Myślałam, że nasz związek płynie jak spokojny Wisłok, dopóki Kasia nie wypaliła pytania, które rozbiło sen na tysiąc kawałków.
Zaciągnęłam się za mąż w młodzieńczych latach, z miłości, która wydawała się wieczna. Przez cztery wiosny krążyliśmy wokół siebie zanim w końcu złączyliśmy losy. Przeżyliśmy razem wiele śmiechy w kamienicy przy Plantach, deszcze nad Krakowem i zimowe szaleństwa w Tatrach.
Od ponad sześciu lat dzielimy małe mieszkanie w Starym Mieście, a moja wiara w męża, Michała, jest nieograniczona. Jest słodki niczym miód z pasieki pod Łącką, troskliwy i zawsze gotów podać rękę przy codziennych obowiązkach. Nie jest siłaczem ani gwiazdą estrady, nie ma typowego przystojnego uroku, ale jego dusza lśni niczym złote słońce nad Mazurami pełna pozytywności i wiary w dobro, które napędzają mnie w najciemniejsze noce.
Michał jednak waha się niczym liść na wietrze. Decyzje omijają go jak przemykające przechodnie na Rynku Głównym, a wyjście ze strefy komfortu wydaje się dla niego bardziej przerażające niż zimny wiatr w grudniu. Jego nieśmiałość rozciąga się przez te sześć lat wspólnego życia, nie dając mu siły do zmiany.
Nie dba o siebie, nie troszczy się o zdrowie. Każda nowa sytuacja przyprawia go o dreszcze, jakby strach przed zmianą był jego codziennym chlebem. Jest o dziesięć lat starszy ode mnie mam dwadzieścia sześć wiosen i kocham życie pełne barw. Pracuję w agencji reklamowej w centrum, mam nowy samochód Skoda, a nasze zobowiązania hipoteczne za kamienicę płacimy w złotych, co raz po raz przypomina mi o ciężarze rzeczywistości.
Wtedy Kasia, z uśmiechem jak poranna rosa, zapytała: Po co ci on w ogóle?.
To pytanie przerwało mój osobisty sen, a ja siedzę teraz przy oknie, patrząc na rozświetlone dachy Krakowa, i myślę: Po co mi naprawdę ten człowiek?.



