Dziadku, jedz! szarpał za rękę skulonego, w długim, za dużym płaszczu, chłopca Szymka, jednocześnie stąpając w miejscu i druga ręką dotykał własnych warg.
Stanisław Trofimowicz spojrzał na wnuka przechylonym okiem, mocniej zaciągając na szyi szachowniczy czerwonoczarny szalik, długi, wełniany, szorstki, z frędzlami.
Te frędzle zawsze wpadały Szymkowi w oczy, kiedy dziadek pochylał się i coś mu szepnął.
Teraz nitki wełny podrażniły delikatną, zmarzniętą policzkę chłopca.
Szymek zmarszczył brwi, pocierał policzki palcami i znów spojrzał w oczy Stanisława.
No! zarżał, jakby warcząc, Co? Jedz, mówisz? Powiedz JEST! Powiedz, jak trzeba, rozumiesz? i przyjrzał się wnukowi czerwonym, popękanymi żyłkami oczami.
Ich oczy były jak dwa lustrzane odbicia, miniatura jedna w drugiej.
Jednak u Stanisa oczy widziały wiele, choć nie chciały więcej, nigdy nie łzy, lecz jedynie surową nieposłuszeńcę, palące się żądze. Oczy Szymka widziały mało dom i przedszkole, czasem dziadek zabierał go do piwiarni, do towarzyszy, jak tak nazywał przyjaciół. Te oczy płakały cicho, by nie słyszały ich.
Jedz szeptał chłopiec.
JEST! ryknął dziadek.
Jedz, jedz
Patrzyli na siebie, a śnieg sypał się nieprzerwanie, otulając białą kołdrą dwoje bliskich, choć zupełnie nie rozumiejących się ludzi, gdy nagle podeszła kobieta, Grażyna Nikodemowa, kucharka z stołówki Wszyscy po śniadanie, rozświetlona światełkami girland po prawej stronie nieszczęśliwych rozmówców.
Wanko, to ty? wykrzyknęła Grażyna, kaszląc głośno. A patrz, co za szalik, kochany! Czerwony, co Ci da Mikołaj!
To ja. I ten szalik mam od dawna, po co się w to wtrącać? mruknął Stanisław, prostując się i przyciskając nos do pulchnych piersi Grażyny.
Och, więc zrzędzisz, nie podchodź. A co, znowu podsunęli Ci chłopca? Czy twoja Ludmiła już nie chodzi po syna? skinęła w stronę Szymka Grażyna.
Ludmiła wyjechała. Ma delegację warknął Stanisław.
Na ten miesiąc? Och, Wanko, zawiesiła Cię na kołku, złośliwa! A ojciec się nie zgłasza? Grażyna pochyliła się, zdmuchując grubą ręką, ukrytą w wełnianej rękawiczce, śnieg z czapki Szymka.
Przypomniałem sobie pierwszą noc, odpowiedział Stanisław ostro. Dawno się nie pojawił. Łatwiej mu z niepełnosprawnym, bo sam inny ma zdrowego. Rozumiesz, Szymku? mrugnął ponuro. Szymek wzruszył ramionami. Nie rozumiem. Może lepiej tak zostawić.
Czy to trzeba, czy nie, nie jesteśmy sędziami. Co wy tu spieracie? zapytała Grażyna, wsuwając się w twarz Szymka. Zapachowała zupą, kotletami i czymś słodkim. Chłopiec nie wiedział co to, ale w brzuchu znów mruczało.
Wiesz, w ogródku nie jedzą, a edukacja Galkę, młodą, co się odwraca, i tak dalej. On i tak się wycofuje, a ja go zabieram, prowadzę do domu. Nie karmimy go szparagami, a on jęka jedz, jedz. Niech nauczy się mówić jest, wtedy kupię bułkę. To moje ostatnie słowo! zmarszczył brwi, przyciskając je do nosa.
Grażyna patrzyła na niego chwilę, trzymając ręce na biodrach i przygryzając dolną wargę, po czym rzutem dłonią dotknęła chudego grzbietu Stanisława, aż mężczyzna niemal upadł.
