spróbuj tylko, — syknął. — Co wy, powariowaliście? Ciociu Nino, zbierajcie się. Wyjeżdżamy. — Jacy „my”? — wrzasnęła Nina, czując utratę kontroli. — Ja nigdzie nie jadę! Jeszcze dwa dni opłacone! Werka! Twoje dzieci zwariowały! Na ludzi się rzucają! I wtedy Werka w końcu przemówiła. Podbiegła do Luby, chwyciła za barki i zaczęła trząść. — Po co zaczęłaś?! — wykrzyczała, a łzy popłynęły jej po policzkach. — Po co wyszłaś? Siedziałaśby cicho! Ze wszystkim wyskoczyłaś! Rodzina jesteśmy! Nie wstyd ci robić awanturę?! Luba delikatnie, ale stanowczo odsunęła jej ręce. Coś w niej się złamało na zawsze. — Nie wstyd mi, mamo, — powiedziała cicho. — Tobie powinno być wstyd. Że pozwalasz na takie traktowanie nas przez nich… Obróciła się na pięcie i wyszła. Saszka poszedł za nią. W pokoju pakowali się w milczeniu. Za ścianą Nina szlochała, Lara jej przytakiwała, wyzywając Lubę i Saszka. A Alina, zbudzona hałasem, jęczała, że nie może spać. — Teraz nie da rady wyjechać, Saszka, — powiedział, zapiął torbę. — Autobus dopiero rano. Trzeba będzie poczekać na dworcu do świtu. — Mam to gdzieś, — Luba wrzuciła kosmetyki do reklamówki. — Wolę spać na dworcu, niż tu zostać choćby minutę. — A mama? Luba znieruchomiała z T-shirtem w dłoniach. — Mama dokonała wyboru. Została tam, w kuchni. Pocieszać siostrę. *** Luba nie rozmawia z matką, Saszka też — matki nigdy nie wybaczyli. Werka kilka razy dzwoniła, mówiła, że przebaczy, jeśli przeproszą Ninę, ale Luba i Saszka uznali, że za takie „wybaczenie” dziękują. Dość, wystarczy. Jeśli mamie pasuje zaglądać siostrze w usta — niech tak żyje. Im bez bezczelnej rodziny jest lepiej.