Marek oświadczył, że mam obsługiwać jego kumpli, a ja po prostu wyszłam na spacer do parku.
Grażyno, po co tak się wciągasz? Chłopaki za pół godziny będą, a my jeszcze nic nie zaczęliśmy. Ruszaj się. Zrób ziemniaki z cebulą, jak lubią, wyciągnij kiszone ogórki, te, które babcia kiedyś podarowała. Pokrój boczek cienko, ale ładnie, nie jak ostatnio grubo.
Marek stał w kuchennych drzwiach, już w sportowych spodniach i rozciągniętej koszulce, patrząc niechętnie na zegarek. Grażyna, właśnie wróciła z dwoma ciężkimi torbami zakupów, powoli zsunęła je na podłogę. Torby donośnie uderzyły w płytkę. Ramiona bolały, a buty zimowe paliły jak ogień dziś w sklepie był koszmar przed świętami, ludzie jak z pożądania wyrywali wszystko z półek.
Marek, kim są ci goście? spytała cicho, rozpinając suwak puchowej kurtki. Palce drgnęły z zimna, czekając na autobus. Piątek, wieczór. Ledwo żyję. Myślałam, że po prostu zjemy kolację i obejrzymy film.
No i zaczyna się, wzruszył oczy i westchnął. Ledwo żyję, zmęczona. Wszyscy pracują, Grażyno. Ja też nie leżę na kanapie. Sławek dzwonił, a Krzysiek, Tomek i Witek przejeżdżali koło, postanowili wpaść. Sto lat się nie widzieli. Co mam, nie wpuścić przyjaciół na próg? To przecież brak szacunku.
A nie mogłaś mnie uprzedzić? Zadzwonić w dzień?
To był spontaniczny pomysł! Po co wyolbrzymiasz problem? Po prostu zróbmy przekąski. Oni nie jadą, a tylko pogadają. Mamy butelkę w szafce, w barze stoi. Ty najważniejsze, szybko nakryj stół. Sałatkę, co lubisz, sałatkę jarzynową albo krabową, wiesz, jak zwykle. I ciepłe danie koniecznie. Facetki z pracy, głodne.
Grażyna patrzyła na męża i czuła, jak w okolicy splotu słonecznego rośnie wielki, gorący balon złości. Jak zwykle. To znaczyło, że nie może usiąść nawet chwilę, musi biec do kuchenki, przeskakiwać między zlewem a patelnią, kroić sałatki, nakrywać stół, a potem całą noc podawać czyste talerze, zmywać brudne, dbać, by goście mieli chleb, i słuchać ich żartów i głośnego śmiechu. A na koniec, kiedy odejdą po północy, zostanie jej góra brudnych naczyń, zadymiona kuchnia i lepka podłoga.
Nie będę gotować, powiedziała stanowczo, patrząc mu prosto w oczy. Jestem zmęczona. Chcę wziąć prysznic i iść spać. Jeśli twoi kumple są głodni, zamów pizzę. Albo pierogi sam ugotuj.
Marek na chwilę zamarł, brwi uniosły się.
Co ty, Grażyno? Jaka pizza? Chłopaki chcą domowego jedzenia. Już obiecałem, że moja żona nakryje stół. Sławek wciąż wspomina twoje pyzy. Nie zawstydzaj mnie przed ludźmi. Co pomyślą? Że nie potrafię zbudować domu?
Zbudować? zapytała Grażyna, czując zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Co ja, nowicjuszka w dworze? Czy służąca?
Nie przekręcaj! Marek zaczął się złościć, głos stawał się twardszy. Ty jesteś kobietą, gospodynią domu. To twój obowiązek przyjmować gości. Ja zarabiam pieniądze, noszę dom na barkach, mam prawo raz w miesiącu usiąść spokojnie z przyjaciółmi? Żeby żona serwowała, tworzyła przytulność? Czy naprawdę proszę za dużo? Nie wymyślaj. Oto torby, rozłóż je. Włóż kurczaka do piekarnika, a ziemniaki same się upieką. I wódkę w zamrażarce schowaj, żeby się skroplila.
Odwrócił się i ruszył do salonu, rzucając w biegu:
I uprzątnij się, bo wyglądasz jak straszak z ogródka. Witkek z nową damą może, nie chcę, żebyś przy nim blakła.
