13 października, niedziela
Wjechaliśmy pod wieczór pod stary dom na skraju wsi Łączka, gdy niebo już przybierało połyskujący granat, ale jeszcze nie zapadła ciemność. Silnik samochodu zadrżał, zgasł, a cisza wpadła gęsta niczym mgła nad Wisłą. Jedynie szum liści, które wiatr wciągał po podwórzu, i szelest wysokiej trawy przerywały milczenie.
Piękność, rzucił Szymon, wyjmując plecak z bagażnika. To prawdziwy kurort dla ludzi z mocnym nerwem.
Dla ludzi po czterdziestce, którym nie starczy grosza na normalny ośrodek, dodała Katarzyna, przymrużając oczy na dom. Popatrz tylko.
Szopa wyglądała na pokrzywioną, choć przy bliższym spojrzeniu ściany stały prosto. Dach w niektórych miejscach porastał mech, okno poddasza było zaklinowane od środka, a w jednym z okien parteru brakowało szyby; kiedyś zamknięte w folię, teraz rozdarła się i trzaskała na wietrze.
To już nostalgia, powiedział Dariusz, zamykając drzwi samochodu. Pamiętacie, jak w szkole biegaliśmy tu? W dzień baliśmy się podejść, a wieczorem miałem wrażenie, że ktoś stoi przy oknie.
To ty się bałeś, odparła Bogna, poprawiając szalik. Ja tu nie chodziłam. Mama zaciągała mnie w domu aż po zmierzch.
Szymon uśmiechnął się pod nosem. Miał czterdzieści dwa lata, plecy bolały od drogi, a w uszach dudniło jak w szafie. Myślał o tym, jak kiedyś chodziliśmy tu pieszo od drugiego końca wsi, trzymając w ręku orzeszki i tanie napoje, i nikt nie narzekał na krzywiznę pleców.
No to co, uderzył w dłonie, wycieczka po własnościach. Kto jest dzisiaj naszym głównym jasnowidzem?
Ty, odparła Katarzyna. To ty wymyśliłeś ten wypad.
Rzeczywiście. Gdy w naszym grupowym czacie wpadło pytanie o weekendowy wypad, Szymon wrzucił w żart zdjęcie starego domu z podpisem: Jedziemy na strachy. Fotka pochodziła z forum miejscowości, gdzie ktoś pisał, że budynek stoi pusty od lat. Żart spodobał się wszystkim, a później okazał się jedyną realną opcją. Ośrodki wypoczynkowe były drogie, działki zajęte, a dalej krewny Dariusza, pośrednio, zapewnił, że dom nie ma właściciela, jest opuszczony i nie będzie nikomu przeszkadzał, jeśli nocują.
Zbliżyliśmy się. Z drzwi wiało wilgocią i starym drewnem. Nie było kluczy, zamek dawno wyłamano. Szymon odepchnął drzwi ramieniem, które niechętnie się poddało, a z wnętrza spadł pył.
Boże, wyszeptała Bogna. Czujemy się, jakbyśmy wkraczali w cudze życie.
Wewnątrz było chłodno, pachniało stęchłym drewnem, pyłem i starą tynkowaną farbą. Szymon wciągnął powietrze, a w gardle zaciął się. Podłoga uginała się pod stopami, ale trzymała. W przedpokoju na gwoździu wisiała kurtka podgryzana przez moli, pod nią leżały zardzewiałe klucze i para rozłącznych butów.
No i mamy klimat, zauważył Dariusz.
Wielka sala odkryła się przed nami. Ściany były odklejone, w niektórych miejscach wystawały stare, kolorowe tapety. W rogu stał kanapa z wgniecionym materacem, przytulona szarą, zakurzoną narzutą. Obok leżał stół, na którym spoczywały pożółkłe, zwinięte kartki.
Katarzyna podeszła do okna, dotknęła ramy. Drewno było szorstkie, farba łuszczyła się.
Jakbyśmy się wszyscy rozchorowali, to cię zabiję, powiedziała Szymonowi, ale w jej głosie brzmiała znajoma ironia.
Mam apteczkę, odparł. I nie śpimy pod namiotem.
Stara, opuszczona budowla nie wywierała na mnie większego wrażenia niż każdy inny zrujnowany dom w Polsce. Ale fakt, że stała na skraju naszej dziecięcej krainy, nadawał jej osobisty wymiar.