A oto moje ostatnie słowo. Nie dam głodnemu dziecku głodu. I nie jest niepełnosprawny, sam tak mówił. Ma opóźnienie, ale dogoni. Dogonisz, Szymku? skinęła.
Chłopiec przyglądał jej się oczami i czuł, jak w brzuchu coś się kurczy.
No to chodźmy do stołówki. Dziś mam wolne, Jaśka za mnie. Nie będzie kłótni, każdy znajdzie miejsce przy kuchence! Za mną, biedaczki! odważyła się, machając ręką jak dowódca pułku.
Nie mamy czasu. Czas wracać do domu! odrzekł Stanisław.
Nie chciał wchodzić w cudze sprawy, nie był na to czas. Lepiej dotrzeć do mieszkania, wjechać na ósmym piętrze, a w windzie stuknąć palcami w przycisk, licząc. Szymek drążył rękę, a Stanisław psocił, że nie chce, by wnuk został nieuczciwym.
Szymek ucichł, potem znów wykrzyknął jedz, niemy chłopiec
Tak odszedli. Grażyna patrzyła za nimi z żalem. Chciała opiekować się kimś nie ważne kim. Ogrzać, nakarmić, pogłaskać. Nie Stanisława, oczywiście, nie w jej guście! A Szymka, tego bojaźliwego chłopca
Zima nie kończyła się, Ludmiła przeskakiwała z delegacji w delegację, dziadek wciąż woził Szymka do przedszkola, zrzędząc i szlochając, szorstko zapinając mu czapkę, zakładając drżącymi rękoma płaszcz. I znów szli, migocząc czerwonym szalikiem jak latarnia w mrozie zmęczonego miasta. Grażyna obserwowała ich wędrówkę.
Pewnego dnia, w wyjątkowo ciężkich czasach dla dziadka i wnuka, nie wytrzymała i wciągnęła ich do stołówki.
Twierdzę, że nie idziemy! Do domu, Szymku! Aleksandrze! ryknął, podając dłoń ciotce, Stanisław.
Jednak i on rozumiał, że doszli do pewnej granicy. Dalej czarna otchłań i rozpacz. Nie mówił, czy rozumie wielkie pytanie; Szymek smutny, czasem szuka matki, wącha jej płaszcz w przedpokoju, chowa się w nosie. Dziadek budzi w nim strach.
Czasem Szymek płacze we śnie, szuka ręką kogoś, dziadek podaje mu rękę, ale chłopiec odpycha.
To twoja głupia miłość! warczał zmęczony Stanisław. Matka cię nie potrzebuje! Teraz siedzi w restauracji, wino trzęsie, a ty tu…
Wyobrażając sobie te wieczorne cierpienia, Stanisław zgodził się wstąpić do pracy Grażyny.
No i dobrze, Wanko! Co tam w domu? A ja mam szarlotkę! Chodźmy!
Stołówka Wszyscy po śniadanie była pełna do szczęścia. Tanie, ale sycące i smaczne, jak w domu. Jedzenie proste rosół, gulasz, kasza gryczana po staropolsku, sałatka, kompot. Czasem podawano placki ziemniaczane. Grażyna nauczyła się tego od jednego z kochanków, nie w garnku, ale i tak wychodziło wowwow. Słodka marchewka, drobno siekana cebulka, ryż osobno, nie sklejony, maślany, lśniący, mięso w buzi.
Smacznego, kochani! mawiała Grażyna, gdy dziękowano jej.
Tak toczyło się życie. Gotowała, jakby dla rodziny, dużej, z pulchnymi dziećmi i pracowitym mężem. Niechby on pił kieliszek, po którym leży wędzona śledź, i rozmawiał o polityce, a potem śpiewał piosenki. Dla niej najważniejsze było, by była trójka. Płeć nieważna, ważne ciepłe gniazdo, które ssie pełne mleka piersi Grażyny, uśmiechnięte i bez zębów. Gotowała więc dla nich dania, kompoty, zupy ale nie wyszło. Dlaczego Grażyna była samotna, nikomu nie opowiadała, żyła i koniec. Mało kto w ziemiMatce ma takie kobiety
W sali przeszli mężczyzna, chłopiec i kucharka. Ktoś z stałych bywalców podniósł rękę i przywitał.
