Dwie żony: Tajemnice miłości i lojalności w polskiej rodzinie

Nieurodzona staruszka już nie jest starą, a półstarą, tak mówi moja teściowa wzdycha Łucja, uśmiechając się gorzko.
Nie słuchaj jej nagle i głośno wtrąca się półgłucha sąsiadka Zofia Bóg wie, co robi. Nie wiesz jeszcze, co przyniesie los, on widzi wszystko z góry.
Jak widzi? łka Łucja, łzy spływają po jej policzkach. Mieszkamy tu pięć lat i wciąż marzę o dziecku.

Rzadko wypowiada te słowa na głos, coraz częściej milczy, trzymając ból w sercu. Dziś przyjechała do rodzimej wsi, oddalonej o dziesięć kilometrów, aby odwiedzić grób matki, i usiadła z Zofią, by pogadać.

To prawda, smutno. Nie my szukamy dzieci, a one nas znajdują. Cierpliwość, córeczko. mówi Zofia.

W wieśniakach szczekają psy, ćwierkają wróble. Dźwięki wsi zniknęły. Wieś Dąbrówka w województwie mazowieckim prawie umarła. Zepsute chaty pochylają się nad rzeką, jakby oddawały jej ostatni hołd.

Łucja kieruje się do domu, do męża w wielkiej wsi Ilino. Musi wyjść z Dąbrówki świtem. Całe życie bała się nocnego lasu i pola dziecięcy lęk.

Łucja pochodzi stąd. Sześć lat temu została sama: ojciec zginął po wojnie, matka zmarła młodo. Zaczęła pracować jako dojniczka w lokalnym kołchozie.

Kiedy poznała przyszłego męża, był czerwiec. To był jej siedemnasty letni okres i pierwszy rok na farmie. Dojazd do gospodarstwa był daleko, ale łokciała tam z zapałem, choć ręce początkowo bolały od ciężkiej dojnicy.

Pewnego poranka, w drodze do domu, złapał ją przesiąknięty deszcz. Niebo zasnuło się chmurami, grzmoty huczały. Wszystko wydawało się pochylone, zgięte w jedną stronę.

Łucja wskoczyła pod okap przy lesie, usiadła na desce i wyciskała wodę z rozwianych włosów. Wśród ukośnych strumieni deszczu zobaczyła biegnącego ku niej czarnowłosego chłopa w koszuli w kratę i spodniach do kolan. Chłopak podbiegł pod okap, zobaczył ją i uśmiechnął się:

Co za prezent! Ja jestem Kamil, a ty?

Łucja przestraszyła się, serce zabiło szybciej. Cisza wokół była ciemna od deszczu. Milczała, cofnęła się na krawędź deski.

Coś ci uderzyło? Czyś głucha od urodzenia? zażartował.

Nie głucha. Łucja mnie wołaj.

Zmarzłaś? Chcesz się ogrzać? drwił dalej, ale nie podchodził blisko. A my z MTS-a przeszliśmy tę burzę.

Żartował jeszcze chwilę, potem jednak nachodził na Łucję tak, że ta mocno się przestraszyła. Bluzka przywarła do ciała czy to go podnieciło, czy po prostu był bardzo żarliwy? Łucja ruszyła pod deszczem na wszystkie nogi i biegła, odwracając się.

W mrocznym, zarośniętym lesie było strasznie. Po chwili Kamil Nikołajewicz przybył na farmę jako tymczasowy tragarz. Łucja spojrzała na niego z niechęcią, a potem on zaczął ją zalotywać, podchodził poważnie.

W małżeństwie Łucja zanurza się w radości, choć nie jest pewna, co czeka ją w domu męża i w obcej wsi. Teściowa okazała się surowa i zdrowo podła. Łucja chętnie zrzucała na nią część obowiązków, ale pilnowała ich starannie.

Mimo że sytuacja nie jest słodka, Łucja nie poddaje się. Była pracowita, silna, choć uwagi teściowej ją krzywiły. W końcu po kilku miesiącach teściowa uspokoiła się, widząc, że zięć jest rzetelny.

Rok minął, drugi też, ale ciąża nie nadeszła.

Ty, nieurodzona baba, już nie jest babą, a półbabą. Co to za dom bez wnuków? ryczy teściowa.