Dariusz z Bogną wyciągnęli z samochodu śpiwory i dmuchane materace, Katarzyna wyciągnęła plastikowy zestaw, termos z zupą i kanapki z serem. Szymon sprawdził, czy w domu są gniazdka, i z ulgą odkrył jedno działające. Podłączył przenośną lampkę, a żarówka nad głową mrugnęła słabym żółtym światłem.
O, cywilizacja, mruknęła Bogna.
Jedząc przy stole, rozmowa przeszła na codzienne tematy: pracę, dzieci, kredyty, wiadomości. Śmiech brzmiał głośniej niż trzeba, jakbyśmy chcieli zagłuszyć szelest domu.
Kto tu kiedy mieszkał? spytała Katarzyna, gryząc kanapkę. Pamiętam tylko, że straszyli nas, że tu kryje się jakiś maniak.
Nie maniak, odparł Dariusz. Ktoś tu mieszkał sam. Żona zmarła, syn zniknął, a on w końcu zwariował.
To twoja wymyślona wersja, czy oficjalna? zapytał Szymon.
Ojciec mi opowiadał, że nie wchodzić tam, bo właściciel jest zły i wszystkich gryzie. Potem go podobno znaleźli zmarszczył brwi Dariusz, przywołując wspomnienia. Albo sam Krótko mówiąc, kiepska historia.
Bogna spuściła wzrok. Niedawno straciła matkę, a pogrzeb był ciężki. Wiedziałem, że trzyma się małych szczegółów, by nie rozpaść się zupełnie.
Proponuję oficjalnie otworzyć nasz festiwal strachu. Po jedzeniu wycieczka po domu. Znajdziemy poddasze, piwnicę, pokój z krwawymi napisami. Kto pierwszy krzyknie, ten myje naczynia.
Katarzyna zarechotała.
Oczywiście, wymyśliłeś wymówkę.
Po jedzeniu i lekkim rozgrzaniu się wzięliśmy latarki i ruszyliśmy po domu. Szymon szedł pierwszy. Korytarz był ciemniejszy, lampka nie dosięgała. Ściany odłuszczone, krzywe lustro, w którym odbijały się nasze sylwetki. Na podłodze stary dywan, miejscami przetarty do dziur.
To miejsce nadaje się do kręcenia filmu, wyszeptała Bogna.
Już kręcimy, odpowiedział Dariusz, podnosząc telefon.
Pokoje przypominały się nawzajem: puste szafy, gołe ściany, stare gazety i rozbite talerze. W jednym z pokoi na ścianie wisił wyblakły kalendarz z widokiem morza, datowany na prawie dwadzieścia lat wstecz.
Wyobraźcie sobie, że codziennie patrzył na to morze i nie wyjechał, zauważył Szymon.
Katarzyna spojrzała na niego uważnie.
Jak my, odparła.
Myślałem o tym, jak kiedyś marzyłem wyjechać z wsi, potem z miasta, a w końcu zostałem w małym ośrodku i liczyłem cudze pieniądze. Wrażenie, że moje życie to stary kalendarz, którego nikt nie odwraca.
Poddasze nie znalazli od razu. Drabina na górę była schowana za drzwiami w wąskim korytarzu. Drewniane stopnie skrzypiały, ale trzymały. Na górze było ciemno, pachniało kurzem i ciężką, zaległą wilgocią.
Uważajcie, zaalarmował Szymon, wchodząc. Jeśli coś runie, nie winię mnie.
Poddasze okazało się niskie, z pochylonym dachem. Między krokwiami wisiały pajęczyny. Wzdłuż ścian stały kartony, stare walizki, deski.
To cmentarz obcych rzeczy, zauważył Dariusz.
Katarzyna podeszła do najbliższego kartonu i pochyliła się.
Są tu książki, mruknęła. I zeszyty.
Szymon zapalił latarkę. W kartonie rzeczywiście leżały podniszczone książki, szkolne zeszyty i grubą, w kratkę zeszyt wstęgą.
O, skarb, zachwycił się.
Wyciągnął zeszyt, sznurek łatwo się odwiązał. Na okładce, długopisem, widniało: Dziennik. 1998. Pismo było nierówne, nieco dziecinne, ale litery duże.
