Na środku zaciemnionego salonu, pod osłoną późnego popołudnia, przy stole siedzieli Małgorzata i jej mąż, Artur. Przez uchylone okno cicho wpadał szum ulicy Krakowa, mieszając się z napiętą ciszą, która narosła między nimi od tygodni.
Od jakiegoś czasu rozgrywała się pomiędzy nimi ta sama scena, ten sam konflikt. Po śmierci ciotki Artura, przypadło mu w spadku małe mieszkanie w centrum miasta stara kawalerka wymagająca generalnego remontu. Ich własne, przestronne trzypokojowe mieszkanie na Ruczaju dawało im, Małgorzacie, Arturowi i ich dzieciom: dziewiętnastoletniej Dorocie, dwunastoletniemu Piotrkowi i pięcioletniemu Michałowi, wygodę i spokój.
Tym razem to Małgorzata zaczęła rozmowę, jej głos brzmiał zdesperowanie i szczerze.
Artur, czy to naprawdę taki problem, żeby Dorota mogła tam zamieszkać? Wiesz, że jest już dorosła, studiuje, a przecież lada moment może założyć własną rodzinę. Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu powiedziała, próbując przekonać męża.
Artur, przesuwając palcami po brzegu szklanki, pokręcił głową.
Nie, Małgośka. To się nie sprawdzi. Dajemy wtedy Dorocie coś, czego nie mogą mieć chłopcy. A co z Piotrkiem i Michałem? To nie byłoby sprawiedliwe. Powinniśmy sprzedać mieszkanie, a pieniądze może z pięćset tysięcy złotych podzielić po równo między dzieci.
Ale co im da trochę gotówki? syknęła przez zęby Małgorzata. Koń by się uśmiał! Kiedy będą pełnoletni, starczy im najwyżej na starego fiata albo coś równie marnego. A mieszkanie jest konkretem przynajmniej jedna z naszych dzieci będzie miała start.
Artur spojrzał na nią, oczy miał pełne sprzeczności.
Ty patrzysz tylko na dziś. Ja boję się o jutro, o ich relacje. Jeżeli damy Dorocie mieszkanie, bracia będą mieli żal przez całe życie. Czy naprawdę tego chcesz?
W powietrzu zawisła bezradność.
Małgorzata z trudem powstrzymywała łzy.
Myślisz, że oni to tak przeżyją? Przecież są jeszcze mali, sami nic nie pojmują. Mamy jeszcze czas, żeby im to wyjaśnić, a później może pojawi się okazja, by pomóc również chłopcom
Z niepokojem spojrzeli na siebie. Dłonie Małgorzaty zacisnęły się na obrzeżu stołu.
Tej rozmowy nie było westchnęła nawet Dorota nie wie, że w ogóle to rozważamy. Tamto mieszkanie to rudera i nie mamy teraz pieniędzy, żeby je odnowić.
Artur bez słowa patrzył w okno na rozświetlone wieczornym światłem kamienice.
W tej chwili Małgorzata poczuła, jak narasta w niej rozpaczliwy bunt. Kto tu ma rację? Ona, która chce zainwestować w przyszłość córki, czy on, który boi się o równość w rodzinie? Czy powinna dalej walczyć, czy odpuścić? A może jest jeszcze inna, nieznana im droga, o której nie pomyśleli?
Na zewnątrz zegar na kościele Mariackim wybił pełną godzinę, a w mieszkaniu narastała cisza ciężka od niewypowiedzianych słów, pełna pytań bez odpowiedzi.



