Wsiadając do samolotu, zauważyłem, że nasze miejsca są już zajęte.
Z żoną mieliśmy ambitny plan odwiedzin u rodziny w Krakowie. Kupiłem nam dwa bilety, zostawiając miejsce przy oknie, żeby podróż była bardziej znośna (kto by nie chciał popatrzeć na chmurki nad Tatrami?).
Samolot miał trzy rzędy siedzeń, więc wybrałem nam miejsca, żebyśmy siedzieli razem oraz żeby żona miała widok na skrzydło, a nie na czyjeś łokcie.
Ale los bywa przewrotny. Gdy już spakowaliśmy serki wiejskie i kabanosy na drogę, wsiadamy do samolotu a tam niespodzianka: nasze miejsca już zajęte! Sprawdzam bilety, wszystko się zgadza. Na moim siedzeniu rozsiadła się nieznajoma kobieta, a na miejscu żony jej pięcioletni synek, oczywiście przy oknie. Kobieta udawała, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, więc myślę sobie: może pomyliła miejsca?
Przepraszam, ale to nasze miejsca powiedziałem, z uśmiechem godnym życzliwego mieszkańca Warszawy.
Cisza. Moja żona, Pola, powtarza uprzejmie:
Proszę pani, chyba doszło do pomyłki
Na to kobieta odwraca się leniwie i rzuca:
Mój syn bardzo chciał siedzieć przy oknie. Kto pierwszy, ten lepszy. Miejsca w środkowym rzędzie są wolne, to proszę tam sobie usiąść.
Mówiąc szczerze, poczułem się jak na stacji PKP w dniu matur, gdy wszyscy szturmują ten sam przedział.
Przykro mi, ale kupiliśmy te miejsca specjalnie. Proszę pozwolić nam z nich skorzystać. Nie róbmy sobie kłopotu.
Ale nie widzicie, że dziecko się cieszy? Jak go przestawię, będzie płakać! Państwo nie mają własnych dzieci? My jesteśmy dorośli, dziecko ważniejsze.
Pomyślałem, że jeśli teraz wszczynię awanturę, to wszyscy będą na mnie krzywo patrzeć, bo przecież “dziecko”. Zamiast się denerwować, zgłosiliśmy sprawę stewardowi.
Dopiero na jego stanowcze, acz grzeczne słowa, pani się zebrała, zwijając dziecięce przekąski jakby była na pikniku w Łazienkach, i usiadła tam, gdzie powinna.
Zastanawiam się tylko: skoro dla synka tak ważny był widok za oknem, czemu nie kupiła biletów i miejsc z wyprzedzeniem? Chyba chciała wyjść na Janusza oszczędzania.
Dobrze, że poszło szybko, bo gdyby nie sprawnie zareagował steward, moglibyśmy tkwić w tym klinczu całą podróż.
Co ciekawe, inni pasażerowie po cichu kiwali głowami z uznaniem, bo nie zaczynałem dantejskich scen, tylko rozwiązałem problem po polsku, czyli z humorem i lekką ironią.
Wiecie, co mnie najbardziej zdziwiło? Skąd przekonanie, że rodzice z dziećmi mają prawo do wszystkiego? My też mamy dzieci, ale nie przyszłoby nam do głowy odbierać komuś miejsce albo pchać się w kolejce jak podczas wyprzedaży na Black Friday.
Całe szczęście, później już podróż przebiegła spokojnie, kanapki nie spadły na ziemię, kawa była ciepła, a pani może nauczy się następnym razem kupować bilety z wyprzedzeniem i nie wymyślać nowej polskiej tradycji zajmowania miejsc na zasadzie kto pierwszy, ten lepszy.



