Dziennik, 17 sierpnia 2025
Wsiadłam na tylną kanapę busy i od razu zauważyłam, że mój syn już tam nie zmieści.
Mój mąż, dzieci i ja spędzaliśmy wakacje w Polsce, wśród malowniczych krajobrazów Małopolski. Pewnego dnia przydarzyła nam się nieprzyjemna sytuacja.
Zarezerwowaliśmy wycieczkę po krakowskich zabytkach, które nie da się zwiedzić pieszo. Postanowiliśmy poświęcić na to jeden dzień naszego urlopu.
Kupiliśmy cztery bilety, po jednym na każde miejsce siedzące. Po nas do busa wsiadła pełna kobieta z małym dzieckiem, które było równie pulchne. Przeciskali się między rzędami. Kobieta usiadła z tyłu i zorientowała się, że jej syn nie mieści się w tym miejscu. Wstała i zaczęła szukać innego wolnego siedzenia dla dziecka.
Spojrzała na naszych szczupłych chłopców i postanowiła położyć swojego syna obok nich.
Mój mąż sprzeciwił się przypomniał, że zapłaciliśmy za te miejsca i nie ma powodu, by zmuszać nasze dzieci do przesiadania się. Kobieta nie ustąpiła, zaczęła nawet kłócić się z przewodnikiem.
Twierdziła, że powinniśmy się wtopić w tłum. Dlaczego mielibyśmy tak postąpić? Proponowała, byśmy zrezygnowali z wycieczki i oddali bilety. Inni turyści przyłączyli się, zaczęli robić nam zdjęcia i wołać selfie!.
Dzieci zaczęły się ruszać, by wreszcie kontynuować zwiedzanie, podczas gdy kierowca czekał, aż konflikt się rozwiąże. Nastrój został zepsuty.
Zastanawiam się: czy mieliśmy rację? Po co miałabym zmuszać moje dzieci do podróży w ciasnych warunkach, kiedy kupiłam im bilety? Co o tym myślicie?



