**Dziennik Marty Nowak**
Dziś znów obudziłam się przed świtem. W weekendy młodzież zawsze zostawia po sobie tyle śmieci, że postanowiłam wyjść do pracy o czwartej rano, żeby zdążyć przed ludźmi. Już tyle lat pracuję jako sprzątaczka. Kiedyś moje życie wyglądało zupełnie inaczej.
Gdy złapałam miotłę, wspomnienia wróciły jak fala. Mój jedyny syn, którego urodziłam sama w wieku trzydziestu pięciu lat. Nigdy nie ułożyło mi się z mężczyznami, więc oddałam serce dziecku. Mój Sławek był mądry, urodziwy. Tylko jedno mnie niepokoiło nie znosił naszej dzielnicy.
Mamo, jak dorosnę, będę prawdziwym twardzielem! mawiał.
Oczywiście, synku, inaczej być nie może odpowiadałam, głaszcząc go po głowie.
Gdy skończył szesnaście lat, wyprowadził się do akademika blisko technikum. Nie podobało mi się, że jest tak daleko, ale obiecał często przyjeżdżać.
Na początku rzeczywiście zaglądał regularnie. Potem poznał dziewczynę i o domu pamiętał coraz rzadziej. Aż w końcu wrócił na zawsze z wiadomością, że jest śmiertelnie chory. Nie rozumiałam, dlaczego los nas tak doświadczył.
Walczyliśmy do końca. Lekarze sugerowali specjalistyczne leczenie, ale kosztowało majątek. Bez wahania sprzedałam mieszkanie. Aż pewnej nocy zadzwonił telefon.
Pani syn nie żyje usłyszałam głos lekarza.
Nie chciałam już istnieć. Świat stracił sens.
Tego ranka, jak zawsze, wyszłam posprzątać podwórko.
Dzień dobry! przywitał się pan Jerzy, sąsiad z psem.
Tak wcześnie? zdziwiłam się.
W domu nudno. Spacer z Burkiem i rozmowa z panią lepszy początek dnia! zaśmiał się.
Był samotnym wdowcem. Jego uwaga zawsze mnie onieśmielała.
No dobrze, nie będziemy pani przeszkadzać skinął i ruszył dalej.
Zaczęłam zamiatać, aż nagle coś błysnęło na ławce. Telefon. Rozejrzałam się nikogo. Włączyłam go. Na ekranie pojawiły się zdjęcia. Ktoś pewnie robił selfie i zapomniał urządzenia. Gdy przyjrzałam się bliżej, serce zamarło.
Sławku Mój chłopcze łzy same napłynęły do oczu.
Nagle telefon zadzwonił. Z wahaniem odebrałam.
Halo? To mój telefon, mogę go odebrać? spytał kobiecy głos.
Tak, znalazłam go w parku. Proszę przyjść pod ten adres powiedziałam, dyktując ulicę.
Dziewczyna pojawiła się szybko. Gdy otworzyłam drzwi, za jej plecami stał chłopak.
Skąd pani ma zdjęcia mojego syna? wyszeptałam.
Krzysia? zdziwiła się.
Chłopak wszedł do środka.
Sławek! krzyknęłam i osunęłam się na podłogę.
Co się stało?! rzucił się ku mnie.
Chyba panią pomylił. Trzeba wezwać pogotowie! odparła dziewczyna.
Gdy lekarze mnie ocu



