Budowałem w moim ogródku małą altanę, a jednocześnie żywiłem się tym, co znajdowało się w mojej lodówce. Po nocnej kalkulacji odliczyłem koszt jedzenia od wypłaty i zobaczyłem, że pan Józef, który zajął się konstrukcją, zaczyna drżeć ze złości.
Potrzebowałem altany na własnym kawałku ziemi. Nie chciałem wzywać wielkiej firmy budowlanej, bo w snach zawsze krzyczyły lepszy dom z betonu niż marzenie z pianki. Myślałem, że wystarczy człowiek, który zna przynajmniej dwa trójkąty i jedną linijkę.
Sąsiad, pan Nowak, skierował mnie do przyjaciela, który zajmował się wznoszeniem domów w małej dzielnicy Warszawy. Mówił, że potrafi zrobić prostą altankę w ciągu tygodnia, więc podjąłem wyzwanie.
Miałem szczęście pan Józef był wolny. Nie chciał najpierw podjąć się zamówienia, ale zdołałem go przekonać, że to jedyny sposób, by nie kupić kota w worku. Obiecał, że w siedem dni postawi ściany, a w sobotę przyjdzie obejrzeć teren, a następnego dnia kupi wszystkie potrzebne materiały gwoździe, deski, dachówki i kawałki sznurka.
Rozmawialiśmy o trudach pracy. Powiedział, że potrzebuje od razu pomocnika, a potem znajdzie partnera, bo ma wielu znajomych z kamienic w Krakowie. Najważniejsze było to, że cały tydzień miałem spędzić w mieście, wypełniony obowiązkami, więc nie mogłem być na miejscu. Przekazałem mu klucze do domu, aby otworzył bramę w nadchodzący weekend.
Pan Józef zapewnił, że wszystko dopilnuje, bo jest fachowcem. Za swoje usługi żądał wynagrodzenia w wysokości pięćset złotych suma, którą przyjąłem bez wahania.
W sobotnią noc altana stała już gotowa, dokładnie tak, jak sobie wymarzyłem, bez żadnych zastrzeżeń. Pan Józef nie miał żadnych pretensji, oprócz jednej: zjadał wszystko, co znajdowało się w mojej lodówce. Dwa kilogramy boczku, dwadzieścia jaj, kilka kartonów mleka, sos i butelkę czerwonego wina wszystko zniknęło, jakby wpadło w wir czarnego śniegu. To zachowanie wydawało mi się nie do przyjęcia; nie prosiło się mnie o zgodę, po prostu wciągnięto mnie w zakamarki kuchni.
Policzyłem koszt wszystkich produktów, odjąłem go od wypłaty pana Józefa. To była jedynie kropla na rozgrzanym kamieniu, ale dała mi poczucie, że zrobiłem coś słusznego.
Pan Józef nie był zadowolony. Zaczęliśmy się sprzeczać, a on tłumaczył, że budowlańcy zawsze muszą być najedzeni, to tradycja, a w trakcie budowy były chwile, kiedy denerwował się bardziej, lecz suma końcowa nie uległa zmianie.
Z jednej strony chciałem mu przyznać rację, z drugiej wciąż czułem, że dotrzymałem wszystkich umownych warunków i że powinienem był zostać uprzedzony o taką praktykę.
Wszystko to zdawało się krążyć jak wiatr po mazurskich jeziorach, a ja wciąż wędrowałem pomiędzy rzeczywistością a snem, niepewny, czy to ja jestem budowniczym, czy po prostu wędrującym gościem w niewidzialnym zakątku Polski.