Łucja płacze przy ramieniu Kamila, on gani matkę, a ona jeszcze bardziej się złości. Teść patrzy gdzieś w stronę Łucji, only gdy podaje miskę.

Łucja nie traci nadziei. Sama chodzi do położnej, potajemnie odwiedza sąsiednią wsię do lekarza, warzy i pije mikstury, które babcie radzą na niepłodność.

Życie toczy się dalej. Dom Nikołajewskich nie jest najbiedniejszy, choć czasy powojenne są trudne.

Pewnego ranka Kamil przynosi pół worka mokrego ziarna.

Ojej, Kolinko, nie, nie krzyczy matka.

Wszyscy ciągną, nie ja sam. Uspokój się, mamo

Łucja martwi się i próbuje namówić Kamila nie wciągać się w takie sprawy, ale on i tak przynosi resztki z kołchozu.

Nocą Łucja nie śpi dobrze. Nie zapala lampy, siedzi na łóżku, podciąga nogi i czeka na męża.

Pewnego dnia idzie go spotkać. Odpatrzyła sukienkę, koszulę i podszewkę, znalazła pod łóżkiem wysokie gumowe kalosze, wzięła płócienny płaszcz i wyszła na próg. Listopadowy wiatr wdarł się w otwarte drzwi, krople wody spaliły twarz.

Gdzie on tak długo w tym deszczu? Nogi same poniosły ją na skraj wsi. Okna nie płonęły, psy się schowały. Zanim zniknął, przyklejony szczeniak Burek, którego łagodnie kochała. Łucja szła, patrząc przed siebie, szukając męża, aż zatrzymała się przy starej garbacie na skraju wsi.

Dalej prowadziło tylko pole. Nocne pole i las zawsze ją przerażały. Zdecydowała poczekać i wrócić.

Deszcz uderzał o zimną, wilgotną ziemię, grzmiał i szumiał. Wśród hałasu usłyszała lekki, damski śmiech dochodzący z garby.

Nasłuchując, rozpoznała głos Kamila. Najpierw ucieszyła się, podeszła, ale zaraz się ochłodziła nie był sam.

Usłyszała też głos Kasi, dziewczyny z sąsiedniej wsi, z którą pracowała na farmie.

Na początku Kasia była śmiała, wesoła i gadatliwa. Marzyła o wyjeździe do miasta, by zarabiać.

Chodź, chodź, piec, chodź, nie ma co! śpiewała.

Teraz jej radość przygasła. Wszyscy na farmie mówili, że jest zazdrosna o męża. Łucja była pewna, że to ona będzie w mieście, ale nie przewidywała, że zazdrość będzie wobec Kamila.

Deszcz wlewał się w zagłębione rowy, a Łucja stała przy garbie, rozmyślając. Nagle donośny, rozkoszny śmiech Kasi rozerwał ciszę. Pobiegła w poślizgu po śliskiej, znanej sobie ścieżce, potknęła się o własny płaszcz i wylądowała w brudzie.

Wróciła do domu i zaczęła prać w przydomowej łaźni, krzycząc do szczeniaka:

Przemyjmy tę brud, Burku, przemyjmy!

W domu pozostała tylko miłość do męża i jego. Ale okazało się, że tego już nie ma. Nie widziała miłości własnymi oczami, tylko słyszała w szumie deszczu, a jej nadzieje matczyne nie pozwalały uwierzyć w zdradę.

Kiedy Kamil wszedł do łaźni, nic mu nie powiedziała. Postanowiła poczekać do rana.

Rankiem przyjechali dwaj policjanci i przewodniczący kołchozu. Matka łkała, chwytając krawat przewodniczącego. Ojciec odprowadził syna w milczeniu, patrząc niechętnie na nieproszonego gościa. Łucja zbierała męża, podnosiła teściową z podłogi.

Z wioski zabrano czternaścioro ludzi, odprowadzono do siedziby. Tłumy gromadziły się przy murach aż do obiadu, przekazywano worki, beczki Po południu przyjechał ciężarówka, wszyscy aresztowani wsadzono do tylnej części i odjechali. Mówili, że jedzie do miasta na sąd.

Łucja odwróciła się. Nieopodal pod brzozami stała Kasia.

Areszt wstrząsnął całą wsią, a ludzie zamykali się w chatkach, bo bali się rozmawiać. Teściowa zapadła w swój żal, teść osłabł. Łucja od kilku dni nie śpiła.

