Pamiętam, jak w małej wsi Klimontów, pośród pól o powierzchni trzydzieści hektarów i trzylatków w zagrodzie, rozegrała się rodzinna saga, której bohaterami były Zuzanna, Jagoda i ich brat Staszek. Zuzanna, najstarsza córka, nigdy nie wybrała się za mąż jej temperament i wygórowane wymagania wobec kawalerów sprawiły, że do trzydziestki stała się gorzką przeciwniczką mężczyzn, jakby w niej zakiełkował żal i niechęć, które po latach zamieniły się w prawdziwy koszmar męża w ludzkiej skórze.
Czarownica, wymamrotała, jakby to był wyrocznia. Jagoda, młodsza, pulchna i rozbrykana, przytaknęła z uśmiechem. Matka milczała, lecz z jej ponurej twarzy wynikało, że nienawidzi tę szwedkę w domu. Co mogło się jej podobać? Jedyny syn, ich nadzieja i podpora, odszedł do wojska i przywiózł ze wschodniej granicy żonę Waleria Nikiticzanka. Nie znała ani ojca, ani matki, nie miała majątku. Być może rosła w domu dziecka, a może przeszła przez rodzinne kłopoty. Nikt nie wiedział. Staszek kręcił się w kółko, mówiąc: Nie płacz, mamo, kiedyś zdobędziemy własne bogactwo. A jednak rodzina musiała się zmierzyć z nową ziętką. Kto przywiózł do domu tę kobietę? Czy nie jest to jakakolwiek złodziejka, oszustka? W czasach, gdy plotki rozchodziły się szybciej niż wiatr, nie brakowało obaw.
Od chwili, gdy Waleria wkroczyła pod dach, nieprzespana nocą, przeglądając półcienie szaf. Matka wyczuwała, że przyjdą jakieś podstępy, że może ukryje w garderobie kosztowności futra, złoto, a może przyniesie wioskę na łeb na szyję. A Staszek, znużony, nie wiedział, co ma zrobić Kogo wnosisz do domu! Gdzie były twoje oczy? wykrzykiwał, niecierpliwy.
Jednak życie nie mogło stać w miejscu. Zaczęli wspólnie gospodarować. Dom, choć bogaty, wymagał nieustannej pracy trzydzieści hektarów upraw, trzy prosięta w zagrodzie, ptaki na podwórku, nie da się wszystkiego zmierzyć. Waleria, choć początkowo nie protestowała, wkrótce objęła się obowiązkami: gotowała, sprzątała, opiekowała się trzema prosiątkami i starała się zadowolić teściową. Gdy serce matki nie było zadowolone, nie liczyło się, czy podłogi były wyłożone złotem wszystko wydawało się nieodpowiednie.
Pierwszego dnia, wbrew wszystkiemu, Waleria wypowiedziała: Zwracaj się do mnie po imieniu i patronimicznie. Ja mam już córki, a Ty, choćbyś się starała, nie zostaniesz naszą prawdziwą synową.
Odtąd zwracała się do niej matka jako Waleria Nikiticzanka, a sama nie używała pełnego imienia. Matka, choć niewyraźnie, wciąż powtarzała: Trzeba coś zrobić, i tak pozwoliła, by porządek w domu nie został zachwiany przez kłótnie. Z każdą chwilą Waleria przyzwyczajała się do roli pracującej kobiety, nie leniwie przyglądając się otoczeniu, a matka stopniowo się rozluźniała.
Los jednak potoczył się inaczej, gdy Staszek zabłądził w swoich rozrywkach. Poranna konwersacja o tym, kogo poślubił i w jakim sensie, rozbrzmiewała jak echo w domu. Zazwyczaj Zuzanna, zgorzkniała, przedstawiła mu jakąś przyjaciółkę, co doprowadziło do zamieszania. Wtedy Zuzanna triumfalnie ogłosiła: Teraz niech ta podła Waleria wyczyści dom! Matka milczała, a Waleria udawała, że nic się nie stało, choć oczy jej były pełne łez.
Nagle, jak grzmot w słonecznym niebie, rozeszła się wieść: Waleria spodziewała się dziecka, a Staszek zamierzał się od niej rozwieść. Matka, z wściekłością, krzyknęła: Nigdy tego nie było! Nie poślubiłam jej za żonę! lecz już mąż, choć rozczarowany, musiał przyjąć zrozumienie.
Módl się i żyj, synu! Nie wtrącaj się w moje sprawy, rzekła matka. Wkrótce będziesz ojcem. Nie rozbij rodziny, bo ja nie chcę cię już widzieć a Świętosława zostanie tutaj.
Po raz pierwszy w życiu matka wypowiedziała imię Walerii. Siostry zamarły. Staszek podniósł głos: Jestem mężczyzną, decyduję! Lecz matka, z rękami w biodrach, zaśmiała się: Jakiś mężczyzna? Jeszcze w szortach! Kiedy już wyhodujesz dziecko, nauczysz je myśleć i uczynisz z niego człowieka, wtedy będziesz prawdziwym ojcem!.
