Czernigowska przygoda: Tajemnice zagubionego skarbu w sercu Polski

13kwietnia, Warszawa
Dzisiaj znowu stanąłem w sali porodowej, by obserwować zapis tętna płodu podczas porodu. EKG dziecka wykazywało zupełnie prawidłowy rytm. Patrzyłem na tę falującą linię na monitorze i myślałem o sytuacji, w której nasza położna z oddziału położniczego musiała oddać noworodka, który poważnie zachorował, do domu. Teraz musiałem połączyć się z inną położną, aby zabezpieczyć przyjęcie kolejnych pacjentek w przychodni.

Czy coś jest nie tak? zapytała zaniepokojona pacjentka, spoglądając mi w oczy. Czy na monitorze coś się dzieje? Widać, że jest Pani bardzo skupiona.

Najtrudniejsze w naszym fachu jest umieć trzymać twarz. Całe nasze życie zawodowe jest ciągłym uczeniem się: stawianie diagnoz, składanie fragmentów rzeczywistości w całość, obserwowanie, cierpliwe czekanie i nieingerencja, a potem natychmiastowe podejmowanie właściwych decyzji. Aktorskiego warsztatu nigdy nam nie uczono.

Tak więc po ciężkiej operacji, nocą, po przemyciu oczu lodowatą wodą, nie zdążywszy nawet wydychać i ocierać krwi, która przesiąkła po butach, wchodzę do oddziału przyjęć i z prawdziwym uśmiechem witam nowego pacjenta. To najważniejsze szczery uśmiech, który mówi przerażonej, zagubionej osobie przywożonej karetką, że jest w bezpiecznym miejscu, że cieszy się jej przybycie i że już czeka na pomoc, ulgę i wyleczenie. Nie uczono nas, że chorzy się boją.

Bez względu na to, jak bardzo jesteśmy profesjonalistami i jak radzimy sobie z najtrudniejszymi sytuacjami, musimy potrafić trzymać twarz, bo strach zniekształca rzeczywistość zarówno naszą, jak i cudzą. Za progiem szpitala chorują rodzice, dzieci gubią klucze i siedzą na schodach, czekając na kogoś; w oddziale intensywnej terapii nie stabilizuje się ciężko chora pacjentka, a w sali operacyjnej pielęgniarka doświadcza kryzysu nadciśnieniowego. To wszystko krąży w głowie, ale ponad tym wszystkim jest coś wyższego niż nasza maska.

Trzymać twarz jest niezwykle trudne, zwłaszcza gdy zdajesz sobie sprawę, że za piętnaście minut może nastąpić katastrofa. Muszę pokonać własny strach, wydać wszystkie niezbędne polecenia, spokojnie wyjaśnić pacjentce, co się dzieje i dlaczego musimy działać szybko, uspokoić ją i jej bliskich, uzyskać zgodę na operację i ruszyć w stronę sali zabiegowej, rozbierając się w biegu, jednocześnie trzymając twarz.

Potem, schodząc ze sceny, nie idę do szatni, lecz za kulisy. Najtrudniej jest, gdy katastrofa już nastąpiła. Wtedy nadal trzeba trzymać twarz, zapominając o zimnie w sercu rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać: z pacjentami, z ich rodzinami, z nieznajomymi, z samym sobą, z Bogiem, z własnymi zamrożonymi myślami, z przełożonymi i znów z rodziną pacjenta. Dopóki nie pozwolę temu głęboko w sercu bólowi odejść i nie wykonam pełnego oddechu, rozumiejąc, że kolejny dyżur wykuł w mnie nową granicę.

Godzinę później, schodząc na konsultację do kolejnego chorego, wciąż trzymam twarz, trzymam się na sztywno, drapiąc niepostrzeżenie skórę pod lewą obojczykiem. Bo lekarze się mylą wszyscy. Nawet ci od Boga. Są ludźmi; błędny nie popełnia tylko ten, kto nie pracuje. Nawet najprecyzyjniejszy sprzęt popełnia błąd, bo jest dziełem człowieka. Najgorsze jest zrozumieć, że właśnie się pomyliłeś i w kółko wracać do chwili, w której mógłbyś zrobić inaczej, nie wiedząc, jaki byłby wynik. Tego już nie da się cofnąć.

Czy patrząc na zupełnie prawidłowe EKG zmęczonymi oczami, nie zauważasz, że przyzwyczaiły się one do tej wyczerpującej codzienności? Czy nie zwróciłeś uwagi na w pełni prawidłowy wynik badania, którego nikt nie dostrzega? Czy dawkowanie leków obliczyłeś według protokołu, ale nie przybyłeś na czas, albo przybyłeś za późno? Czy na zdjęciu rentgenowskim nie dostrzegłeś czegoś istotnego, bo twój wzrok jest taki sam jak wczoraj i przed miesiącem? Czy przypadkowe zadzieranie ręki z skalpelem, które spowodowało wystrzał zacisku, nie było czymś, co nigdy nie wydarzyło się przed rokiem? Może sześć dyżurów w dwa tygodnie to za mało, a w domu leży moja mama po udarze.

W medycynie czas jest względny, a najbliżsi już od lat zajmują honorowe miejsca w naszym sercu. Najgorsze może być nie zrozumieć, co dokładnie poszło nie tak, bo wtedy błąd może się powtórzyć. Ile jeszcze książek trzeba przeczytać, szkoleń przejść i nocy nie spać, by tego uniknąć? Kto to powie? A jak odgonić myśl, że istnieją jeszcze statystyki? Przerażająca statystyka medyczna mówi bezdusznym głosem liczb, że na tysiąc porodów, operacji, zabiegów powinny wystąpić trzy, pięć, dziesięć komplikacji na całym świecie, każdego dnia, miesiąca, roku. Czyjeś życie, zdrowie, czyjaś tragedia.

Co ma zrobić lekarz, który znalazł się w tej liczbie? Stać przed ludźmi zrozpaczonymi i mówić: To ja, wasz zabójca. Czy ktoś potrafi wyobrazić sobie taką sytuację? Gdy tysiące nieszczęśliwych ludzi patrzy w twoją stronę, a ty jesteś jedyną przyczyną ich niewyobrażalnego cierpienia. To ja. Nie ma co ukrywać.

Dlaczego, gdy lekarz pomyli się raz, setki tysięcy razy, gdy miał rację, zostają zatarte? Bo lekarze są ludźmi. Bogowie się nie mylą to ich świat, ich kreacja, ich statystyka. Im więcej pracuję, tym bardziej rozumiem, że tylko wybrani mogą pojąć ich zamysł. My nie jesteśmy wybrani. Jesteśmy zwyczajnymi ludźmi, zwykłymi lekarzami.

Lekarska lekcja, którą wyniosłem z dzisiejszego dyżuru: najważniejsze to nie tylko umieć trzymać twarz, ale też nie zapominać, że za maską kryje się człowiek, który popełnia błędy i musi się z nimi mierzyć. Tylko akceptując własną kruchość, mogę naprawdę pomagać innym.

Rate article
Fajna Tajna
Czernigowska przygoda: Tajemnice zagubionego skarbu w sercu Polski