Teraz zacznie się, powiedziała Bogna.
Co się boisz? To tylko zeszyt, odparł Szymon, choć wewnątrz coś się ściskało.
Zeszliśmy z poddasza do wielkiej sali, przy stole, i usiedliśmy wokół. Lampka nad głową rzucała żółtą poświatę, a poza nią panował mrok. Na zewnątrz noc już całkiem zapadła, wiatr wzmacniał się, gdzieś stukała luźna deska.
Szymon otworzył dziennik. Na pierwszej stronie stało imię: Sebastian. Nazwisko rozmyło się od wilgoci.
Czytaj, zachęcił Dariusz.
Z trudem przełknął gardło i zaczął czytać na głos:
10 marca. Znowu kłócę się z ojcem. Mówi, że jestem leniwy i nic nie osiągnę. Powiedziałem, że wyjadę, gdy skończę osiemnaście. Zaszydził się, że nie będę miał dokąd pójść. Nie wiem, co robić. Czasem czuję, że utknąłem tu na zawsze.
Zamilkło. W pokoju stało się ciszej niż przedtem, nawet wiatr na zewnątrz zdawał się na chwilę przycisnąć.
No piękny, przerwał Dariusz. Prosto z lat 90.
Dalej, szepnęła Bogna.
Szymon przewrócił stronę. Pismo było raz poszarpane, raz rozmazane, jakby autor pisał bez przerwy, ręka mu drżała.
15 marca. Mama znowu płakała w nocy. Słyszałem ją przez ścianę. Nie wszedłem. Później powiedziała, że wszystko w porządku, a ja wiedziałem, że nie. Ojciec wrócił pijany, krzyknął, rzucił przedmioty. Dziś wyrzucił kubek w ścianę. Okruchy wciąż leżą na podłodze.
Katarzyna drgnęła. Zauważyłam, że ściskała krawędź stołu. Myślałam o własnym ojcu, który wracał pod wpływem alkoholu i wykrzykiwał nienawiść.
Czy wystarczy? zapytała. Nie przyjechaliśmy tu na terapię.
Poczekaj, przerwała Bogna. Jeszcze trochę.
Szymon wahał się. Ciekawość i wstyd przeplatały się w nim, jakby czytał cudze listy. Ale dziennik leżał przed nim, a słowa ciągnęły go dalej.
Czytał dalej o szkole, przyjaciołach, o tym, jak Sebastian marzy o wyjeździe do miasta, o programowaniu. Ojciec śmiał się, że rodzina zawsze pracuje w fabryce i że sam pójdzie tam. Matka milczała, później płakała nocą. Sebastian pisał też o młodszym bracie, który ciągle chorował w szpitalu, a ojciec twierdził, że to kara za grzechy.
To nasza historia, przerwał Dariusz. Nie dosłownie, ale
Szymon skinął. Wszyscy żyliśmy w podobnych opowieściach: rodzice niosą urazy, dzieci marzą uciec, a potem zostają.
Wiatru za oknem wzmocnił się. Ktoś w korytarzu zatrzasnął drzwi. Bogna drgnęła i nerwowo się roześmiała.
To dom mówi, rzucił Dariusz żartobliwie. Nie podoba mu się, że czytamy jego tajemnice.
Bardzo zabawne, mruknęła Katarzyna.
Szymon przewrócił kolejną stronę. Tym razem pismo było większe, jakby autor się pospieszał.
24 kwietnia. Lekarze powiedzieli, że bratu nie będzie lepiej. Mama poszła do toalety i nie wychodziła dwadzieścia minut. Ojciec obarczył mnie winą. Gdybym nie urodził się, wszystko byłoby inaczej. Wiem, że to nie prawda, ale boli.
Głęboko w gardle ścisnęło się u Szymona. Przestał czytać na głos, przesunął palcem po linijkach. Wewnątrz coś dzwoniło wina, której nie miałem sprawy, a jednak nosiła się ze mną.
Co dalej? spytała Bogna.
Nic, odparł Szymon. Zwykłe rzeczy.
Daj, W ciszy nocy, trzymając dziennik przy sercu, zrozumiałem, że jedynym sposobem na przetrwanie jest opowiedzieć własną historię.