Staszek nie mógł już dłużej znieść presji i wyjechał, zostawiając Świętosławę samą. Po kilku miesiącach urodziła dziewczynkę i nazwała ją Waleria. Matka, choć milczała, widocznie cieszyła się z nowego życia w domu.
Z zewnątrz nic się nie zmieniło, lecz Staszek zgubił drogę do domu i odczuł żal. Matka, choć ukrywała smutek, kochała wnuczkę, rozpieszczała ją, kupowała słodycze i prezenty. Świętosława jednak nigdy nie wybaczyła matce, że straciła syna przez nią. Nie wypowiadała nawet słowa winy.
Minęło dziesięć lat. Siostry się ożeniły, a w wielkim domu zostali trzeci: matka, Świętosława i Małgorzata nowa nazwa wnuczki. Staszek poszedł w służbę i wyjechał na północ z nową żoną. Do Świętosławy pod szpaltem podszedł emerytowany oficer, starszy od niej, który zostawił jej mieszkanie po rozwodzie z żoną. Pracował, pobierał rentę i był poważnym kandydatem na męża. Świętosława go polubiła, lecz nie mogła go przedstawić teściowej.
Poinformowała go o wszystkim, poprosiła o wybaczenie i odsunęła się. On, nie będąc głupcem, udał się do matki, mówiąc: Panie, kocham Świętosławę, nie mogę bez niej żyć. Matka nie drgnęła.
Kochasz? powiedziała spokojnie to zamieszkajcie razem. Dodała potem: Nie pozwolę ci zabierać Małgorzaty. Pozostańcie tutaj ze mną. Tak więc wszyscy zamieszkali pod jednym dachem. Sąsiedzi szepcą, że szalona Waleria wypędziła własnego syna, a przyjęła tę podłą to nieprawdą, choć plotki krążyły. Żadne sąsiedzkie gadki nie ruszyły Walerii; nie rozmawiała już z sąsiadkami, nie opowiadała o młodych, trzymała się dumnie i nieugięcie.
Świętosława urodziła Kasię. Matka, choć nie przyjmowała jej za własną, była dumna z wnuczki. W jej oczach jednak Kasia nie była wnuczką, a jedynie kolejnym dziwnym potomkiem.
Nagle nadeszła tragedia. Świętosława poważnie zachorowała. Mąż poddał się alkoholu, a matka, bez słowa, wyciągnęła wszystkie pieniądze z kieszeni i zawiozła ją do Warszawy, szukając lekarzy i leków, które jednak nie przyniosły ulgi.
Rano, gdy Świętosława poczuła się lepiej, poprosiła o rosół z kurczaka. Matka z radością zabiła ptaka, wypotrafiła go i podgrzała wywar. Gdy podała go wnuczce, Świętosława nie mogła go zjeść i po raz pierwszy zapłakała. Matka, której nigdy nie widać było łez, popłakała razem z nią: Dlaczego odchodzisz, kiedy cię kochałam? Co robisz?. Po chwili uspokoiła się, otarła łzy i dodała: Nie martw się o dzieci, nie zginą. Od tego czasu nie płakała już publicznie, po prostu siedziała przy boku, trzymała matkę za rękę i delikatnie głaskała, jakby szukała przebaczenia.
Kolejne dziesięć lat minęło. Małgorzata miała wyjść za mąż. Na pogrzeb przybyły Zuzanna i Jagoda, już podeszłe, nieurodzajne, zebrane pośród krewnych. Staszek wrócił, choć już rozstaniał się ze swoją żoną. Pił mocno, patrząc na piękną Małgorzatę, zachwycony. Gdy usłyszał, że jej ojciec nie jest jej biologicznym, rozgniótował się i zarzucił matce: To twoja wina, że wpuściłaś obcego mężczyznę do domu. Niech sprząta, niech nie ma tu nic dla niego. Ja jestem ojcem! Matka odparła spokojnie: Nie, synu. Nie jesteś ojcem. Z małych spodni nigdy nie wyrosłeś na prawdziwego mężczyznę. Powiedziała to, jakby wyrywała słowa z papieru. Staszek nie wytrzymał upokorzenia, spakował rzeczy i znów odjechał w dal. Małgorzata wzięła ślub, urodziła syna i nazwała go Aleksander, na cześć adoptowanego ojca. Wspomnienia o Walerii zakopały się pod ziemią obok Świętosławy.
Tak leżą teraz na ławce: teściowa i synowa, a wiosną wyrósł między nimi brzozowy pęd. Skąd się wziął, nikt nie wie. Nie ktoś go posadził celowo. Może to pożegnanie od Świętosławy, a może ostatnie przebaczenie od matki.