Dajcie mu, Szymka, tego głodnego! otworzyła drzwi do zaplecza pokoju z dwoma stołami, łóżkiem i szafą. Co, zmarzliście? A teraz rosół! Siadajcie. Szymku, usiądź. Oto krzesło. Jak niedźwiedź! A dziadkowi. A ja stoję jak koń pokazała dłońmi, po czym zniknęła za drzwiami.
Stanisław niechętnie się rozebrał, zmarzł po kilku dniach, kości bolały, chciał leżeć w domu, pić herbatę z dżemem, jeść bułkę i spać. A tu Szymek
Gdy Szymek miał problemy, Ludmiła od razu powiedziała ojcu po wypisaniu ze szpitala.
Czy go upuściłaś? zmarszczył brwi. Nie przyglądałaś?
Nie, nie chciała wyjść. Lepiej jej nie rodzić, teraz cierpię westchnęła Ludmiła.
Spokojnie! Wszystko będzie dobrze! Szymku! wołał młody mężczyzna, pochylając się nad łóżeczkiem, gdzie przewracał się Szymek w pieluszkach.
Mijały miesiące, a Ludmiła zrozumiała, że nie dała się wziąć za pierś, a wszystko będzie dobrze nie nastąpiło. Rozpłakała się i przypomniała o ojcu.
Ludmiło? Co się stało? zapytał w słuchawce Stanisław.
Nie rozmawiali półtora roku, po kłótni na urodzinach Ludmiły. Odpędziła ojca, mówiąc, że przeszkadza jej w życiu. On wyprowadził się do mieszkania po rodzinie. Żonę, matkę Ludmiły, pogrzebał dawno. Serce…
W pewien wieczór mieli iść do teatru na Dziadka do Skarbca, ale przyjechał karetka i Ludmiła została w domu, patrząc, jak wynoszą jej matkę. Bilety musiała wyrzucić.
Od tej pory Stanisław nienawidził Dziadka, a Ludmiła ojca, który nie pozwolił jej, już jako szesnastoletniej, wejść do Kremla.
Ludmiło! Nie rozumiesz? Matka nie żyje! wyszeptał ojciec.
Ludmiła nie słuchała, serce jej było twarde. Zawsze taka, choć przytulała się do matki jak kot. Nie kochała nikogo. Wszyscy mieli jej długi, a Szymek miał spełniać normy. Nie udało się. Ludmiła nie przyznała się, że Szymek urodził się taki. Nie chciała go mieć, walczyła w brzuchu, a potem krzyczała, a dziecko spadło na podłogę, nie krzycząc
Teraz nigdy nie krzyczał, nawet w przedszkolu, kiedy wszyscy grali w wojny. Po prostu słabo przytakował.
Kiedy Ludmiła w końcu przekonała się, że syn nie będzie jej dumą, oziębiła się i próbowała obciążyć dziadka.
W czasie delegacji Ludzie zabierali wnuka do siebie. Rano przed pracą Stanisław woził go do przedszkola, wieczorem przywoływał do domu, mył, czesał, smażył jajka. Jedli w ciszy, stukając łyżkami. Stanisław popijał wódkę i w tym momencie budził się nauczycielem.
Po umyciu naczyń siadał z wyczerpanym Szymkiem na kanapie, przytulał wnuka i razem oglądali Młodość, odcinek po odcinku. Szymkowi nudziło się patrzenie na obrazy, a Stanisław starał się dotykać je małym paluszkiem, namawiając go do powtarzania słów.
Szymek próbował. Najpierw uważnie obserwował dziadkowe usta, dotykał je, potem szukał własnych i wydychaDziadek i Szymek, trzymając się za ręce, wreszcie odnaleźli w sobie spokój i ciepło, które przetrwały wszystkie burze ich wspólnego życia.