Nie rozwiązała wszystkiego z Kamilem, została w półzwiązku, ale teraz litość i strach o męża przeważają nad gniewem i zazdrością. Nie mogła otwarcie krytykować, bo żona aresztowanego nie jest mile widziana w innych kołchozach. Rozwód nie został poruszony.

Kilka dni później, zmęczona, wracała z farmy z mlekiem, gdy otworzyła drzwi domu i zobaczyła Kasię, siedzącą przy stole, ręce złożone na dużym brzuszku. Przed nią siedzieli teść i teściowa, Kasia spojrzała prosto, jęknęła językiem, a rodzice zniżyli głowy.

Dzień dobry przywitała się Kasia.

I niech wam nie choruje odparła Łucja.

Łucjo powiedziała teściowa, niecodziennie przyjazna, A przecież Kasia jeździła do miasta, odwiedzała nasze krewniaki, Olgę i Ninę.

Łucja postawiła wiadro mleka przy piecu, umyła ręce przy zlewie, słuchała.

Łucjo, sąd był, nasz Kamil dostał dziesięć lat! rzekła matka, podając chustkę, potem przycisnęła ją do oczu i zapłakała.

Łucja usiadła na ławce.

Jak to dziesięć?

Powiedzieli, że to przestępcy państwowi. Prawie wszystkim wymierzyli karę dziesięciu lat.

Boże! westchnęła Łucja, nie wierząc uszom.

Teściowa płakała, Łucja starała się ją uspokoić:

Mamo, nie może tak być. Może kiedyś pomyślą i zwolnią Zostaną w strachu, a potem wypuszczą, tak myślę.

Kto ich teraz wypuści? przerywała, Ty jesteś głupia! Teraz wszystko po etapach. Sąd już wydał wyrok, dodała Kasia, pewna swojego zdania.

Rozmawiali o szczegółach procesu, po czym nastąpiła cisza, słychać było tylko stukanie łyżeczki w filiżance.

No więc! wykrzyknęła Kasia, stukając dłonią w stół, Gdyby właściciele milczeli, powiem: Kamil zamierzał się ze mną ożenić, a z tobą rozwód chciał zrobić, ale nie zdążył. Tak, mój chłopiec będzie mój. Nie zamierzam go sama wychowywać. Ojciec nie pozwoli mi wrócić do wsi, bo już wie, co się stało. Ale myślę, że się pobierzemy, on nie przeciwstawia się. Dlatego przyjeżdżam, żeby opiekować się twoim wnukiem.

Kasia patrzyła na Łucję, czekając na reakcję zdziwienie, protest, łzy. Łucja siedziała cicho, ręce spoczywając na spódnicy z wojskowej tkaniny, patrząc w podłogę.

W końcu wytrzymała teściowa.

Łucjo, to nasz dom, my decydujemy. Wnuk będzie, a Kamil co z Kamilem? Niech Kasia zostanie, to nasze rozwiązanie. Niech dziecko rośnie w domu. Ty sama zdecyduj, zapłakana teściowa wciągnęła fartuch i popłynęła łzami.

Nie mam nic przeciw, odpowiedziała Łucja, wstając i odcedzając mleko.

Kasia i teść poszli po rzeczy. Teściowa czekała na Kasię.

Gdzie położymy go do spania? Na strychu? Potrzebny będzie kącik. O mój Boże

Łucja przyniosła z podwórka garść słomy, rozłożyła ją przy piecu, a na wierzch położyła domową kołdrę z tkaniny, tworząc prostą, ale ciepłą łoże, podobną do tej, którą Burek miał w kojcu.

Dni stawały się krótsze i coraz zimniejsze. Teściowa zachorowała na całą zimę. Kasia w ostatnich dniach była napięta, chodziła po dworze. Gospodarstwo opadało na barki Łucji, nie dało się od tego uciec.

Kasia i teściowa zbliżyły się, aż w pewnym stopniu współpracowały, broniącŁucja w końcu odważyła się wyruszyć w daleką podróż do miasta, by podjąć pracę w cieplarni i zapewnić sobie oraz swoim bliskim nowy początek.

Rate article
Fajna Tajna
Dwie żony: Tajemnice miłości i lojalności w polskiej rodzinie