Dwukrotnie stałam się matką zastępczą teraz my, moje córki i ja, mamy wszystko, co potrzebne, by żyć w spokoju.
Mój pierwszy poród miał miejsce, kiedy miałam osiemnaście wiosen. Gdy przywitałam na świecie Zuzannę, poczułam, że poród nie jest strachem, a jedynie kolejnym sennym przeskokiem. W tamtym momencie macierzyństwo zastępcze było już powszechne, więc rozważałam je poważnie.
Rodzina nie była zamożna; rodzice ledwo wiązali koniec z końcem, wspierając mnie i trzy siostry Agnieszkę, Ewę i Martę. W wieku siedemnastu poślubiłam Marka. Z małą Zuzanną ledwo wiązaliśmy koniec z końcem, nie mieliśmy własnego mieszkania, więc żonglowaliśmy codziennością. Myśl o macierzyństwie zastępczym pojawiła się w tej mglistokwiatowej chwili, lecz Marek nie podzielał mojego pomysłu, choć przekonywałam go, że to jedyne wyjście z finansowego labiryntu.
Po pewnym czasie przyszedł drugi potomek, a sytuacja stała się jeszcze trudniejsza. Marek odszedł, nie wytrzymując presji, a ja zostałam sama z dwoma małymi dziewczynkami. Na ratunek przybyły moja matka Helena i siostry, które opiekowały się moimi pociechami, gdy ja pracowałam. Mimo pomocy nie udało mi się przeskoczyć finansowych przeszkód, więc w końcu postanowiłam zrealizować plan, który rodził się w mojej głowie od lat.
Pojechałam do Warszawy, do kliniki Nowe Życie. Tam złożyłam wniosek o zostanie matką zastępczą. Kilka prób wszczepienia embrionu nie przyniosło skutku, a ostatnia zakończyła się poronieniem. Wróciłam do domu, zrezygnowana, lecz po sześciu miesiącach natknęłam się na reklamę w internecie: pewna przychodnia oferowała korzystne warunki. Zadzwoniłam był to jedyny raz, kiedy mogłam podjąć ryzyko, które zdawało się być snem.
Tym razem wszystko zadziałało. Przez dwanaście miesięcy zamieszkiwaliśmy w przytulnym mieszkaniu w nowym bloku, otoczeni zapachem świeżo upieczonych bułek i dźwiękiem łagodnego szumu miasta. Przyszli rodzice dziecka, które nosiłam, nie szczędzili hojności: kupowali nam drogie produkty, dawali Zuzannie i jej siostrom nowe zabawki, opłacali wyjścia do kina i do ZOO. Po dziewięciu miesiącach przyszedł na świat piękny, zdrowy chłopiec Kacper.
Po powrocie do rodzinnego miasta opłaciliśmy z otrzymanej opłaty za macierzyństwo zastępcze dwupokojowe mieszkanie w naszej dzielnicy. Miałam jeszcze kolejny rok, by zrealizować swoje marzenia. Dwa lata później znów zostałam matką zastępczą tym razem dla rodziny z Chin, przynosząc na świat kolejnego malucha.
Teraz mieszkam w dużym domu razem z Zuzanną, Jagodą i Łucją. Wszystko, czego potrzebują, znajduje się w zasięgu ręki. Niektórzy mogą mnie potępiać, ale w tym sennym krajobrazie nie widzę nic złego w zapewnianiu mojej rodzinie lepszych warunków życia, nawet jeśli droga do tego wiedzie przez mgłę i niecodzienne wybory.