Drzwi do pokoju nie zamknięły się, a z wnętrza natychmiast dobiegał dźwięk włączonego telewizora. Marek usiadł na kanapie, licząc rozmowę za zakończoną. Dla niego wszystko było jasne: żona dostała polecenia i, jak wierna kompanijka, ruszyła na kulinarną frontę.
Grażyna stała w korytarzu, słuchając szumu wiadomości. Powoli zdjąła czapkę, a potargane, naelektryzowane włosy spadły jej na twarz. Straszak z ogródka. Słowa męża brzęczały w uszach. Dwadzieścia lat małżeństwa. Dwadzieścia lat starała się być idealna. Dobrą gospodynią, troskliwą żoną, rozumiejącą przyjaciółkę. Tolerowała jego spotkania w garażu, niekończące się porady mamy, porozrzucane skarpetki i wieczne pretensje, że zupa jest mało dosolona. Myślała, że to właśnie jest życie rodzinne kompromisy, cierpliwość, wygładzanie krawędzi.
Spojrzała na torby z zakupami. Był tam kurczak, który miał jutro być pieczony na obiad. Warzywa do sałatki. Mleko, chleb. Wszystko ciężkie, obciążające ręce.
Zgięła się, ale nie po to, by rozpakować torby. Znowu zapnęła suwak puchowej kurtki, nałożyła czapkę, starannie włożyła włosy pod nią i poprawiła szalik.
Zajrzała na sekundę do pokoju.
Marek.
Mężczyzna, nie odrywając wzroku od ekranu, machnął ręką:
Co tam jeszcze? Nie znalazłaś soli? W górnym szufladzie.
Idę.
Dokąd? w końcu odwrócił głowę, a na twarzy pojawiło się prawdziwe zdziwienie. Do sklepu? Zapomniałaś coś? Masz chleb? Masz majonez?
Nie. Idę na spacer. Do parku.
Do jakiego parku? Marek wstał z kanapy. Czy ty zwariowałaś? Jest już siedemnasta, ciemno, zimno. Goście za dwadzieścia minut przyjdą! Kto będzie nakrywał stół?
Ty, odpowiedziała spokojnie Grażyna. Ty ich zaprosiłeś, więc i nakryj. Ziemniaki w koszyku pod zlewem. Kurczak w torbie. Nóż w stojaku. Przepis znajdziesz w internecie.
Grażyna, poczekaj! krzyknął Marek, wstając. Co robisz? Jaki park?! A teraz wracaj! Rozbierz się i idź do kuchni! Ktoś cię nie słucha!
Ale Grażyna już nie słuchała. Wyszła z mieszkania, trzaskając ciężkimi metalowymi drzwiami. Zamek brzęknął niczym strzał. Pobiegła po schodach, nie czekając na windę, bojąc się, że Marek wyjdzie za nią i przyciągnie ją siłą. Na klatce panował cisza; widocznie był tak zszokowany jej ucieczką, że stał jak wryty w miejscu.
Na dworze padał drobny, kolczący śnieg. Wiatr wdzierał się pod kołnierz, ale Grażyna tego nie zauważyła. W środku pulsował adrenalinowy przypływ i dawno zapomniane poczucie agresywnej wolności. Szła szybko, prawie biegła, z dala od domu, od podświetlonych okien, za którymi najpewniej jej mąż szukał wymówek dla kumpli.
Park znajdował się w odległości dwóch przecznic. Był to stary miejski park z szerokimi alejkami i wysokimi lipami, które teraz stały nagie i kołysały się na wietrze. Ludzi było mało. Przypadkowi przechodnie z psami, spieszący robotnicy, para nastolatków przy ławce, wpatrzonych w telefony.
Grażyna skręciła na boczną alejkę, gdzie latarnie świeciły co drugą, tworząc dziwaczny taniec cieni na śniegu. Dopiero teraz zwolniła krok. Oddech się urwał, serce waliło w gardle.
Co ja tu zrobiłam? przeszła przez myśli panika.
Zawsze bała się konfliktów. Od dziecka uczono ją być pożyteczną. Cierpliwość słodycz, Milczenie złoto, Mąż głowa, żona szyja. Mama mawiała: Jadzia, nie sprzeciwiaj się, bądź mądrzejsza. Mężczyznę trzeba karmić i chwalić, wtedy w domu będzie spokój. I tak karmiła. I tak chwaliła. Nawet gdy Marek dosłownie siadał jej na szyję.
