Powiedziałam Wiktorowi, że wynajmuję kawalerkę w Warszawie, choć w rzeczywistości mieszkałam w moim własnym mieszkaniu przy Krakowskiej.
Wychowałam się w domku, w którym królowały tylko mama i babcia. Ojca nigdy nie poznałam po prostu odszedł, nie wtrącając się w nasze sprawy. Dzięki kobietom nauczyłam się być twarda i samodzielna, a potem jeszcze ciężko harowałam i oszczędzałam. Do czterdziestej (no, 27tego) roku życia kupiłam własny kąt za własne pieniądze. Wtedy zaczęło się pytanie, jak radzić sobie w miłości.
Chłopaki, których spotykałam, od razu po usłyszeniu, że mam własne lokum, zaczynali liczyć mnie jak źródło dodatkowych złotówek, a nie jak osobę. Nie podobało mi się, że byłam dla nich raczej portfelem niż partnerką. Chciałam, żeby kochali mnie za charakter, a nie za klucz do banku.
Kiedy poznałam Łukasza, wszystko wydawało się proste. Zjawiał się w moim mieszkaniu, a ja przyznałam mu, że wynajmuję. Chciałam sprawdzić, czy potrafi kochać mnie, gdy nie mam nic, a on nie ma nic. Łukaszu zapewnił mnie, że brak własnego dachu nad głową nie jest przeszkodą zarobi, odłoży i kupi nam wspólny dom, w którym będziemy razem mieszkać. Jego podejście mi się spodobało, a przez dwa lata, które spędziliśmy pod jednym dachem, naprawdę oszczędzał.
Teraz szykujemy się do ślubu. Po weselu Łukaszu od razu planuje zakupić nam mieszkanie, a ja mam ciężkie sumienie. Cały ten czas płaciłam czynsz z moich własnych pieniędzy, nie mówiąc mu o tym. Czy powinnam mu wyznać prawdę?
Babcia i mama twierdzą, że nie ma potrzeby przyznać się do małego oszustwa lepiej mieć własne cztery kąty, a mężczyzna niech zapewni żonie dom. Ale jak ruszyć w małżeńskie życie z kłamstwem w tle?