Telefon w kieszeni wibracji. Grażyna wyciągnęła go. Na ekranie pojawiło się zdjęcie męża z napisem Marek. Odrzuciła połączenie. Po chwili zadzwonił ponownie, potem jeszcze raz.
Nacisnęła przycisk wyłączenia i schowała ciemny ekran do kieszeni. Cisza. Teraz tylko wiatr i skrzypiący śnieg pod butami.
Podeszła do stawu. Woda była czarna, niezatopiona w środku, gdzie pływały kaczki. Przy brzegu tworzyła się cienka warstwa lodu. Grażyna oparła ręce o zimne balustrady i spojrzała w dół.
Przypomniała sobie, jak ostatnio przybyli kumple. Tomek upił się i rozbił jej ulubioną wazon, dar od siostry. Marek wtedy tylko się roześmiał: Na szczęście! Nie płacz, kupimy nowy. Nie kupili. A Sławek Wtedy, gdy sprzątała brudne talerze, przycisnął jej pośladki i wlepił się: Szczęście, że mam taką kobietę, co wszystko ugotuje i przytuli. Marek tego nie widział, może udawał, że nie widział. Grażynie wtedy chciało się wymiotować ze wstrętu, ale milczała. Zmusiła się do uśmiechu i poszła myć naczynia. Nie zawstydzaj mnie przed ludźmi.
Nie będę, szepnęła w ciemność. Już nie będę.
Poszła dalej aleją. Mróz szczypał policzki, ale to było przyjemne. Umysł się rozjaśnił. Zrozumiała, że nie jadła od rana. Brzuch warczał.
W centrum parku świecił żółtawy kiosku z kawą i wypiekami. Grażyna podeszła do okienka.
Dobry wieczór uśmiechnęła się sprzedawczyni w wełnianej czapce. Co podać? Rozgrzać się?
Tak. Duży cappuccino, proszę. I spojrzała na witrynę. I tę ślimaczkę z cynamonem. I kanapkę z kurczakiem.
Doskonały wybór. Zaraz podgrzewamy.
Grażyna wzięła gorący kubek, obejmując go zamarzniętymi dłońmi. Ciepło rozlewało się po palcach. Usiadła na ławce pod latarnią.
Kanapka była gorąca, ser ciągnął się, kurczak soczysty. To był najsmaczniejszy posiłek od lat. Nie dlatego, że jedzenie było wykwintne, ale dlatego, że jadła je sama, w ciszy, nie służąc nikomu. Patrzyła na opadający śnieg, piła kawę i czuła się dziwnie żywa.
Obok przeszła para starszych. Mężczyzna coś opowiadał, a kobieta śmiała się, patrząc na niego z czułością. Zatrzymali się przy Grażynie, by poprawić mężczyźnie szalik.
Nie wyjdź za daleko, Stasiu, bo się przeziębisz zawołała żona.
Ciepło mi z tobą, Gabi odparł dziadek.
Grażyna obserwowała ich i myślała: Czy kiedyś będziemy jak oni? Czy będziemy się trzymać za ręce w starości?. Odpowiedź przerażała. Raczej Marek będzie iść przed siebie, narzekając, że jest za wolno, a ona będzie ciągnąć torby zakupów, myśląc, że on ma ból w plecach i potrzebuje maści.
W kieszeni znowu coś pisnęło. Grażyna podskoczyła, ale przypomniała sobie, że telefon jest wyłączony. To nie był telefon. To zegarek na ręce, który pokazywał, że przeszła dziesięć tysięcy kroków. Ironia losu. Wyszła z domu, by spełnić normę aktywności.
Minęły dwie godziny. Grażyna przemierzyła park trzy razy. Nogi nie dręczyły zmęczenie po pracy, lecz długie chodzenie. Kawa była wypita, bułka zjedzona. Zimno wdzierało się pod puchową kurtkę. Trzeba wracać. Nie spać na ławce.
Ale powrót był przerażający. Co tam? Kłótnia? Bójka? A może Marek wypędził gości i siedzi gniewny, przygotowując kazanie?
Zdecydowanie ruszyła w stronę wyjścia. Im bliżej domu, tym wolniej stawiała kroki. Winda winda, drzwi mieszkania jej mieszkanie. Światła paliły się wszędzie: w kuchni, w salonie.
Wjechała windąGdy otworzyła drzwi, zobaczyła, że Marek siedzi przy stole, samotny i przygnębiony, a w jego oczach błysnął cień nadziei, że ich wspólne jutro jeszcze się zacznie.



